GALA: Miała pani tylko jedno marzenie. Nie odpaść w pierwszym odcinku. Nie udało się. Oglądałam program, tańczyła pani pięknie, z dużą klasą. Co pani czuła, gdy usłyszała werdykt publiczności?

KAROLINA MALINOWSKA: Było mi przykro, bo nie jest przyjemnie odpaść jako pierwsza. Ale nie byłam tym specjalnie zaskoczona, bo na tle pozostałych uczestników jestem raczej „nie na czasie”. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali, i przepraszam, jeśli ich zawiodłam.

GALA: Cały czas miałam wrażenie, że nie pasuje pani do tego programu.

KAROLINA MALINOWSKA: Nie żałuję, że odpadłam... Po programie Jan Englert powiedział mi, że dobrze się stało, że moja osoba nie będzie już kojarzona z tekstami na żenującym poziomie, jakie padały na wizji. Wtedy zrobiło mi się... spokojniej. Telewizja Polska nie powinna dopuszczać do takich sytuacji.

GALA: Nie żałuje pani, że w ogóle zdecydowała się wziąć udział w show?

KAROLINA MALINOWSKA: Nie, bo dobrze jest udowodnić sobie i innym, że można się czegoś nauczyć, nawet jak człowiek bardzo się boi. Treningi i cały okres przygotowań były cudownym czasem. Poznałam fajnych ludzi i takich, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego. Praca z moim partnerem Janem była przyjemnością. Zawsze mi mówił: „Karola, pamiętaj, w sporcie nigdy nie można zrobić kroku do tyłu. Nawet jak uważasz, że dziś niczego się nie nauczyłaś, to jutro zobaczysz, że to nieprawda”. Myślałam: „Kurczę, nie mogę się poddać”. Wiem, że dalej będę się ślizgać, bo sprawia mi to ogromną radość. Łyżwy to był mój pierwszy poważny sport, do tej pory znałam tylko szachy i bierki. Marzenia mi się jeszcze nie skończyły. Mam ich całe mnóstwo, ale są tylko moje.

GALA: Znalazła się pani w jednym programie z Jolą Rutowicz, która odpadła po drugim odcinku. Proszę powiedzieć, ale szczerze, co pani o niej sądzi?

KAROLINA MALINOWSKA: Chyba najlepiej określił Jolę Włodzimierz Szaranowicz: „Nie można robić z niczego wartości, bo gdzieś musi być początek i sens”. Myślę, że Jola jest ciekawym zjawiskiem socjologicznym, taką reprezentantką dzisiejszej polskiej popkultury. Nie jest to jednak osoba, którą można polecić komukolwiek jako wzór. Owszem, potrafi być bardzo miła, ale tylko wtedy, kiedy czegoś od ciebie potrzebuje. Może porozmawiajmy o czymś innym...

GALA: W czasie naszej poprzedniej rozmowy powiedziała pani: „Mamy taki los, jaki chcemy mieć”. Odważne. Zazdroszczę pani takiego myślenia.

KAROLINA MALINOWSKA: Życie bardzo często nam pokazuje, że to nie jest prawda. Ale dla mnie to zdanie jest takim fajnym mottem. Jeżeli tak myślimy, to mamy taką samonakręcającą się turbinkę do działania. Nie chcę myśleć, że nic ode mnie nie zależy, że tego nie umiem, a tamto mi nie wyjdzie. Staram się wierzyć w siebie.

GALA: Pierwsze pieniądze zarobiła pani w wieku 14 lat. Pamięta pani tamtą radość?

KAROLINA MALINOWSKA: Wróciłam z trzymiesięcznego kontraktu w Japonii. Mieszkaliśmy wtedy z mamą, babcią i bratem w dwupokojowym mieszkaniu. Pamiętam, że siedziałyśmy z mamą przy stole. Powiedziałam, ile zarobiłam, mama tylko na mnie spojrzała, chyba w ogóle do niej nie dotarło, co ja mówię. To był taki moment, kiedy poczułam, że jestem dorosła. Nie dlatego jednak, że zarobiłam pieniądze, ale przez to, co one spowodowały.

GALA: Wasze życie stało się lepsze?

KAROLINA MALINOWSKA: Nie lepsze, stało się życiem. Wykupiłam nasze mieszkanie. Było zadłużone, bo mama nie miała pracy. Później kupiłam większe.

GALA: Bardzo była pani z siebie dumna?

KAROLINA MALINOWSKA: Cieszyłam się jak mała dziewczynka, że mam swój własny pokój. Brat też miał swój. Piękne chwile... Czułam się tak, jakby mi ktoś podarował cały świat. Wkrótce mama znalazła pracę. Wszystko się odmieniło. Jakby ktoś, tam na górze, nad nami czuwał.

GALA: Nie zachłysnęła się pani pieniędzmi, nie zaczęła ich wydawać lekką ręką?

KAROLINA MALINOWSKA: Jak się już trochę ma, dobrze jest pamiętać czasy, kiedy się nie miało. Ja zawsze pamiętałam i pamiętam. Jestem w stanie pozwolić sobie na jakieś szaleństwo, na przykład kupić torbę YSL, o której marzyłam, ale dwa razy się zastanowię. Lubię markowe torebki, to taki mój fetysz. Kiedy mam wydać dużo pieniędzy, to myślę: „Boże kochany, moja mama za to ma czynsz na kilka miesięcy”.

GALA: Zastanowiłaby się pani, czy wydać na markowy płaszcz pięć tysięcy?

KAROLINA MALINOWSKA: W życiu tyle bym nie zapłaciła za płaszcz. Przeraziła mnie ta kwota. Wolę kupić coś bratu i widzieć, jak się cieszy. A za te pieniądze można kupić z pięć tańszych płaszczy.

GALA: Lubi pani odkładać pieniądze na czarną godzinę?

KAROLINA MALINOWSKA: Nie jest ich dużo, bo nie zarabiam jakichś ogromnych sum, ale zawsze staram się coś odłożyć. Nie wyobrażam sobie inaczej. Olivier też oszczędza.

GALA: Dzięki pani?

KAROLINA MALINOWSKA: Tak mówi jego mama. Postanowiliśmy z mężem, że musimy mieć pieniądze na rok życia, byśmy się nie martwili, że coś złego może się stać. Uważam, że to takie minimum, żeby móc zasypiać spokojnie.

GALA: Trochę mnie zdziwiło, że kiedy idziecie z Olivierem do restauracji, to nie pozwala mu pani zapłacić za trzecią kolację. Przecież jesteście małżeństwem.

 

KAROLINA MALINOWSKA: Płacił już za dwie, za trzecią ja. Taka już jestem. Czuję się wtedy lepiej. Jeżeli zarabiam, to nie widzę powodu, dlaczego mam czasem nie zapłacić. Wiadomo, że to jest mój mąż...

GALA: Nie ma pani poczucia, że to wspólne pieniądze?

KAROLINA MALINOWSKA: Mam, to nie o to chodzi. Ważne, kto wyjmie kartę z portfela. Ja nie jestem dziewczyną, którą on podrywa i musi pokazać, jaki to jest macho i dżentelmen, tylko jestem jego żoną, partnerem życiowym. Dla mnie jest ważne, że ja też płacę. On jest mężczyzną i nie zgadza się z tym. To jest płaszczyzna, na której ciągle toczymy walkę.

GALA: Nie potrafiłaby pani być żoną przy mężu, bez własnych pieniędzy?

KAROLINA MALINOWSKA: Nigdy. Uważam, że faceci nie szanują takich kobiet. Co innego, jeśli żona ma „zawód” matka – wychowuje dzieci i opiekuje się domem. Ale być kobietą pasożytem nie potrafiłabym. Nie wyobrażam sobie, że mówię do męża: „Daj mi na tampony czy na szminkę”. Dla mnie byłoby to poniżające.

GALA: Umie pani przyjmować od męża prezenty?

KAROLINA MALINOWSKA: Lubię, jak mi kupi prezent i przyjdzie z nim do domu. Ale jak jesteśmy razem w sklepie, to zawsze prowadzimy dyskusje. Mówię, że coś mi się podoba i sobie kupię, Olivier od razu: „Ja ci kupię”, ja: „Nie, ja sobie kupię”.

GALA: Myślę, że jest pani tak silną kobietą po swojej mamie.

KAROLINA MALINOWSKA: Nie znam silniejszej osoby niż moja mama. Naprawdę dużo w życiu przeszła. Wychowała nas sama, bez pracy, bez mężczyzny, z pomocą babci.

GALA: Już jako dziecko pani ją podziwiała?

KAROLINA MALINOWSKA: To przyszło z czasem, jak dorastałam. Ale pamiętam, że nigdy nie pozwalaliśmy z bratem mówić o naszej mamie „stara”. Mieliśmy na to alergię. Zawsze czułam do niej bardzo duży szacunek. Teraz dzwonię do mamy kilka razy dziennie. O wszystkim, co dzieje się w moim życiu, chcę z nią pogadać. Dzwoniłam nawet przed naszym wywiadem i na pewno zadzwonię po.

GALA: Co pani najbardziej zapamiętała z dzieciństwa?

KAROLINA MALINOWSKA: Nigdy nie byliśmy dziećmi, które biegają z kluczem na szyi albo siedzą przed telewizorem. Mama zabierała nas do zoo, szyła najpiękniejsze stroje na bale przebierańców. Raz byłam przebrana za choinkę, innym razem za kosmitkę, a brat miał strój kłusownika, muchomora. Jako grzyb wyglądał tak słodko, że do dziś to pamiętam. Mama bardzo starała się, żebyśmy nigdy nie czuli się gorsi. Kiedy miałam dziewięć lat, kochałam się w Jacku z podwórka. Tak bardzo marzyłam, żeby mu zaimponować. Na podwórku była dziewczynka, która Jackowi się podobała. Ona zawsze chodziła super ubrana. Popłakałam się do mamy, że nie mam szans u Jacka. I mama całą noc szyła mi ubranie... Piękne kolorowe spodenki i bluzkę nad pępek z naszytą białą koronką. Nie chciałam tego zdjąć przez trzy dni. Jacek był mój. Mam do dzisiaj tę bluzkę. Nie wyrzucam nigdy rzeczy, które są dla mnie ważne

GALA: A ubranie, w którym pojechała pani na pierwszy ważny casting do Mediolanu?

KAROLINA MALINOWSKA: Koszmarne spodnie ogrodniczki, które kupiłam na rynku w Łodzi. Też je mam. Poszłam w nich na casting do Prady. Nie miałam pojęcia, jak się ubierają modelki. Zresztą nie byłoby mnie na to stać. Do przykrótkich ogrodniczek założyłam duży, biały golf i buty traperki. Wyglądałam jak dziecko z Kosowa. W agencji byli załamani, ale nawet nie mieli czasu, żeby mnie przebrać. I tak weszłam do Miucci Prady. Spojrzała na mnie, obejrzała moje portfolio, dała mi do przymierzenia kilka ubrań... No i cztery miesiące dla niej pracowałam. Mama zawsze mi powtarzała, że muszę skończyć szkołę. Miała do mnie duże zaufanie, bo wiedziała, jak mnie wychowała.

GALA: Przez te wszystkie lata brakowało pani ojca?

KAROLINA MALINOWSKA: Nie, ja go nigdy nie miałam. Niewiele pamiętam i są to bardzo złe wspomnienia. Miałam dziewięć lat, a mój brat siedem, kiedy mama z nami uciekła. Byliśmy zachwyceni, po prostu szczęśliwi, że nie musimy tam wracać.

GALA: Że macie spokój?

KAROLINA MALINOWSKA: Tak. Że jak siadamy rano do śniadania, to nie ma awantury, tylko babcia robi nam mleko. Ja nie lubiłam mleka, więc babcia wrzucała mi do niego czekoladowe rybki. Z bratem lataliśmy do Peweksu, ja oglądać lalki Barbie, a brat klocki lego. Kiedyś poszliśmy tam ze znajomymi mamy i dostaliśmy po czekoladzie. Gdy zobaczyli, jak mój brat patrzy na te klocki, kupili mu je. A mnie Barbie. Dla nas to było wielkie święto. Kiedyś od jakiejś cioci brat dostał 50 złotych. Płakałam: „Miałeś mi dać połowę”, i on przedarł papierek. Wie pani, moje dzieciństwo, mimo że biedne, było bardzo szczęśliwe, dzięki mamie i babci.

GALA: Ojca spotkała pani kiedyś przypadkowo w Łodzi, na Piotrkowskiej...

KAROLINA MALINOWSKA: Szliśmy z bratem. Chyba nas nawet nie rozpoznał. Mojego brata nie byłby w stanie, mnie może.

GALA: Nie myśli pani czasem, żeby nawiązać z nim kontakt?

 

KAROLINA MALINOWSKA: Przepraszam bardzo, miałam dziewięć lat i nie muszę siedzieć i myśleć, czy z nim nawiązać kontakt. To jest obowiązek rodzica, nie dziecka. Teraz jestem dorosła, mam swoje życie i nie ma w nim miejsca dla tego pana. Dla mnie to jest tak, jakbyśmy rozmawiały o jakimś UFO. Ja nie znam ojca, to obcy człowiek. Mama nigdy nam nie zabraniała kontaktu z nim, zawsze przypominała, że ojciec ma urodziny, pytała, czy chcemy zadzwonić, pojechać. Nigdy nie chcieliśmy.

GALA: Ojciec Oliviera stał się również pani ojcem?

KAROLINA MALINOWSKA: Poniekąd tak. Uwielbiam tatę Stasia, jest fantastyczny. Świetnie się dogadujemy. Oboje mamy ciężkie charaktery, lubimy rządzić, mieć posłuch. Wszystkim życzę takich teściów, jakich ja mam. Nasze mamy bardzo się lubią, często dzwonią do siebie.

GALA: Jest pani bardzo rodzinna?

KAROLINA MALINOWSKA: Babcia to we mnie zaszczepiła. Miała siedmioro rodzeństwa. Babcia Irenka jest kochana. Nie siedzi i nie robi na drutach, tylko nosi dżinsy, a teraz jest nad morzem w przyczepie kempingowej z dziadkiem. Wie, kto to jest Doda, Mandaryna, kto gra w serialach. Jest niezłą laską. Bawiłam się na jej drugim weselu. A najpiękniejsze święta były w domu u mnie i Oliviera. Przyjechała moja mama, brat, dziadkowie, rodzice Oliviera, jego świętej pamięci babcia i nasza sąsiadka z Łodzi, pani Julita, która zawsze nam pomagała. Mój brat i ja na święta dostawaliśmy od niej słodycze. Pozwalała nam też korzystać z telefonu. Czasem myślę, że to dobrze, że przeżyłam też trudne chwile i moje życie nie było takie gładkie. Złe momenty są zawsze bardziej konstruktywne, ponieważ każą nam myśleć. Nie o tym, czego chcemy, ale czego nie chcemy. To dużo ważniejsze.

GALA: A czego pani nie chce?

KAROLINA MALINOWSKA: Być kimś, kto nie jest prawdziwy. Dla mnie to najważniejsze. Nie wyobrażam też sobie, żeby moje dzieci miały takie dzieciństwo jak ja. Będą miały spokojny dom, z mamą i tatą. Nie ma innej opcji.

GALA: Tęskni pani za wybiegiem?

KAROLINA MALINOWSKA: Pewnie że tak! Jak włączę telewizor i patrzę na Ankę Rubik czy Magdę Frąckowiak, to myślę: „Jak ja bym chciała tam z nimi być”. Kawał mojego życia, dwanaście lat. To najfajniejsza praca dla kobiety. Latałam po całym świecie, chodziłam na wybiegach u największych projektantów w najpiękniejszych kreacjach świata, poznawałam gwiazdy i jeszcze zarabiałam całkiem niezłe pieniądze. Dużo ludzi mówi, że już się skończyłam, bo nie chodzę u Diora. A ja po prostu tamten etap mam już za sobą. Teraz chcę się zająć czymś innym, znaleźć to, co będzie mi sprawiało autentyczną radość. Dlatego czasem boli głupia krytyka w internecie, bo ja przeszłam cholernie długą i wyboistą drogę, aby być tym, kim jestem – szczęśliwą kobietą.

GALA: Niedawno obchodziliście z Olivierem piątą rocznicę ślubu. Zrobiła pani mały bilans?

KAROLINA MALINOWSKA: Po prostu cieszę się tym, co jest. Pięć lat, bardzo fajnie. Oby było następnych pięćdziesiąt pięć. Wolę w tym konkursie przechodzić dalej niż w „Gwiazdy tańczą na lodzie”.