Związana z Tomaszem Brzozowskim, właścicielem warszawskiej kawiarnioksięgarni Czuły Barbarzyńca. Oboje mają mocne charaktery, ich związek to nieustanna praca nad emocjami. Nas Katarzyna Herman zaskoczyła gustem retro. Na pchlich targach kupuje stare lampy. Wzrusza się, słuchając Jacques'a Brela. Rozmawiamy w "Czułym..". Katarzyna raz po raz się z kimś wita. Tomaszowi zdaje relację z porannego pożegnania z synkiem, który właśnie poszedł do przedszkola. "Nie płakał" - mówi z dumą. Odwaga po mamie?

GALA: Zbigniew Wodecki opowiadał, że idąc rano do szkoły, minął muzyka z butelką wiśniówki w ręku wychodzącego z baru. Wtedy postanowił, że też zostanie muzykiem...

KATARZYNA HERMAN: Choć wszyscy chłopcy chcieli być strażakami lub policjantami? Czyli bohaterami? Ekscentrycznie. U mnie było banalnie. Gdy byłam mała, dziewczynki nie marzyły, żeby być modelkami. Wszystkie chciały być tancerkami albo aktorkami. Ja wybrałam to pierwsze. Chciałam być primabaleriną w tiulowej spódniczce. Ostatecznie tańczyć w Mazowszu. A że rosłam i rosłam, przerzuciłam się na wariant "B". Trudno. Aktorka w końcu też ma garderobę, do której przynoszą jej kosze kwiatów i czekoladki. 

GALA: Nie mówisz wszystkiego. Jeszcze chciałaś być cyrkówką. 

K.H.: Wydawało mi się to takie malownicze. Chciałam być kobietą gumą. 

GALA: A potem zaczęłaś czytać wiersze...

K.H.: Tak. W łazience, na głos. Dobrze się niosło. Najlepiej mi się szlochało przy Annie Achmatowej.

GALA: Sama pisałaś je kiedyś?

K.H.: Po jednej żałosnej próbie typu "ciemno, szaro i ponuro, słońce skryło się za chmurą" chwała Bogu przestałam. Pociągały mnie opowieści grozy. To był mój okres mistyczny. 

GALA: Minął?

K.H.: A szkoda. Czułam się uduchowiona (śmiech). Nie wierzę w duchy i UFO, bo moja ulubiona lektura w dzieciństwie, "Historie niewiarygodne", racjonalnie mi tego typu zjawiska wytłumaczyła. 

GALA: Wierzysz w horoskopy?

K.H.: Nie. Może dlatego, że urodziłam się 13 i do tego w piątek. Nie wierzę wróżkom. Jedyna, którą odwiedziłam, powiedziała mi, że będę z mężczyzną z lasu o białych włosach. A tak nie jest. Ale... 

GALA: Ale...

K.H.: Trafiłam raz, w środku nocy, do Kadyksu - portu nad Atlantykiem zwanego "Se'orita del Mar" albo "Ukochana wiatru". Wiało przerażająco. Tani hotelik okazał się zatęchłym byłym burdelem, a pokój nie miał nawet okna. Noc musiałam spędzić w mieście. Dziwnie pustym, bo właśnie kończył się karnawał. Nieliczne zmęczone twarze nie patrzyły przyjaźnie. Maszerowałam przed siebie. Nagle coś zamigotało na bruku. Smuga księżyca oświetliła blaszaną tabakierę z obrazkiem przedstawiającym czarnego kota z fajką. W środku było tylko opakowanie od cukru z nazwą kawiarni El Bosque. Idąc za grupą wystrojonych i mocno zużytych transwestytów trafiłam do tapas baru. Tam znowu cukier zapakowany w torebki El Bosque. Wiało coraz mocniej. Poczułam, że muszę znaleźć to miejsce. Było za rogiem. Malutka, zupełnie pusta kawiarnia. Za barem, tyłem, siedział mężczyzna o białych włosach. Oglądał ligę hiszpańską. Odwrócił się, miał koszulkę z napisem "Uwierz w ducha". Dotarło do mnie, że był 13. Tak szybko nie biegłam nigdy... Uciekłam. Może przed przeznaczeniem? 

GALA: Nie nabierasz? W dzieciństwie byłaś podobno straszną kłamczuchą.

K.H.: Zaraz kłamczuchą. Może raczej kolorystką. Rozgryzłaś mnie. No dobrze, przyznaję, przeznaczenie mnie dopadło. Jestem z mężczyzną, który ma parę białych włosów, dom pod lasem i notorycznie ogląda ligę. 

GALA: I toleruje twoje koloryzacje?

K.H.: Z bólem. Podobnie jak ja jego mecze na szczycie. Przezywa mnie od aktorek, szmirusek, histeryczek. Uważa, że przesadzam i jak się nie uspokoję, to mnie wyśle na elektrowstrząsy. 

GALA: Kto komu w końcu ustępuje?

K.H.: Różnie. Powiedzmy, że dyplomatycznie wypracowujemy zawieszenie broni. To się chyba nazywa savoir-vivre, czyli wiedzieć, jak żyć. Wymaga to ode mnie dużego poświęcenia, bo mam naturę despoty. 13 sierpnia - jak ja - urodzili się Fidel Castro i Alfred Hitchcock. Dosyć radykalne typy, przyznasz. 

GALA: No tak. Ale mogłaś gorzej trafić. 

K.H.: Przysięgam, że wolałabym być słodką, słabą kobietką. Szczebiotać z przyjaciółkami jak w "Magdzie M.". Tupać obcasami, kokietować i uwodzić jak Achmatowa. Ilu ona miała mężów? 

GALA: Pięciu. I wielu adoratorów. A sztukę flirtu w małym paluszku. Mikołaj Gumiłow, jej pierwszy mąż, żartował: "Aniu, więcej niż pięciu wielbicieli, to nie wypada". Co ty na to?

K.H.: Ech, wypada, wypada. I jak to potem dobrze brzmi w biografii! Uwielbiam Danutę Szaflarską, która mówiła, że pierwszego męża miała lekarza, a drugiego... z nudów. Też bym tak chciała - zatrzepotać rzęsami i wyjść za mąż. 

GALA: To kokieteria w czystej postaci. Na jednym z czatów twój wielbiciel napisał: "Kocham panią, co pani na to?". A ty: "Powiedziałabym: pobierzmy się, gdyby nie fakt, że już jestem w szczęśliwym związku". Często spotykasz się z takimi wyznaniami?

 

K.H.: Zdecydowanie za rzadko. Inaczej miałabym już tych pięciu mężów. Poważnie, to miłe słowa, ale uczucie kruche jak moda na nowe seriale. 

GALA: Za to moda na ciebie trwa od kilku lat. Za sprawą "Ekipy" jesteś na billboardach w całej Polsce. Ludzie zaczepiają cię na ulicy?

K.H.: Nie zaczepiają. Być może dlatego, że gram tam rezolutną i konkretną osobę, która stwarza dystans. To nie sprzyja poklepywaniu po plecach.  

GALA: Ta rola coś zmieniła w twoim życiu?

K.H.: Odkryłam, że twarzowo mi w krawacie. I zrozumiałam, że jest we mnie bardzo silny, męski pierwiastek. Chodzi o adrenalinę. Naturę zdobywcy. Wcześniej, naiwnie, nie zdawałam sobie sprawy, że polityka wiąże się z takimi emocjami. Wciąga. Uzależnia. Opiera się na niebezpiecznej grze. Uważniej oglądam wiadomości, węszę, kto kłamie.

GALA: Kto kłamie lepiej? Kobiety czy mężczyźni?

K.H.: Jak na mój gust, mężczyźni. Ale mało mamy kobiet w polityce, wyniki moich obserwacji nie są wiarygodne. Zresztą ja się na tym nie znam. Prawdziwych mężczyzn spotkałam w życiu paru.

GALA: Za to wiele kobiet. Masz sześć sióstr. Nawet pracę magisterską pisałaś o kobietach - tych, które kochają za bardzo, jak Anna Karenina czy Masza z "Trzech sióstr". Skończyłaś ją?

K.H.: Nie. Bo odkryłam, że nie umiera się z miłości. A poza tym się zakochałam. Szczęśliwie. Ale rzeczywiście, do kobiet mam w życiu większe szczęście niż do mężczyzn. Więcej im zawdzięczam: Maja Komorowska w szkole, Izabella Cywińska, która powierzyła mi pierwszą poważną rolę w "Bożej podszewce", w teatrze Agnieszka Glińska, a teraz Agnieszka Holland, Magda Łazarkiewicz i Kasia Adamik w "Ekipie". To kobiety widzą we mnie seksapil. I częściej wyznają mi miłość. 

GALA: Jak na to reagujesz?

K.H.: Jak panna na wydaniu. Rozważam za i przeciw. I zawsze mi wychodzi, że z kobietą żyłoby mi się łatwiej (śmiech).  

GALA: Może dlatego, że wychowywałaś się w domu, gdzie było osiem kobiet. Jak w filmie Ozona.

K.H.: Może? Chociaż na trwały związek z tyloma kobietami naraz nie zdecydowałabym się. Za dużo szczebiotu, za dużo słów. 

GALA: Twoja bohaterka Aleksandra Pyszny z "Ekipy" nie mówi zbyt dużo. Podoba ci się wykreowany w serialu świat?

K.H.: Dużo bardziej niż to, co pokazują w telewizji. Politycy w naszym scenariuszu mają przynajmniej klasę. I są wyraziści. 

GALA: Nelly Rokita też jest wyrazista.

K.H.: Aż nadto. To nie jest chyba dobry przykład. Wolę Manuelę Gretkowską. Polska jest przecież kobietą. Może kobiety u steru byłyby rozsądniejsze. 

GALA: Aleksandra zostawia kochanka, by biec na nocną naradę do premiera. Rozumiesz ją?

K.H.: No pewnie. Ma poczucie misji. Jest profesjonalistką. Prawie doskonała. Tylko zapomina, że jest kobietą. To ją gubi. Chce być jak Bond. James Bond.

GALA: James Bond jako wzorzec kobiecości... Przyznasz, że to ciekawy punkt widzenia.

K.H.: Dlaczego? Ma musujące poczucie humoru i jest rasowym mężczyzną. To dżentelmen. 

GALA: Dżentelmen dziś to kto to taki?

K.H.: Nie wystarczy, że całuje w rękę i codziennie zmienia koszulę. Gdy zna swoją wartość, nie musi udawać macho. Może sobie pozwolić na delikatność. To gatunek wymierający, podobno na nasze własne życzenie, ale nie znam kobiety, która by nie wzdychała tęsknie na słowo "dżentelmen".  

GALA: Czy syna chciałabyś wychować w ten sposób?

K.H.: Mam nawet pewne osiągnięcia. Ostatnio przepuścił mnie w drzwiach, mówiąc: "Proszę, mamo, dziewczyny mają pierwszeństwo". Na moje: "Jesteś aniołem", konkretnie i po męsku odrzekł: "Nie, dżentelmenem". Ma trzy lata. 

GALA: Czy istnieją dziś prawdziwe damy?

K.H.: Jeśli przyjmiemy, że dama się nigdy nie spieszy - to nie. Wszyscy gdzieś pędzą. Ja też. Lubię chwile rankiem, gdy moje chłopaki śpią, a ja mogę usiąść z kawą i zastanowić się, dokąd zmierzam. 

GALA: A dokąd zmierzasz?

K.H.: Tego właśnie nie wiem. Jedno jest pewne: inżynierem już nie zostanę. Na pewno nie umiem nie być aktorką. To silniejsze ode mnie. Zawsze też będę mamą. Ale jaką aktorką, jaką mamą, jakim człowiekiem, to już zależy ode mnie. 

GALA: Co teraz robisz?

K.H.: Leniuchuję. To niezły sposób na życie - zwłaszcza że ostatnio dużo pracowałam. Po prostu żyję. Zbieram siły. Zbieram kasztany. Czasem gotuję, ale bez przesady. Trochę czytam. Próbuję łapać małe radości. Kolekcjonuję je. 

GALA: Co czytasz?

K.H.: Bajki dla dzieci. Naszym faworytem jest Pan Petsson i jego kot Findus. Lubimy też Krecika. To jest dopiero facet.  

GALA: Żadnych poważnych odkryć literackich?

K.H.: Brak mi na to czasu albo skupienia. Murakami mnie nie zahipnotyzował. Wolę kryminały. Albo rozmowę z mądrym człowiekiem. 

GALA: A miewasz czasem amerykański sen o karierze?

K.H.: Daj spokój. Tęskniej patrzę na Wschód. Całe dzieciństwo oglądałam radzieckie filmy wojenne. A potem było szaleństwo Arabelli i jej magiczny pierścień. Zagrać w czeskim filmie to byłoby coś! 

GALA: Nigdy nie wiadomo. 

K.H.: Toteż czekam sobie z godnością. Aktor musi być trochę jak księżniczka, która cierpliwie czeka na królewicza, a czasem jak rycerz, który rusza na smoka. Teraz jestem księżniczką.  

GALA: Masz jakieś motto, słowa, które cię prowadzą przez życie?

K.H.: Czy ja wiem? Motto to brzmi poważnie. Aaa! Wiem! Trafiłam ostatnio na ładne zdanie w "Księdze niepokoju" Fernando Pessoi: "Serce, gdyby zaczęło myśleć - przestałoby bić".

GALA: Do czego twoje bije?

K.H.: Do trafnych wyborów. Tego, żebym miała odwagę ich dokonywać. A nie dać się nieść fali, modzie. A nam wszystkim, żebyśmy poszli na wybory. Może wtedy polscy politycy będą bardziej przypominać naszych z "Ekipy".