KATARZYNA GROCHOLA Gry i zabawy małżeńskie

Udostępnij

Katarzyna Grochola napisała nową powieść „Trzepot skrzydeł”. Już nie baśń o Kopciuszku, który spotyka królewicza na białym koniu, ale przejmujący dramat domowej przemocy. Nam pisarka opowiada o małżeńskich błędach, pułapkach miłości i swoim nowym związku, do którego dojrzała po psychoterapii.

KATARZYNA GROCHOLA Gry i zabawy małżeńskie

Najpierw pies. A właściwie jego groźne szczekanie za bejcowanymi na ciemno wysokimi sztachetami. Z otwartych drzwi domu wychyla się ciemna burza włosów. „Ałgan, do domu!”, krzyczy do psa. A do mnie, że nie gryzie. Odważnie otwieram furtkę i wchodzę na ścieżkę wysadzaną żółto- fioletowymi bratkami, biegnącą przez ogródek. Ałgan, piękny miodowy golden retriever, w budynku wytrzymuje kilka minut. Wita mnie przyjaźnie. Kiedy przyjechał do podwarszawskiego domu Katarzyny, wszystkie psy w okolicy nazywano z rosyjska, więc i on na tej fali mody dostał swoje imię.

Siadamy z Katarzyną przed domem przy drewnianym stole. Ja przy herbacie, którą pisarka zdążyła już zrobić, ona ze szklaneczką wody mineralnej z wiśniami i cytryną. „Z drugiej strony domu jest ładniej” – odpowiada na moje komplementy dla ogródka – ale akurat pracuje tam ekipa remontowa, więc hałas przeszkadzałby w rozmowie. Później mam okazję się przekonać, że ogród rzeczywiście jest rajski, z mnóstwem kwiatów i zieleni. Żeby do niego wejść, przechodzimy przez salon. Klimatyczny, pełen pamiątek i staroci. Nad kominkiem kute żeliwne drzwiczki od starego pieca, stylowa ceramika, na ścianach obrazy i zdjęcia Krzysztofa Jarczewskiego, partnera pisarki.

GALA: Uderzył panią kiedyś mężczyzna?

KATARZYNA GROCHOLA: Nawet jeśli uderzył, nie powiem. Jak będę staruszką, napiszę o tym w autobiografii.

GALA: Będzie tam dużo więcej, niż o pani wiemy?

KATARZYNA GROCHOLA: Być może nawet więcej, niż sama o sobie wiem. Moje życie nie było usłane różami. Czasami bywało tak niewesoło, że tylko w łeb sobie palnąć.

GALA: Choroba nowotworowa, dwa rozwody, samotne wychowywanie dziecka – wiele pani przeszła. Zawsze jednak potrafiła się pani wyprostować.

KATARZYNA GROCHOLA: To moja największa zaleta.

GALA: Była pani świadkiem przemocy?

KATARZYNA GROCHOLA: Odkąd tylko zaczęłam rozumieć. Świadkiem takich scen, jak opisane przeze mnie w książce, takich małżeństw. I to nie w obrębie społecznych dołów, tylko wśród inteligentnych, dobrze wykształconych ludzi. W końcu zebrałam się na odwagę i o tym napisałam.

GALA: Bohaterka pani powieści latami znosi razy od męża, tuszuje sińce pudrem i opowiada nieprawdopodobne historie, aby go wytłumaczyć. Dlaczego przyzwala na takie traktowanie?

KATARZYNA GROCHOLA: Kobiety nigdy na to nie przyzwalają, tylko nie umieją sobie z tym poradzić. Już w samym słowie „przyzwalanie” jest coś, co oddziela nas od tych kobiet. No bo przecież gdyby tego nie lubiła, toby z nim nie była, prawda? Może coś z tym zrobić. Wyjść, poprosić o pomoc… Otóż nie. Gdyby mogła, toby zrobiła. Córka Austriaka Frietzla 24 lata przesiedziała w schronie. Dlaczego nie dała ojcu w łeb? Bo groził, że zagazuje jej dzieci. Dopóki nie znalazłyśmy się w takiej sytuacji, nie wolno nam oceniać, wolno nam tylko pomagać.

GALA: Maltretowane kobiety współuzależniają się od przemocy, podobnie jak żony alkoholików od picia męża. Jak pomóc takiej kobiecie, skoro ona odrzuca każdą wyciągniętą do niej rękę?

KATARZYNA GROCHOLA: Przemoc to zaklęty krąg. Otoczenie najczęściej o tym wie, ale się od tego odcina. To wyraz bezradności. Również wobec przemocy psychicznej. Mężczyźnie się nie podoba, że kobieta jest cały czas w domu albo że jest cały czas w pracy. Że włożyła spódnicę, a nie spodnie. Czasem wynika to z tego, że „ja wiem lepiej niż ty”.

GALA: Pani nie pozwalała sobą manipulować?

KATARZYNA GROCHOLA: Z tym było trochę gorzej, ale w porę mówiłam „stop”. Każda z nas daje się czasami wmanewrować w sytuacje, na które nie ma ochoty. Ważne, by w odpowiednim momencie się zatrzymać. Same też trochę manipulujemy, nawet nieświadomie, bo chcemy coś osiągnąć w związku. Żeby on nam coś kupił albo był milszy, albo poszedł z nami do kina. Wszyscy lubimy gry i zabawy towarzyskie, fl irty i dowcipy wynikające z sytuacji. Uznajemy, że one dowodzą inteligencji. A to nie jest opłacalna gra. W związku nie mamy być inteligentni. Mamy być mądrzy, dobrzy, kochający i otwarci.

GALA: Życie panią tego nauczyło?

KATARZYNA GROCHOLA: Może to przychodzi z wiekiem? Najpierw trzeba się przyjrzeć sobie, a nie partnerowi. Miałam tendencję, żeby za niepowodzenie związku obciążać mężczyznę. Nie zastanawiałam się nad tym, czego sama szukam w tym związku i jak to się stało, że upoważniłam mężczyznę do takiego a nie innego traktowania mnie. Jeśli kobieta chce zdobyć mężczyznę, zaczyna udawać. Na przykład, że jej sztandarem będzie gotowanie. On wtedy myśli: „Zawsze marzyłem o kobiecie, która będzie czekać na mnie z obiadem”. A potem się okazuje, że owszem, ona gotuje, ale w czasie urlopu, bo do 19.00 pracuje. To głupi przykład, ale z takich głupich drobiazgów składa się życie. Moja koleżanka wstawała pół godziny przed mężem, żeby wytuszować rzęsy. I mąż przez 8 lat, bo tyle przetrwało to małżeństwo, nigdy jej nie zobaczył nieumalowanej. Gdybym miała tak żyć, wolałabym sobie poderżnąć żyły. Ja zresztą w ogóle się nie maluję, ponieważ zawsze się bałam, że mężczyzna pozna mnie jako atrakcyjną kobietę, a potem się okaże, że trzymam nogi na stole. Więc wolę, żeby od razu zobaczył, jak je trzymam.

GALA: Mówi pani, że trzeba kontrolować, co się dzieje w związku. Jak nie przeoczyć krytycznego momentu?

 

KATARZYNA GROCHOLA: Granice w związku są sprawą najistotniejszą. Dopiero kiedy wiemy, gdzie się zaczynam ja, a gdzie mój partner, możemy sobie wzajemnie otworzyć wewnętrzne drzwi. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy staramy się być jednym organizmem. A na początku zawsze są takie tendencje: „W tym samym momencie chcieliśmy do siebie dzwonić”, „Pomyśleliśmy, żeby iść na ten film” itd. Wtedy tracimy tożsamość, a potem bywamy rozczarowani, że tak już nie jest.

GALA: W jednym z wywiadów powiedziała pani, że żyła pani w związku, w którym dochodziło do zdrad, żyła pani w upokorzeniu. Jak to możliwe z pani mocną osobowością?

KATARZYNA GROCHOLA: Tak się dzieje, kiedy człowiek nie odróżnia pokory od upokorzenia, miłości od zauroczenia, seksu od prawdziwego miłosnego aktu. Teraz jest tendencja do nieangażowania się, żeby uniknąć zranienia. Tymczasem najważniejsza w związku jest otwartość.

GALA: Pani partner, Krzysztof Jarczewski, wie o pani wszystko?

KATARZYNA GROCHOLA: Oczywiście, nie mam specjalnych rzeczy do ukrycia.

GALA: Pani bohaterka dopiero po latach widzi, że to, co brała za przejaw czułości, było zapowiedzią dramatu. Szukała opiekuna, bo była słaba. A przecież wyszła z kochającego domu, takiego, który daje siłę na całe życie. Skąd więc ta słabość?

KATARZYNA GROCHOLA: To nie jest reguła, że jak w domu było dobrze, to i w życiu tak będzie. Moja bohaterka jest silna. Niestety, po jakimś czasie.

GALA: Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, że mężczyzna ma się mną opiekować.

KATARZYNA GROCHOLA: Mnie to przyszło do głowy cztery lata temu. Że nie ma w tym absolutnie nic złego, kiedy on jest opiekunem. I jest ktoś taki koło mnie, kto mnie chroni przed światem. Ale ja na nim nie wiszę. Jestem osobną osobą. Mogę się do niego zwrócić o pomoc, co nie znaczy, że nie mogę bez niego żyć. I że on nie może żyć beze mnie. Możemy żyć bez siebie, ale chcemy żyć ze sobą. Na tym polega różnica: zamiast „muszę” jest „mogę”. I jest jeszcze słowo „wybieram”, więc wybieram taką możliwość. I niczym więcej się nie przejmuję.

GALA: Z jakiego powodu poddała się pani psychoterapii?

KATARZYNA GROCHOLA: Wyhodowałam sobie raka, moje obydwa małżeństwa się nie udały – a też potrafiłam zranić męża, moje dziecko chowało się bez ojca… Stuknęłam się w głowę i zastanowiłam się, jaki mam wkład w to, że o mało co nie umarłam, jestem sama i potrafię nie widzieć tego, co może zranić innych ludzi. To wystarczający powód.

GALA: Terapia otworzyła pani oczy?

KATARZYNA GROCHOLA: I to bardzo. Zobaczyłam, co robię i że nie każdy myśli tak samo jak ja. Zrozumiałam, że jeśli ktoś czuje do mnie złość, to niekoniecznie dlatego, że go skrzywdziłam. Mogłam uruchomić w nim coś, co sprawiło, że ta złość się na mnie skupiła – w psychologii to się nazywa przeniesieniem. Nauczyłam się rozróżniać wiele rzeczy i uczuć. Nie jestem teraz jakąś oświeconą kobietą, która wszystko wie. Ale na pewno wiem więcej. Wiem, kiedy popełniam błąd. To już dużo.

GALA: Czym panią ujął Krzysztof?

KATARZYNA GROCHOLA: Jest prostolinijny, szczery. Nie ma w sobie cienia kombinowania, mówienia, że kogoś lubi, jak nie lubi. Całej tej otoczki, która czasami w towarzystwie może by się przydała. Kiedy tak pomyślę, zaraz się karcę: Kobieto droga! Puknij się w głowę! Przecież za to go cenisz. Dlatego się zakochałaś.

GALA: Mówi pani, że romans to ucieczka od miłości, unikanie bliskości. Kiedy to pani zrozumiała?

KATARZYNA GROCHOLA: Lubiłam się zakochiwać, co zresztą nigdy nie owocowało związkiem. Kiedy byłam młoda, kochałam się na odległość – jechałam wiele kilometrów pociągiem, żeby postać pod oknami chłopaka i nie zobaczywszy się z nim, wracać do domu. W moich czasach w wieku 17 lat nie wskakiwało się do łóżka.

GALA: Ale też nie miewało romansów. To były miłości.

KATARZYNA GROCHOLA: Tylko że ja w związku z nierealnością tej platonicznej miłości hodowałam w sobie wyobrażenie, że oni są wspaniali, że miłość to odległość. Chyba po to, by nie wejść w związek, który byłby pod nosem.

GALA: Ale była też pani w nieplatonicznym związku z żonatym mężczyzną…

KATARZYNA GROCHOLA: To była szalona miłość. Myślę, że kobiety wiedzą, że z romansu nic nie będzie, że on się nie rozwiedzie…

GALA: A jednak marnują życie i czekają latami…

KATARZYNA GROCHOLA: Bo myślą, że kiedyś będzie inaczej. Że będzie naprawdę. Nie będzie naprawdę. Mnie też zajęło to trochę czasu, zanim zrozumiałam. On się co prawda rozwiódł, ale już dla innej.

GALA: Margaret Atwood, kanadyjska feministka i pisarka, mówi, że problemem kobiet jest natłok wzorców: idealna kochanka, idealna matka, bizneswoman, piękna, inteligentna, wrażliwa, ale i asertywna. Kobiety starają się dorównać tym wzorcom, a to niemożliwe, bo one są nierealne. Pani swoimi książkami też się do ich utrwalenia przyczyniła…

KATARZYNA GROCHOLA: Wzorce wzorcami, ale to od nas zależy, kim jesteśmy. Nie mamy być rolą w naszym życiu – idealnej matki, idealnej żony, idealnej pracownicy czy kochanki. Te role bierzemy na moment. Kiedy gotuję zupę pomidorową, bo chcę sprawić przyjemność mężowi, przyjmuję rolę idealnej żony. Ale jeżeli zatracam siebie i myślę, że jestem tym wzorcem, przestaję być sobą. Natomiast jeśli wiem, że ja to ja i teraz będę kucharką, nie muszę być idealna. Idealna jest Matka Boska. Szczęśliwie nigdy w życiu nie chciałam być idealna, co również jest i moją wadą, i zaletą.

GALA: Nawet idealną matką?

KATARZYNA GROCHOLA: Moja córka jest idealną matką. Więc musiałam być chyba niezłą matką, skoro tak ją wychowałam

 

GALA: Dostaje pani jeszcze takie SMS-y: „Lepiej tyrać rok na roli, niż córeczką być Grocholi”?

KATARZYNA GROCHOLA: Nie, takich już nie. Dostaję ładne, np. „Kocham cię”. Odpisuję: „ I ja”. Dorota jest wyjątkowa: piękna, mądra, dobra i niezwykle zdolna. Pisze lepiej ode mnie. Nie będzie miała łatwo, chyba że wymyśli sobie dobry pseudonim i nikt się nie dowie, kim jest.

GALA: Pani córka, Dorota Szelągowska, chce zostać pisarką?

KATARZYNA GROCHOLA: Nie mam pojęcia. Myślę, że ma obciążenie związane z tym, że jest narzeczoną Adama Sztaby (pianista i kompozytor – przyp. red.) i córką Grocholi. Mnie wciąż zaskakuje wyglądem. W sobotę rano jest blondynką z krótkimi włosami. Później, gdy prowadzi program kulinarny w TVN, widzę ją jako długowłosą brunetkę. A po południu, gdy mijamy się w drzwiach u lekarza, myślę, że to obca osoba, bo ma czarne, długie włosy. A to wszystko dzieło fryzjera.

GALA: Ma pani jeszcze czas dla wnuka?

KATARZYNA GROCHOLA: Miewam. Jesteśmy umówieni na niedzielę. Już mi zagroził, że pójdziemy do zoo! Nic z tego. Poprzednie zoo wystarczająco mnie wykończyło! Mam kapitalnego wnuka. Udało mi się! Kocha tak, jak potrafią kochać dzieci. Szczerze, otwarcie, rzuca się na szyję. W desperacji, ostatnio wylądowaliśmy w Łazienkach. Łazienki dla chłopca, także pomysł! Ani wiewiórki, które jadły z ręki, ani paw, który rozłożył ogon, nie były wystarczająco atrakcyjne. Ale na szczęście przy mostku pojawiły się szczury! Mój wnuczek rzucił mi się na szyję przy pożegnaniu i powiedział: „Babciu, to był najpiękniejszy dzień w moim życiu!”.

GALA: Nadal się pani przydarzają nieprawdopodobne sytuacje, jak wtedy, gdy podczas budowy domu znajdowała pani rzeczy niemożliwe, np. wielką betoniarkę?

KATARZYNA GROCHOLA: Przydarzają mi się, ale już nie tak mocne jak kiedyś. Ale też potrzebuję dużo mniej takiej cudownej pomocy. Bo dużo rzeczy mogę sama załatwić lub po prostu kupić. Już nikt nie przyniesie mi nagle na imieniny dziesięciu płyt chodnikowych ani gwoździ czy kibelka.

GALA: Dostała pani wiele kopniaków od losu, teraz czas na nagrody?

KATARZYNA GROCHOLA: Dostałam też tak wiele dobrych rzeczy, że kopniaki się opłaciły. A nagrody? Mam nadzieję, że nie. One rozpuszczają człowieka. A mnie jest dobrze z tym, co jest.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł