GALA: Najgorsze w zawodzie reżysera jest...

KASIA ADAMIK : Wczesne wstawanie, np. o 5 rano. Chodzi nie tylko o łapanie światła, ale o to, że film coraz więcej kosztuje, więc dzień roboczy jest długi i wypełniony. Zwykle trwa 12 godzin, z przerwą na lunch. Wejście w krąg filmowy zabiera sto procent czasu i energii. Rok wyjęty z życia. Trudno utrzymać stały związek przy takim trybie życia, trudno o kontynuację znajomości, przyjaźni. Film pochłania, kompletnie pożera człowieka. Nie rozmawia się o niczym innym, staje się potwornym nudziarzem, bez energii na życie towarzyskie.

GALA: To dlatego filmowcy trzymają się razem, we własnym środowisku?

KATARZYNA ADAMIK: Wręcz ograniczają się do ekipy, która otacza dany projekt. I trudno się z tego wyrwać.

GALA: Wychowana w rodzinie filmowej, od małego wiedziałaś, kim chcesz być?

KATARZYNA ADAMIK: Od ósmego roku życia wiedziałam, że nie chcę być reżyserką. W żadnym wypadku! Znałam minusy tego strasznie trudnego zajęcia, pełnego kompromisów, walki, dyplomacji. Ilość czasu, jaką rodzice i ciotka wkładali w pracę, wydawała mi się przesadna i nadmiernie męcząca. Ja wolałam mniej. Na dodatek byłam dość nieśmiała, a tu trzeba dowodzić grupą, biegać, wrzeszczeć, ustawiać, wydawać polecenia. Być liderem dużego przedsięwzięcia, któremu z niewiadomych powodów akurat powierzono pieniądze. Zajęcie kompletnie nie dla mnie. Dlatego już w wieku 8 lat wymyśliłam sobie zawód równie kreatywny, ale realizowany w samotności: rysowanie komiksów. Skończyłam wydział komiksów w Instytucie Plastycznym Świętego Łukasza w Brukseli. Szkołę uznaną, bo komiks jest tam bardzo ceniony, to wręcz specjalność narodowa. Zaczęłam rysować storyboardy.

GALA: Po polsku to się nazywa…

KATARZYNA ADAMIK: Scenorys – takie małe obrazki robione na potrzeby filmu, scenariusz w obrazkach. Rozrysowane ujęcia są ważne w filmach z efektami specjalnymi, np. jak w „Jurassic Park” na pierwszym planie biegną aktorzy a za nimi stado wielkich dinozaurów, ekipa powinna wiedzieć, jak ta sekwencja ma wyglądać, jeszcze przed pierwszym klapsem. Blisko czternaście lat rysowałam storyboardy. Dużo pracowałam z Agnieszką.

GALA: Mówisz do mamy po imieniu?

KATARZYNA ADAMIK: Zawsze. To się wzięło z prostej sprawy, ze wspólnej pracy. Przecież nie mogę wśród ekipy wołać: „mamusiu”. Obie się przestawiłyśmy.

GALA: Jak to jest być dzieckiem takiej mamy?

KATARZYNA ADAMIK: Więcej plusów niż minusów. Kiedyś to było normalne, że dzieci szły w ślady rodziców. Rodzice mieli warsztat, fach, uczyli go swoich dzieci, przekazywali tajemnice. Artyści, lekarze, adwokaci, rzemieślnicy… Piękna tradycja, ale w dzisiejszych czasach ludzie się boją.

GALA: Posądzenia o nepotyzm?

KATARZYNA ADAMIK: Tego też. Boją się porównań, że będą mieli sukces mniejszy albo większy. W świecie filmowym byłam od zawsze, w pewnym sensie to także mój świat. Normalne, że żyje się tym, co całe środowisko, czym rodzina się pasjonuje, o czym dyskutuje. Zawsze lubiłam siedzieć na planie, podobał mi się ten chaos, z którego wyłania się coś konkretnego. I tak bardzo swojego. Magia kina jest silna. Tylko jak już się to wszystko przewali, a film idzie w świat, to moment, gdy już nic od człowieka nie zależy, bywa przykry. Wszystko się nagle wymyka z rąk.

GALA: Co to znaczy „wszystko”?

KATARZYNA ADAMIK: Dystrybucja w świecie. To nie są niczyje błędy, po prostu życie się tak układa. Mój pierwszy film „Bark” w niektórych krajach poszedł dobrze, ale w tych, na których najbardziej mi zależało, praktycznie nie zaistniał, mimo że się podobał. Zabrakło odrobiny szczęścia. Coraz więcej zależy od pieniędzy, jakie się ma na promocję i dystrybucję, a nie od tego, jaki jest film. Przykre, najbardziej bolesne.

GALA: Pracowałaś z mamą nad „Kopią mistrza”. Agnieszka mówi, że wielka zbiorowa scena, gdy kompletnie głuchy Beethoven dyryguje orkiestrą, to twoja zasługa.

KATARZYNA ADAMIK: Kochana mama. Przesadziła. Byłam tylko reżyserem II ekipy, czyli filmowałam wszystko, czego główna kamera nie kręci. Sekwencję, o której pani mówi, rozrysowałam na storyboardach, wsadziłyśmy ją do komputera i obejrzałyśmy w całości z muzyką, jakby była nakręcona.

GALA: Zawodowo jesteś Holland czy Adamik?

KATARZYNA ADAMIK: Myślę, że jestem miksem. Styl mam raczej po Agnieszce, od ojca wzięłam wizualne zabiegi rodem z kina akcji, SF i rozrywki, które mamę zawsze nudziły.

GALA: A poza tym, co masz z ojca, a co z mamy?

KATARZYNA ADAMIK: Fizycznie jestem podobna bardzo do ojca, charakter też mam po nim. Od mamy, przez to, że mnie wychowała, że tyle razem przebywałyśmy, przez osmozę, złapałam więcej różnych cech, ale genetycznie jestem Adamikówna.

GALA: Oglądasz sztuki wyreżyserowane przez ojca?

KATARZYNA ADAMIK: Jak mam czas, żeby dojechać, bo on reżyseruje nie tylko w Warszawie. Bardzo mnie interesują, nagrane na wideo i w telewizji oglądam zawsze.

GALA: Jakie credo przekazali dziecku utalentowani rodzice?

 

KATARZYNA ADAMIK: Agnieszka mnie nauczyła, że jest pewna granica kompromisu, której nie można przekroczyć. Wiadomo, że kompromisy muszą być, zwłaszcza w takiej sztuce jak film, gdy tyle zależy od innych, pieniędzy, techniki, czasu, pogody. Nigdy nie jest tak, jak sobie człowiek wyobrażał. Ojciec nauczył mnie konceptualizmu, żeby na wszystko mieć pomysł. Ten pomysł może się zmieniać, ale trzeba wiedzieć, dlaczego się coś robi. A od Magdy (Łazarkiewicz – od red.) dawno temu usłyszałam, że stanę się reżyserem dopiero wtedy, jak wytnę z filmu swoje dwie ulubione sceny. Trzeba mieć dużą dozę samokrytyki, myśleć globalnie, syntetycznie, a nie czepiać się detali.

GALA: W dzieciństwie poznałaś wielu wielkich polskich twórców?

KATARZYNA ADAMIK: Do dziś słyszę od największych gwiazd: „Pamiętam cię, jak byłaś taaaaaaka malutka”.

GALA: Wyemigrowaliście z Polski w stanie wojennym. Co pamiętasz z dzieciństwa?

KATARZYNA ADAMIK: Mam mgliste wspomnienia. Emigracja zrobiła swoje. Pamiętam, że najwięcej mówiło się o filmach i polityce.

GALA: Nie miałaś nigdy pretensji do rodziców, że się rozstali?

KATARZYNA ADAMIK: Miałam dziewięć lat, jak wyjechaliśmy z Polski, a potem my zostałyśmy we Francji, Laco wrócił do Polski. Bardzo naturalna rozłąka. We Francji zużyłam wiele energii, aby zaadaptować się do nowej rzeczywistości. Pamiętam tylko, że tęskniłam za babcią i dziadkiem. I tyle. Rozstanie rodziców zeszło na plan dalszy, bo sama emigracja była o wiele trudniejsza, bardziej dramatyczna. W ogóle nie mówiłam po francusku!

GALA: Moim zdaniem to pachnie kłopotami wychowawczymi.

KATARZYNA ADAMIK: U mnie było inaczej, popadłam w rodzaj autyzmu. Gdy odwiedzali nas przyjaciele rodziców, nie chciałam z nimi nawet słowa zamienić. Podejrzewam, że to była pełnia frustracji. Wtedy Agnieszka wymyśliła, żeby mnie zapisać na judo. I pomogło! Szłam na trening i wyładowywałam agresję na biednych francuskich dzieciach.

GALA: Rówieśnikach?

KATARZYNA ADAMIK: Tak jakby. Byłam bardzo dobra i bardzo agresywna. Zdobywałam medale, wygrywałam mistrzostwa, imprezy na szczeblu paryskim. Pamiętam, jak kiedyś naszą szkołę odwiedziła mistrzyni kraju, a mój nauczyciel wyciągnął mnie z szeregu i powiedział: „To przyszła mistrzyni Francji”. Był przekonany, że osiągnę swoje.

GALA: Dlaczego się tak nie stało?

KATARZYNA ADAMIK: Bo nauczyłam się francuskiego, poznałam wielu przyjaciół i… już nie potrzebowałam się męczyć. Poza tym nastąpiły pewne zmiany… kobiece i nagle ten sport stał się bardzo bolesny. Nie czułam potrzeby, by tak brutalnie kanalizować frustrację. Straciłam motywację. Nie chciało mi się chodzić na treningi, bo zaczęłam chodzić na imprezy. Reszta poszła gładko.

GALA: Mama dopytuje się: „Kiedy, córeczko, założysz rodzinę? Czy doczekam się wreszcie wnuków?”

KATARZYNA ADAMIK: Nie, w ogóle nie. Nawet nie próbuje. Interesuje się moim życiem i to bardzo, dużo rozmawiamy, ale nie wywiera na mnie żadnej presji.

GALA: Ciekawe, czy gdybyś chciała zrobić jakieś życiowe głupstwo, mama rozpoznałaby niebezpieczeństwo i przeciwdziałała?

KATARZYNA ADAMIK: W ogóle nie robię głupstw! Jestem bardzo zrównoważonym dzieckiem.

GALA: Zawsze tak się nosisz: T-shirt, tenisówki, spodnie?

KATARZYNA ADAMIK: Zawsze. Tak jak teraz.

GALA: Styl do bólu minimalistyczny.

KATARZYNA ADAMIK: Nazywam go wygodny. Po co się męczyć, wbijając w rzeczy, w których nie da się chodzić?

GALA: Szpilki czasem wkładasz?

KATARZYNA ADAMIK: W życiu nie miałam szpilek na nogach. Ani sukienki.

GALA: Żartujesz! Nie masz sukienki?

KATARZYNA ADAMIK: Mam jedną, plażową, ułatwiającą przebranie po wyjściu z wody. Mam nawet jedną spódnicę, ale ani razu jej nie założyłam. Wisi sobie w szafie.

GALA: Malujesz się chociaż trochę?

KATARZYNA ADAMIK: Ani-ani. Jak raz mnie zaprosili do telewizji, trochę mnie pomalowali. Sama nie umaluję ani oczu, ani ust.

GALA: Masz w Polsce ukochane miejsca?

KATARZYNA ADAMIK: Warszawski dom dziadków, okolice Teatru Wielkiego, Krakowskie Przedmieście, plac Piłsudskiego i Wilanów, gdzie jeżdżę na rowerze. I nasz dom na Mazurach, z którym wiąże się wiele pięknych wspomnień z dzieciństwa.