Marzy o własnej łodzi rybackiej i podróży dookoła świata, ze szczególnym uwzględnieniem Mikronezji. Każdą podróż starannie planuje. Już wiele miesięcy wcześniej wspólnie z mężem Przemkiem ustalają plany wyjazdu, wertują mapy, starają się dowiedzieć jak najwięcej o kulturze kraju, do którego jadą. A potem na miesiąc znikają z kraju. Byli już na wszystkich kontynentach poza Ameryką Południową. Podróż to dla niej synonim przygody i dawka adrenaliny. Zanim znowu gdzieś wyjedzie, podobne emocje zapewnia jej jazda na łyżwach i udział w telewizyjnym show.

GALA: Kiedy pierwszy raz w życiu pomyślałaś: „Będę aktorką”?

KATARZYNA GLINKA Już w dzieciństwie uwielbiałam się przebierać i występować przed rodzicami. Później, jako dziewczynka, nie marzyłam, by zostać aktorką. Dopiero w liceum, gdy zaczęłam grać w kółku teatralnym w Miejskim Ośrodku Kultury w Dzierżoniowie, pomyślałam, że to fajny zawód. Wtedy jednak nie miałam w sobie determinacji.

GALA: Kiedy się pojawiła?

KATARZYNA GLINKA Gdy nie dostałam się do szkoły filmowej w Łodzi. Zarówno budynek, jak i to, co dzieje się w środku, robi naprawdę ogromne wrażenie, jest w tym jakaś magia. I powiedziałam sobie, że po prostu muszę się dostać do tej szkoły. Pojechałam więc do Warszawy, żeby w studium aktorskim przygotować się do kolejnych egzaminów. To był bardzo ciężki rok, bo miałam tylko dziewiętnaście lat i byłam samotna w wielkim mieście, nie miałam tu żadnych znajomych ani rodziny, a zajęcia trwały tylko kilka godzin w tygodniu. Siedziałam więc w domu i czytałam książki. Przed rodzicami udawałam, że wszystko jest OK i świetnie się bawię, ale pamiętam, że nieraz płakałam w poduszkę.

GALA: Opłaciło się jednak przemęczyć, bo przy następnym podejściu się udało i zostałaś studentką słynnej Filmówki.

KATARZYNA GLINKA Szczerze mówiąc, po dwóch tygodniach chciałam zrezygnować, bo nie mogłam sobie psychicznie poradzić z tak zwaną fuksówką. Zazwyczaj jest to fajna zabawa, która bardzo ludzi integruje. U niektórych jednak poczucie władzy otwiera jakiś strumień...

GALA: Zła?

KATARZYNA GLINKA Tak. I wtedy już nie jest ani fajnie, ani wesoło, bo fuksówka zaczyna przypominać falę w wojsku. Mnie bardziej było wtedy do płaczu niż do śmiechu. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy niczym się ode mnie nie różnią, każą mi na przykład stać na baczność całą noc i deklamować nazwiska wszystkich starszych kolegów. A przy tym ktoś wywiera na mnie presję, krzyczy, a ja żyję w permanentnym strachu. Ostatecznie to tato przekonał mnie, żebym została. Wytłumaczył, że w życiu już tak jest, że czasem bywa ciężko, ale wtedy trzeba zacisnąć zęby i stawić czoła.

GALA: Początki w aktorstwie też łatwe nie były, bo nie rozdzwonił się telefon z propozycjami.

KATARZYNA GLINKA To prawda. Dlatego sama zadzwoniłam do dyrektora teatru w Olsztynie i powiedziałam, żeby mnie przyjął, bo jestem fajna. W ten sam sposób zresztą dostałam pracę w warszawskich teatrach: Polskim i Kwadrat. Trzeba w siebie wierzyć i mieć odwagę, ale to i tak nie gwarantuje sukcesu. Ten zawód przypomina sinusoidę i to jest chyba najgorsze. Bo nawet jak się jest na najwyższym podium, nigdy nie wiadomo, kiedy telefon przestanie dzwonić. W innych zawodach umiejętności mają ogromne znaczenie, w aktorstwie nie zawsze i niekoniecznie. Wiele zależy od szczęścia, od przypadku, od tego, żeby się znaleźć w odpowiednim czasie i miejscu.

GALA: Są przecież castingi.

KATARZYNA GLINKA Biorę w nich udział, gdy tylko mam taką możliwość, bo a nuż ktoś dostrzeże, zauważy, zapamięta i przypomni sobie o mnie przy kolejnej produkcji. Przyzwyczaiłam się.

GALA: Czy do scen rozbieranych także zdążyłaś się już przyzwyczaić? Kiedyś przecież właśnie ze względu na nie odrzuciłaś rolę w dużej rosyjskiej produkcji.

KATARZYNA GLINKA Obawiam się, że teraz postąpiłabym tak samo, bo pod tym względem niewiele się zmieniło. Łatwiej byłoby mi zagrać emocje związane z aktem miłosnym, niż rozebrać się przed kamerą. Kiedyś pewien reżyser tłumaczył mi, że ciało to warsztat. I ja to rozumiem, ale dla mnie nagość oznacza intymność i nie chciałabym jej do końca odsłaniać. Dlatego gdy miałam zagrać Hermię w „Śnie nocy letniej”, odbyłam z dyrektorem teatru bardzo długą i zasadniczą rozmowę. Moja bohaterka bowiem, w jednej ze scen, w złości zrywa z siebie halkę. I na scenie stoi tylko w bardzo krótkich szortach i w biustonoszu. Próbowałam przekonać dyrektora, że to, co ona ma pod spodem, wcale nie jest ważne.

GALA: Dał się przekonać?

KATARZYNA GLINKA Pozwolił mi trochę te szorty przedłużyć.

GALA: Z jednej strony nie chcesz się rozbierać, a z drugiej, gdy kilka lat temu dostałaś propozycję z „Playboya”, to mąż zdecydował za ciebie...

KATARZYNA GLINKA To nieprawda, że mąż mi nie pozwolił, bo zawodowe decyzje podejmuję sama. Choć oczywiście Przemek tak samo jak ja uważa, że jest to nasza sfera intymna. Rozumiem to doskonale. Myślę jednak, że gdybym była chętna, udałoby mi się go przekonać.

GALA: A gdybyś dostała scenariusz filmu „9 i pół tygodnia”, też byś go odrzuciła?

 

KATARZYNA GLINKA Pewnie nie (śmiech). Wie pani, mnie irytuje golizna dla samej golizny. Nie chciałabym, żeby ludzie szli do kina tylko po to, żeby zobaczyć, jak Glinka wygląda nago. Z drugiej strony, gdyby to był film, po którym ludzie wychodziliby zapłakani i mówili: „Boże, jaka to była miłość, jakie emocje!”, wtedy pewnie bym się przełamała. Choć dużo by mnie to kosztowało.

GALA: Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że aktor musi mieć wrażliwość motyla i odporność nosorożca. Nie tylko po to, by nie przejmować się komentarzami, ale by umieć poradzić sobie z rywalizacją.

KATARZYNA GLINKA To są mało przyjemne kulisy tego zawodu. Mnie zdarzyło się nieraz, że dostawałam jakąś rolę, a dzień później okazywało się, że jednak zagra ją ktoś inny.

GALA: Co się czuje w takich momentach?

KATARZYNA GLINKA To boli. Po prostu. Bo z jednej strony człowiek się cieszy, ponieważ komuś spodobało się to, co robi. A z drugiej czuje potworną niesprawiedliwość, bo ostatecznie gra ktoś, kto ma bardziej popularne nazwisko albo wpływowych znajomych, albo w grę wchodzą pozakulisowe układy. Wiem na sto procent, że tak się dzieje, bo przeżyłam różne sytuacje. Nie chcę wdawać się w szczegóły, powiem tylko, że już pięć lat temu mogłam zostać tak zwaną wielką gwiazdą. Musiałabym jedynie spełnić warunki, którymi nie byłam zainteresowana. Ale te cienie aktorstwa powodują, że człowiek się uodparnia, wzmacnia. I ma siłę, żeby się nie poddać i nie powiedzieć sobie: kończę z tym, zmieniam zawód. Bo takie chwile też się zdarzają.

GALA: Mówisz z autopsji?

KATARZYNA GLINKA Tak, trzy lata temu przeżyłam coś takiego. Skończył się spektakl, w którym grałam w teatrze, nie dostawałam żadnej roli w filmie. I pomyślałam, że może trzeba się zająć czymś innym. Problem polegał na tym, że niespecjalnie miałam pomysł czym. Bo granie uzależnia. Po raz pierwszy nad zmianą zawodu zastanawiałam się zaraz po studiach. Nie dostałam żadnych propozycji, więc zdecydowałam: nie chcecie mnie, to nie, i wyjechałam do Stanów, do San Diego. Przez pięć miesięcy pracowałam tam jako kelnerka i hostessa.

GALA: Lekcja pokory?

KATARZYNA GLINKA Raczej samodzielności. Bardzo dobrze mi to zrobiło. Pomyślałam, że skoro na końcu świata znalazłam pracę, mieszkanie i przyjaciół, to już ze wszystkim sobie poradzę. Pamiętam, że miałam tam permanentne poczucie szczęścia i spokoju. Chciałam studiować aktorstwo.

GALA: To właściwie dlaczego wróciłaś z tego eldorado?

KATARZYNA GLINKA Bo w Polsce czekał na mnie mój przyszły mąż. On miał tu świetną pracę w korporacji, więc musiałby za wiele poświęcić, żeby do mnie przyjechać. A ja w końcu nie robiłam tam niczego nadzwyczajnego. Pomyślałam więc, że wolę pielęgnować związek, w którym widzę wielką wartość, niż robić karierę. O ironio, gdy już miałam wykupiony bilet powrotny, do miejsca, gdzie pracowałam, przyszła łowczyni talentów z dużej agencji modelek, wręczyła mi wizytówkę i poprosiła, żebym przyszła, bo bardzo chce mi zrobić zdjęcia.

GALA: I co?

KATARZYNA GLINKA I… to było okropne. Pamiętam, że siedziałam z biletem w ręku, na telefonie z Przemkiem i niemalże słyszałam bicie jego serca. Później opowiadał mi, że był przekonany, że powiem: zostaję. Przegadaliśmy wiele godzin i stwierdziłam, że wracam. Nie poszłam na te zdjęcia. Nie chciałam przeżywałać dylematu, co zrobić, jeśli zaproponują mi współpracę. Wróciłam więc, nomen omen, 11 września 2001 roku, na kilka godzin przed tragedią World Trade Center.

GALA: Żałujesz?

KATARZYNA GLINKA Tak. Żałuję, że nie spróbowałam. Okropne uczucie.

GALA: Ale za to masz fajnego męża. Jak on sobie radzi z twoją nagłą popularnością związaną z serialem „Barwy szczęścia” i show „Gwiazdy tańczą na lodzie”?

KATARZYNA GLINKA Myślę, że jest mu ciężko, bo to kompletnie nie jego świat. Przemek ma własną firmę, jest tak zwanym cywilem i bardzo się broni, na przykład przed robieniem mu zdjęć. Za każdym razem, gdy fotoreporterzy zwracają w jego stronę aparaty, jest sparaliżowany i mówi, że to jakaś pomyłka, że przecież im nie chodzi o niego. Teraz jest mu też trudno, ponieważ mnie praktycznie nie ma w domu. Żyję w tak niesamowitym galopie, że nie wiem nawet, jaki mamy dzień miesiąca i tygodnia. Dla nas obojga jest to nowa sytuacja. Do tej pory wieczory spędzaliśmy razem. Na szczęście mój mąż jest wyrozumiały. Wie, że muszę wykorzystać ten moment i trochę o siebie powalczyć. Bardzo we mnie wierzy i nie pozwala czytać komentarzy w internecie. Grozi, że mi go wyłączy.

GALA: Bardzo słusznie.

KATARZYNA GLINKA To w ogóle jest chyba taka nasza polska cecha narodowa, że nie umiemy sobie poradzić z czyimś sukcesem. Ale my, aktorzy, mamy coś takiego, że jak już o nas piszą, to chcemy wiedzieć, co. A jeśli piszą krytycznie, to niestety przejmujemy się, bo dotyczy to nie tego, jak gramy, ale tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

GALA: Ostatnio na tych forach, i nie tylko, zawrzało, bo podobno odchodzisz z „Barw szczęścia”?

KATARZYNA GLINKA Nieprawda! To są plotki. Ale nawet moja mama w nie uwierzyła. Zadzwoniła do mnie i spytała: „Jak to odchodzisz? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?!”.

GALA: A skąd się wzięły te plotki?

KATARZYNA GLINKA Zagrałam gościnnie w „Niani” i to wystarczyło.

GALA: Powinnaś się przyzwyczajać. Pewnie zaraz pojawią się spekulacje, czy jesteś w ciąży, czy nie…

 

KATARZYNA GLINKA Kurczę, wiedziałam, że prędzej czy później pani o to zapyta! Na razie nie planuję ciąży. Chciałabym teraz korzystać z tego, na co tak ciężko pracowałam. Chciałabym wykorzystać swój potencjał. Wiem, że go mam.