Rodzina jest dla niej najważniejsza. Żałuje, że nie ma więcej dzieci. Może dlatego od 14 lat wspiera olimpiady specjalne dla dzieci upośledzonych umysłowo. Lubi widzieć szczęście w ich oczach. Potrafią się pięknie cieszyć, gdy walczą, stoją na podium. Katarzyna mówi z pasją, ma dużo dobrej energii, jest bezpośrednia, uśmiechnięta. Lubi bawić się modą, być trendy. „Cieszę się, jak moi chłopcy mnie pochwalą, powiedzą, że mają fajną mamę”. A wszystko, co dla niej najważniejsze: małżeństwo, dom, rodzina, zaczęło się właśnie tu, na Helu. Bo tutaj zakochała się w Zbyszku. Wtedy jeszcze nie mogła przypuszczać, że tu będzie jej drugi, po Konstancinie, dom. Bryzą w Juracie zachwyciła się jeszcze w latach 80. Wtedy to był partyjny ośrodek, niedostępny dla zwykłych ludzi. Katarzyna z mężem mogła w nim jedynie wykupić obiady, a jakiś czas potem wynająć pokój. Gdy tylko nadarzyła się okazja, stanęli do przetargu. I wygrali.

GALA: Kiedyś na wakacje w Juracie niecierpliwie czekała pani cały rok. Nadal tak jest?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Oboje z mężem jesteśmy zakochani w Juracie, to taki nasz cud. Gdyby była bliżej, to przyjeżdżałabym tu codziennie. Zawsze myślę, co można by zrobić, żeby w Bryzie było jak najpiękniej. Wczoraj zobaczyłam ławeczkę, dwa fotele i stół. Już wiem, gdzie je postawię. Wymyśliłam parasole w kształcie kielichów. Jestem dumna z mojej plaży Coco Beach z fantastycznymi łożami z baldachimami i poduchami do przytulania. Kiedy przyjeżdżam, natychmiast chcę się tam położyć i spędzić tak pół dnia.

GALA: Kiedy zobaczyła pani pierwszy raz Juratę?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Już w dzieciństwie przemierzyłam cały Półwysep Helski. Jeździłam tam z mamą na wakacje. Tata zawoził nas nad morze i odbierał po dwóch miesiącach. Wszystko mnie zachwycało: cudowny piasek, sosny, przestrzeń, pogoda. Kiedy miałam 14, 15 lat, uwielbiałam jeździć autobusem do Non Stopu, pierwszej dyskoteki w Sopocie, na występy Czerwonych Gitar. Nie mogłam od nich oderwać oczu, stałam w miniówie jak zahipnotyzowana. Błagałam mamę, żeby mi pozwoliła wrócić jak najpóźniej.

GALA: A pierwszy dorosły wyjazd? Również na Hel?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Zaraz po maturze, do Jastarni. Każde miejsce coś mi tam przypomina. Starą miłość, rozmowy, rozstania, powroty. Chyba nie ma kawałka plaży, po którym bym nie chodziła. Z mężem też wszystko tam się zaczęło.

GALA: Od wakacyjnej miłości?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Poznaliśmy się u mnie w domu, ale zaraz potem wyjechałam na wakacje z moim ówczesnym chłopakiem. Zbyszek do mnie przyjechał i miałam dylemat. Różne rzeczy się tam działy. Pamiętam nasze rozedrganie. Później przychodziły tylko kwiaty od Zbyszka.

GALA: Wysyłał je pani z Warszawy?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Miał lepszy pomysł. Uzgodnił z panem ze stacji benzynowej w Jastarni, żeby codziennie mi je dostarczał. Strasznie to denerwowało chłopaka, z którym tam byłam.

GALA: Pierwsze wakacje z mężem też były na Helu?

KATARZYNA FRANK- NIEMCZYCKA: Kiedy wróciliśmy po wielu latach ze Stanów do Polski, najpierw pojechaliśmy do Jastarni. Mąż uwielbia latać nad Helem i oglądać plaże naszej młodości. W wakacje robi to codziennie. Lata bardzo nisko, zaledwie 30 m nad ziemią. Pozdrawia nas ze swego kukuruźnika, jak smażymy się na piasku. Ja boję się latać, wolę jeździć rowerem. Dziennie robię 30 kilometrów, jadę z Juraty przez Jastarnię aż do Kuźnic

GALA: Nawet w czasie wakacji śpi pani tylko sześć godzin?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Czasami nawet pięć. Budzę się wcześnie rano. Lubię iść z mężem na poranny spacer. Usiąść na piasku i patrzeć na wschód słońca. Rozkładam moją ukochaną kołdrę, którą przywiozłam ze Stanów trzydzieści lat temu. Jest dżinsowa, piękna i w ogóle niezniszczona.

GALA: Zazdroszczę widoku z okna apartamentu w Juracie. Morze i sosny...

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: To najpiękniejszy widok na świecie. Mam go cały czas przed oczami. Jak widzimy coś ładnego za granicą, mąż mówi: „Ale u nas w Juracie jest najpiękniej i śniadania w Bryzie są najlepsze”.

GALA: Potrafi pani poleniuchować?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Nawet kiedy intensywnie pracuję. Potrafię wymknąć się do spa pod koniec ważnych rozmów i korzystać ze wszystkiego. Panie kładą mi różne wspaniałe maseczki na twarz i ciało.

GALA: Co pani lubi najbardziej?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Uwielbiam refleksologię stóp, gorące kąpiele, wszelkie zabiegi przyjemnie pachnące i odżywiające ciało. Leżę pół godziny zawinięta w folię i czuję, jak skóra wszystko chłonie. Od masaży balijskich chyba jestem uzależniona. Mogłabym je mieć codziennie.

GALA: Pani garderoba w Juracie wygląda równie imponująco jak ta w Konstancinie?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: W Juracie mam głównie sportowe ubrania: dresy, ciepłe kurtki na spacery. Dużo lnianych sukienek we wszystkich odcieniach beżu i bieli, otulających szali, do tego balerinki i tenisówki. Nie mam ulubionej marki. Nie przywiązuję do tego wagi. Wręcz przeciwnie, zawsze wycinam metki.

GALA: Podobno niektórzy goście przyjeżdżają do Bryzy nieprzerwanie od trzynastu lat.

 

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Nawet mieszkają w tych samych pokojach. Rozmawiamy o tym, jak zmienia się nasze życie, jak rosną nam dzieci. Przeglądałam niedawno księgę pamiątkową. Miło jest czytać po latach piękny list od Andrzeja Wajdy, kilka zdań od Johna Malkovicha, nieżyjącej już Danusi Rinn. Piszą o magii tego miejsca. Od lat odpoczywa u nas Jan Englert z Beatą Ścibakówną, przyjeżdżał Gustaw Holoubek z Magdą Zawadzką, Lucjan Kydryński z Haliną Kunicką. Smutne, że w tym roku Magda i Halina przyjadą same. W piątki robimy ognisko dla gości. Śpiewamy, jemy z grilla, słuchamy muzyki do późnej nocy. Odwiedzają nas znajomi z okolicy. W lipcu obchodzimy imieniny Anny. Goście żartują, że czas w Bryzie liczy się do Anny i po Annie.

GALA: Do dobrego tonu należy pokazać się latem w Juracie. Przed wojną przyjeżdżał tu prezydent Ignacy Mościcki, swoje wille mieli Wojciech Kossak, minister Józef Beck...

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: A w najelegantszym wtedy i snobistycznym hotelu Lido zatrzymywali się Jadwiga Smosarska, Eugeniusz Bodo, Jan Kiepura, generał Władysław Sikorski. Bryza stoi dokładnie w tym miejscu, w którym przed wojną była elegancka kawiarnia Cafe Casino ze słynnym parkietem pod gołym niebem. W naszej kawiarni wisi zdjęcie z dansingu w Cafe Casino z 1937 roku, podarowane przez Dudka Dziewońskiego.

GALA: W Lido latem odbywały się pokazy sukien, futer, a nawet kapeluszy, torebek, samochodów, wybierano Królową Mody Letniej. Może warto wskrzesić przedwojenną tradycję?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę przenieść tu klimat lat 30. Kiedy czytałam w jednej z powieści Magdaleny Samozwaniec, że goście Lido przesiadują w hotelu prawie cały dzień, jedni w wygodnych klubowych fotelach, drudzy popijając w barze, a inni tańcząc przy rytmach jazzu, miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, bo teraz jest podobnie. Lubię wieczory, siedzimy przy winie, wspominamy, słuchamy muzyki. Tradycyjnie organizujemy turnieje tenisowe, pokazy zabiegów i prezentacje kosmetyków. Na dziesięciolecie hotelu, na specjalnie zbudowanej scenie na tafli basenu występowali aktorzy z Teatru Ateneum, a następnego dnia grał Janusz Olejniczak. Wiele osób do dziś pamięta ten nostalgiczny koncert.

GALA: Pani synowie lubią jeszcze spędzać część wakacji z rodzicami?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: Wszyscy uwielbiamy rodzinne wakacje. Maks przyjedzie do Juraty na pięć dni, a Mikołaj ma obiecane dziewięć. Od trzech lat chłopcy w czasie wakacji jeżdżą na paramilitarne obozy do Stanów. Twarda szkoła życia przez sześć tygodni, wstawanie o szóstej rano, sprzątanie, parady wojskowe, musztra, specjalne mundury. Bardzo dobrze im to zrobiło, pozawierali przyjaźnie z rówieśnikami ze świata, łatwiej ich utrzymać w ryzach przez cały rok. Podczas tych wakacji Mikołaj będzie miał dużo nauki. Jest na czterotygodniowym kursie historii koło Bostonu. Za rok czeka go matura i wybór studiów.

GALA: Na chwilę opuśćmy Juratę. Ma pani swoje ulubione miejsca na świecie, do których lubi pani wracać?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA:  Od 17 lat jeździmy do Meksyku. Serdeczni ludzie, urocze restauracyjki, plaże z piaskiem jak mąka. Nigdzie na świecie nie widziałam tak pięknego szafirowobłękitnego morza. Lubię wracać na Riwierę Francuską, spacerować po Monte Carlo, Nicei. To dla mnie magiczne miejsca, oglądam je oczami rodziców. Ojciec dwukrotnie brał udział w rajdzie Monte Carlo. Pamiętam zdjęcia, które pokazywali mi z mamą. Kiedy pojechałam tam po raz pierwszy jako dorosła kobieta, wracały obrazy z dzieciństwa, jakiś sentyment. Jeżeli chciałabym jeszcze gdzieś mieć swój dom, to właśnie tam. Marzę, żeby zobaczyć na żywo wyścig Monte Carlo. Obiecałam dzieciom, że pojedziemy tam w przyszłym roku. Wierzę też, że w Monako będziemy gratulować Robertowi Kubicy tytułu mistrza świata. Poznaliśmy go w Szanghaju. Wspaniały, utalentowany chłopak, niezwykle skromny.

GALA: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, powiedziała pani: „Cokolwiek się w życiu zdarzy, zawsze sobie poradzę”. Jako młoda dziewczyna też pani tak myślała?

KATARZYNA FRANK-NIEMCZYCKA: To moje motto życiowe. Wyszłam z zamożnego domu, ale nigdy nie uważałam, że coś mi się należy. Zawsze pracowałam w wakacje, byłam hostessą, modelką. Podchodzę do życia racjonalnie, nie fruwam w obłokach. Mąż jest taki sam. To tajemnica naszego sukcesu. Mieliśmy plan na życie, chciało nam się i wierzyliśmy w siebie. Najwspanialsze jest to, że oboje z mężem ciągle mamy marzenia i mnóstwo projektów do zrealizowania.