KATARZYNA HERMAN: Gdybym była pisarzem, najchętniej amerykańskim, najlepiej noblistą, zapytałabyś mnie pewnie, jak żyć.

GALA: Proszę bardzo. Jak żyć?

KATARZYNA HERMAN: O nie! Nie dam się nabrać, choć to mój kompleks. Nie jestem Philipem Rothem, nudziłabym potwornie. Lepiej rozmawiajmy o pożądaniu. Kojarzy się zwierzęco. Jest w tym temacie jakieś mięso. Brzmi kusząco.

GALA: Czujesz się pożądana?

KATARZYNA HERMAN: Nie ciągle. I całe szczęście. To chyba niebezpieczne? Od razu robi mi się gorąco. Chwileczkę... Daj mi ochłonąć (wypija duszkiem ogromny koktajl ananasowo- imbirowy). Pożądanie świetnie wypada w romansach i pornosach, ale zobacz, jak to się szybko, a często i tragicznie kończy: „Dziewięć i pół tygodnia”, „Fatalne zauroczenie”, „Ostatnie tango w Paryżu”, „Gorzkie gody”. Dlatego na życie wolę radziecki, solidny „Dworzec dla dwojga”. Nie można być cały czas podłączonym do prądu.

GALA: Nie flirtujesz? Nie kusisz?

KATARZYNA HERMAN: Nie umiem, serio. Jestem zbyt szczera, łatwo się rumienię, ale w pracy mogę sobie pozwolić na przeżywanie emocji ekstremalnych . Grałam ostatnio u Jacka Borcucha („Wszystko, co kocham” – premiera we wrześniu, przyp. red.) namiętną Sokołowską, w której podkochują się młodzi chłopcy. Chodziłam po podwórku między blokami, kręcąc biodrami, zmysłowo poprawiając rude włosy, ale to była gra. Prywatnie takie femme fatale wkurzają mnie okropnie.

GALA: A wokół wiosna. Feromony krążą.

KATARZYNA HERMAN: Feromony, hormony, wiem, do czego zmierzasz. Wyostrza się węch. Świat staje się soczysty i rozerotyzowany. Wystarczy się temu poddać. Jestem kobietą, do tego aktorką, więc żyję bardzo instynktownie, to prawda. Ale wiem, jak to się włącza i wyłącza. Pstryk, pstryk.

GALA: Takie to proste?

KATARZYNA HERMAN: Wystarczy nie wysyłać sygnałów. Odwrócić się na pięcie w odpowiednim momencie i wyjść. Wtedy nie umiera się z miłości.

GALA: Kundera powiedział, że ciekawsze jest nie doznanie erotyczne, ale pożądanie.

KATARZYNA HERMAN: Do zagrania na pewno. Sceny erotyczne to czysta choreografia. W takim momencie jestem rzeczowa i bezwstydna. Przekonałam się o tym, pracując nad „Janosikiem” (reż. A. Holland, K. Adamik – premiera we wrześniu, przyp. red.) Miałam scenę miłosną w Tatrach, na zapleczu karczmy, na kamieniach, wśród jabłek i kiełbas, w balii z wodą. Młodziutki aktor ze Słowacji umierał z przerażenia, a ja układałam choreografię.

GALA: Jesteś drapieżnikiem?

KATARZYNA HERMAN: Już chyba nie. Dziś o dreszcz emocji przyprawia mnie dobrze zrobiony stek, nie mówiąc już o przepiórkach w sosie winogronowym. Ale mam coraz mocniejsze wrażenie, że świat to dżungla pełna dzikich zwierząt. Publiczność chce krwi, spektakularnych zdrad, bankructw, sińców. Tego, niestety, nie dam. Pokazuję nagą twarz, ale na scenie czy przed kamerą. Wolę żyć spokojnie, nie burzliwie. Jak oszaleć, to z nudów. Śpię bardzo mocno i dobrze, u boku ciągle tego samego mężczyzny.

GALA: Nie spychacie się w łóżku?

KATARZYNA HERMAN: Oczywiście. Jesteśmy normalni. Psychoterapeuta albo Woody Allen powiedziałby, że to dynamiczny związek, pełen tarć. Raz pod wozem, raz na wozie – proza życia. Ale babcia mi mówiła, że warto wytrzymać, więc trwam.

GALA: Proza życia zabija pożądanie?

KATARZYNA HERMAN: Pewnie tak. Ale jeśli pożądaniem jest chęć bycia blisko z drugą osobą, to już nie. Dla mnie pożądanie wiąże się z miłością, czułością i jedną konkretną osobą – mężem, ukochanym. Z patrzeniem mu w oczy. Jego silnym uchwytem dłoni i rozwiązywaniem zagadek dnia codziennego.

GALA: Co po sześciu latach intryguje cię w nim najbardziej?

KATARZYNA HERMAN: To, że go w ogóle nie pojmuję. Ciągle, po tylu latach, jest dla mnie niezrozumiały zupełnie. Jego pomysły, jego projekty jak dla mnie są zbyt śmiałe. A te jego seanse futbolowe! To jest prawdziwe misterium, sublimacja intelektualna! Nieustannie są jakieś mecze na szczycie. Ale co robić? Trwam. Robię w tym czasie dyskretny przegląd prasy, nie zasłaniam, nie szeleszczę, zerkam czasem na ekran. Jak dobrze grają, to mnie też wciąga, np. mecz Chelsea – Liverpool był niesamowity. Moi ulubieńcy to: Torres, Morientes, staruszek Nedvĕd. Zawsze mam też niezłą zabawę z obserwacji, co adrenalina robi z facetami. Ostatnio wzroku nie mogę oderwać od trenera FC Barcelona, Guardioli. Co on wyrabia! Jak dziecko czochra się, obraża, podskakuje z radości. Ale najbardziej teatralna jest liga włoska. Płaczą, szlochają, wygrażają pięścią do nieba. A jak udają faule! Boże! Tarzają się z bólu, konają, gryzą murawę! Z kolei liga angielska to prawdziwa walka do ostatniej krwi. To jest podniecające widowisko!

GALA: Poza ekranem podnieca cię...?

KATARZYNA HERMAN: Mężczyzna w kuchni. Może być na zmywaku, ale jeszcze bardziej, gdy dobrze gotuje. Marzy mi się, choć wiem, że partnerstwo nie polega na tym, że facet biega po domu w fartuszku, żeby mój mężczyzna od czasu do czasu przyrządził np. butargę z odrobiną wędzonego węgorza. Niestety, to koncert życzeń.

GALA: Szkoda, tak smacznie zabrzmiało.

KATARZYNA HERMAN: Prawda? To nie musi być zresztą coś bardzo wyrafinowanego. Niech będzie omlet albo francuskie tosty pomarańczowe – to też na mnie działa. Staję się wtedy łatwa (śmiech).

GALA: Jesteś wyjątkowo rozerotyzowana, wręcz rozbuchana.

 

KATARZYNA HERMAN: Aż się boję, dokąd mnie to zaprowadzi. Mrużę oczy, bo kolorów jest zbyt dużo, zapachy mnie oblepiają niemiłosiernie i nic z tym nie można zrobić, tylko czekać na wiatr. W basenie regularnie miewam ciarki od dotyku wody. Nie mówiąc o emocjach, jak one huśtają. Wykorzystuję to w pracy. Miałam niedawno premierę w teatrze („Miasto” wg J. Griszkowca – przyp. red.) i była tam scena awantury rodzinnej pomiędzy Nim a Nią. I to powinno być – tak zostało w scenariuszu zapisane – bardzo życiowe, codzienne, naturalne. Niestety, w teatrze wychodzi to teatralnie. Próbowaliśmy różnie – on np. zdejmował koszulkę, ja kładłam się w majtkach do łóżka, ale ciągle było to sztuczne. Wróciłam pewnego wieczoru do domu i pomyślałam: „A co mi tam, poeksperymentuję”.

GALA: I pokłócisz się w domu na „zadany temat”.

KATARZYNA HERMAN: Tak. Okazało się, że awantura poszła brawurowo, szybko i bardzo efektownie. Na drugi dzień spróbowałam przenieść to na scenę. Pomogło.

GALA: Taką teatralną awanturę domową trudno potem wyciszyć?

KATARZYNA HERMAN: Kwestia wprawy. Dla cywila pewnie bardzo trudno. Teraz wiesz, co to znaczy, że życie z aktorką jest piekłem.

GALA: Podoba mi się ta sztuka. Daje złudzenie, że podglądasz i podsłuchujesz czyjeś życie. Trochę wesołe, trochę smutne, jakie wiedzie większość z nas.

KATARZYNA HERMAN: Też ją lubię, bo to bardzo ludzka i prosta historia. Powinien ją obejrzeć każdy dorosły mężczyzna, ponieważ ci, którzy widzieli, mówili, że pomaga. Pomaga zrozumieć, że w pewnym wieku walenie głową w mur, stawianie na głowie i wywracanie życia do góry nogami do niczego nie prowadzi. Basin, mój teatralny mąż, ma 40 lat i dopadł go kryzys wieku średniego. Zadaje sobie banalne pytanie: „Jak żyć?”. I nie potrafi na nie odpowiedzieć. Ma poczucie, że stoi pod ścianą, i myśli, że jak wyjedzie i wszystko zostawi – pracę, rodzinę, dom, przyjaciół – to znajdzie odpowiedź. Ja, czyli żona Tania, intuicyjnie wiem, że ucieczka jest bez sensu. Nie ucieka ani się nie poddaje. Chodzi z mężem za rękę, słucha go, próbuje jego lęki rozłożyć na czynniki pierwsze: „Dlaczego martwisz się, że nie nauczysz się włoskiego, skoro... możesz się nauczyć?!”.

GALA: Czasami człowiek tak się w życiu zapętli, że trudno mu się zmierzyć z najprostszymi problemami.

KATARZYNA HERMAN: Grałam kiedyś w „Trzech siostrach” i na tej sztuce był mój szwagier, Amerykanin z Kalifornii. Kiedy wyszedł po spektaklu, powiedział do mnie: ,,Good job”, z uśmiechem pokazując kciuk, ale zaraz potem zapytał moją siostrę: ,,Ale o co tam w ogóle chodzi?! Dlaczego one tyle gadają o tej Moskwie, a do niej nie jadą?! Przecież ta Moskwa była tak blisko?!”. Nic nie zrozumiał. Rosjanie mają taką tendencję i my, Polacy, też się o nią ocieramy, że być może gdzieś obok, gdzieś troszkę dalej, za rogiem czeka nas lepsze życie, lepsza impreza, ładniejszy dom, jaśniej świeci tam słońce. I to jest bardzo złudne myślenie.

GALA: Mam poczucie, że kobiety jednak mocniej stąpają po ziemi.

KATARZYNA HERMAN: Niektórzy twierdzą, że warto się miotać, bo podobno bardzo dobrze się potem pisze książki, robi filmy czy maluje obrazy. Ale w życiu to nie jest potrzebne. Kłócę się z Arturem Urbańskim, reżyserem ,,Miasta”, o zakończenie. Ostatnia scena jest taka, że on siedzi w taksówce i – według mnie – wraca do żony. Artur twierdzi, że jest odwrotnie, bo on jedzie na dworzec. Więc informuję wszystkich, że ja się na taki wariant nie zgadzam. Jako kobieta mówię: „nie”.

GALA: Twoje ciało podoba ci się coraz bardziej czy coraz mniej?

KATARZYNA HERMAN: Sama nie wiem. Czasem tęsknię za tamtym młodym, pulsującym i pyzatym ciałem, a czasem cieszy mnie ta dojrzała cielesność, bo jest moja.

GALA: Są na niej ślady twojego życia.

KATARZYNA HERMAN: Widać wszystko – ciążę, dziecko, kryzysy, namiętność, rozpacz, miłość, każde kolejne dziesięć lat zostawia swoje ślady, coraz głębsze. Czasami mnie wkurzają, ale częściej rozczulają, bo ja pewne ,,blizny” lubię bardzo i pod tym względem jestem niedzisiejsza. Starzy ludzie są piękni, pod warunkiem że mądrze żyli. Uwielbiam siwe włosy, bo mają w sobie prawdę, bo mówią, że nie kokietujemy, nie udajemy. Naprawdę nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła dumnie nosić siwe pasemka, zresztą podobnie jak kurze łapki.

GALA: Młodość trochę cię udręczyła?

KATARZYNA HERMAN: Na własne życzenie. Chciałam być skomplikowana i trudna. To były lata 80. Styl wyznaczała np. Samantha Fox z dużym biustem i temperamentem, ,,Dirty Dancing” i tego typu produkty. Mnie to się wydawało tak banalne, że z premedytacją brnęłam w ascetyzm; piosenki Ewy Demarczyk, „Szklany klosz” Sylvii Plath. Taką wymyśliłam sobie ścieżkę, może trochę dla ochrony przed światem, ale też trochę dla takiego błyśnięcia, że jestem wyjątkowa.

GALA: To teraz częściej myślisz o sobie, że jesteś kobietą wyjątkową? Czy może gdy byłaś młodsza i bardziej butna wobec świata?

KATARZYNA HERMAN: Wtedy w gruncie rzeczy chciałam być taka jak wszyscy. Teraz myślę sobie, że jestem wyjątkowa i jestem tego warta. Miałam 18 lat, zdawałam do szkoły teatralnej w Warszawie i oceniał mnie znany profesor, starej daty amant, wielki znawca i koneser kobiet. Dał mi bardzo dużo punktów za głos, interpretację i różne inne rzeczy, ale zero punktów za warunki zewnętrzne. Wpadłam w czarną rozpacz, a po prostu nie byłam w jego typie seksualnym. Teraz wiem, że nie mogę być w typie seksualnym wszystkich krążących wokół mnie mężczyzn i kobiet, i żyje mi się z tym zdecydowanie łatwiej. Bronię się przed czyszczeniem zdjęć, bo chcę poznawać swoją twarz. Sińce pod oczami są zmysłowe, a zmarszczki ktoś nazwał ładnie „mapą rozkoszy”. Zresztą mądre kobiety nie mają z tym problemu. A mnie pomogło macierzyństwo.

GALA: Kiedy rodzi się dziecko, to kobieta staje się lepsza, bardziej odpowiedzialna?

 

KATARZYNA HERMAN: Nie zawsze. Popatrz np. na Annę Kareninę. Oglądałam wczoraj przerażający film ,,Uwikłani” z Julianne Moore o kazirodczym związku matki z synem. Pierwsza scena jest taka, że rodzice wychodzą na bankiet, zostawiając małego pod opieką niani. Potem następuje sekwencja scen, kiedy chłopak jest sam. Problem w tym, że choć rodzice chodzą razem na bankiety, nie ma między nimi miłości. Powściągliwy, zimny ojciec sprawia, że syn zbliża się do matki, a relacje w tej rodzinie stają się coraz bardziej skomplikowane. Historia kończy się tak, że pewnego dnia chłopak zabija matkę. Z bezradności, z bezsilności, nie wiem, z czego jeszcze... Nie mieści mi się w głowie takie zachowanie rodziców chłopca. Nie mogłabym postępować tak jak oni. Niebawem znowu pojawi się w moim domu dziecko, więc pewne rzeczy odpuszczę, żeby nikomu nie zrobić krzywdy. Prowadzę normalny dom, organizuję mojemu dziecku życie, robię zakupy, gotuję i wrzucam do pralki.

GALA: Dziecko – katalizator dobroci?

KATARZYNA HERMAN: Może być. Dosyć długo żyłam egoistycznie i wcale nie było mi z tym źle, a momentami było nawet bardzo zabawnie. Jeździłam na rowerze, zakochiwałam się na oślep, pożerałam książki, filmy. Dom, dziecko, rodzina w jakiś sposób uziemia, pozytywnie usadza i sprowadza do pionu. W gruncie rzeczy jest to miłe. Takiej stabilności i monotonii bardzo potrzebowałam.

GALA: Myślisz, że dzięki dziecku w związku można załatwić jakieś trudne sprawy damsko- męskie?

KATARZYNA HERMAN: Zdarza się. Łatwo dzieckiem manipulować, wykorzystywać do damsko- męskich rozgrywek. Uważam, że to obrzydliwe. Dzieci w ogóle biorą się z egoizmu.

GALA: Czy macierzyństwo sprawiło, że musiałaś z czegoś zrezygnować?

KATARZYNA HERMAN: Mam wrażenie, że jak coś sobie wymyślę, wymarzę, to całą energię pcham w tę stronę, żeby to „coś” zdarzyło mi się naprawdę. Mało tego, mój dom, dziecko, moja nowa baza bardzo dobrze mi robi i mnie resetuje. Po spektaklu wracam do domu, gdzie jest syn, który na mnie czeka i mnie potrzebuje, więc na progu odpuszczam sobie myślenie o wymyślonej postaci... Mniej czytam, to jest na pewno jakaś rezygnacja.

GALA: Z własnej woli?

KATARZYNA HERMAN: Mam poczucie, że od kiedy związałam się z księgarzem i wydawcą, to w ogóle mniej czytam. Może dlatego, że książki są teraz za łatwo dostępne? Zawładnęły mieszkaniem, wszędzie ich pełno, na półkach, podłodze, na fotelach. Pamiętam sylwestra, kiedy przez noc pochłonęłam „Zwierzenia klauna” Heinricha Bölla. Czasami brakuje mi takiego zapamiętania się w powieści, zagubienia w wymyślonym świecie. Ale za to – i to jest pocieszenie – czytam niesamowicie dużo bajek dla dzieci: „Pluk z wieżyczki”, „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię”, „Przygody kapitana Pyk-Pyka”, „Marek Wagarek”, o Gapiszonie, o panu Pettsonie i jego kocie Findusie. Te historie są cudowne i przezabawne. Jestem równie ciekawa jak mój synek, co się będzie dalej działo. I to mnie każdego dnia nakręca.