GALA: Czym jest dla ciebie talent?

KATARZYNA KLICH: Nieźle się zaczyna... (śmiech) Talent to dar od Boga. Dar od rodziców, którzy przekazali nam coś atrakcyjnego w genach. To większe lub mniejsze predyspozycje w danym kierunku. Talent można mieć do wszystkiego: do gotowania, śpiewania, malowania, układania kwiatów... Można mieć również talent do obrażania ludzi.

GALA: Po czym poznać, że ktoś ma talent np. do śpiewania?

KATARZYNA KLICH: Zależy, kto przeprowadza rozpoznanie. Jeśli predyspozycje wokalne będzie oceniał ekspert, zwróci uwagę na barwę głosu, możliwości techniczne, intonację, sposób prowadzenia frazy itd. Jeśli ocenia niefachowiec, to kieruje się wyłącznie własnym gustem. Dla jednego objawieniem będzie wokalista zespołu Vader, dla drugiego Frank Sinatra. Ktoś uzna za najlepszą wokalistkę Ellę Fitzgerald, ktoś inny Madonnę. Nie ma skali do zmierzenia zawartości talentu w talencie. Nie ma też definicji dobrej czy złej piosenki. Dlatego byłam bardzo zdziwiona, czytając w „Gali” wywiad z Robertem Kozyrą, który radzi mi, żebym zaczęła nagrywać „dobre” piosenki.

GALA: Kozyra radzi ci również, żebyś otworzyła kwiaciarnię.

KATARZYNA KLICH: Z tej rady, niestety, nie skorzystam, ale za to bardzo bym chciała spotkać się z panem Kozyrą twarzą w twarz, najchętniej podczas publicznej debaty, żeby nam wszystkim wytłumaczył, co to jest dobra piosenka, bo po przeczytaniu wywiadu można wyciągnąć wniosek, że dobra piosenka według pana Kozyry to taka, którą ON zaakceptuje, w której ON postawi kropkę nad i, w której wykonawca skorzysta z JEGO „bezcennych” rad. Ciekawa jestem, kto dał temu panu prawo do ferowania wyroków w tych kwestiach? O ile dobrze wiem, jest on absolwentem filologii polskiej, a to jest kierunek, który ma niewiele wspólnego z muzyką. Poza tym szkolni koledzy pana Kozyry, między innymi mój narzeczony Jarek, nie przypominają sobie u niego jakiejś szczególnej pasji muzycznej. To, że ktoś pracuje w radiu, nie czyni go automatycznie ekspertem od muzyki.

GALA: Jest prezesem radia.

KATARZYNA KLICH: Więc niech się zajmuje obowiązkami prezesa radia i nie wykracza poza swoje kompetencje. Czy aktor grający przez kilkanaście lat w serialu rolę chirurga może się uznawać za eksperta w tej dziedzinie i pouczać dyplomowanych lekarzy? Czy może chwycić skalpel i zacząć przeprowadzać operację? Nie chciałabym być jego pacjentką.

GALA: W wywiadzie dla „Gali” Robert Kozyra zarzuca ci, że wysłałaś mu obraźliwego SMS-a.

KATARZYNA KLICH: Pan Kozyra kłamie jak z nut – chociaż mówienie w jego przypadku o znajomości nut nie jest chyba właściwe. Wystarczy trochę inteligencji i umiejętności czytania między wierszami, żeby to odkryć. Przed wydaniem płyty „Porcelana” szukałam patronów medialnych. Oferta współpracy została wysłana m.in. do Radia ZET, do dyrektora muzycznego pana Rafała Freyera i do pana Roberta Kozyry. Minęło kilka tygodni, nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi, nawet grzecznościowej, typu: „Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani”. Nie udało nam się, mimo prób, umówić przez sekretariat radia na spotkanie z prezesem. Zadzwoniłam więc do niego na komórkę. „Dzień dobry, Kasia Klich z tej strony, czy mam przyjemność rozmawiać z prezesem Robertem Kozyrą?”. Najpierw po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza, a później nastąpiła taka reakcja, której nigdy bym się nie spodziewała. Po pierwsze, po mężczyźnie rozmawiającym z kobietą, po drugie, po człowieku na takim stanowisku. Pan Kozyra zbeształ mnie, że dzwonię pod numer, którego mi nie dawał, a kiedy na pytanie: „Czego pani ode mnie chce?”, odpowiedziałam, że chciałabym się umówić na spotkanie, oświadczył, że takie sprawy mam załatwiać przez sekretariat radia, i rzucił słuchawką.

GALA: Jak zareagowałaś?

KATARZYNA KLICH: Pierwsza reakcja była taka, że wyślę temu panu SMS-a, że postąpił jak zwykły cham i prostak, że tak się nie robi, że nie traktuje się ludzi jak śmieci. Ale potem pomyślałam, że bardziej mu pójdzie w pięty, jeśli będę „do bólu” grzeczna. Więc wysłałam SMS-a mniej więcej takiej treści: „Bardzo dziękuję za miłą rozmowę. Pozdrawiam, Katarzyna Klich”. Po minucie dzwoni telefon, patrzę, Kozyra. Pomyślałam: zreflektował się... Może stwierdził, że przesadził, że to było niestosowne zachowanie? Odbieram i słyszę krzyk: „Pani jest bezczelna!” i tyrada, jak w ogóle śmiem dzwonić na jego prywatny telefon, a ja na to, że telefony komórkowe bywają również służbowe, że do mnie też czasami w sprawach zawodowych zadzwoni ktoś, komu nie dawałam swojego numeru, ale wtedy grzecznie odsyłam petenta do menedżera. „Pani jest niewychowana!”. Odpowiadam, że skoro tak uważa, to nie będę z nim polemizować. „Nie życzę sobie więcej od pani telefonów!”. Mówię: „Proszę mi wierzyć, już nigdy nie będę pana niepokoić, bo ja sobie tę rozmowę zapamiętam do końca moich dni”. Po czym prezes rzekł: „Życzę powodzenia” i się rozłączył. I teraz w „Gali” jawi nam się jako znawca zasad savoir-vivre’u i mówi o dobrych manierach. Na dowód tego, jak bardzo pan prezes mija się z prawdą, mam zamiar wystąpić do operatora sieci o udostępnienie treści wysłanego przeze mnie tego wielce obraźliwego SMS-a.

GALA: Może się przydać, bo wiem, że Robert Kozyra wytoczył twojemu narzeczonemu proces.

KATARZYNA KLICH: Jarek ma dwa procesy – karny i cywilny: o naruszenie dóbr osobistych i zniesławienie w tej samej sprawie.

GALA: Czyli?

 

KATARZYNA KLICH: W sprawie publikacji na moim blogu, gdzie Jarek opisał zjawisko, o którym się mówi po kątach na salonach i nie tylko. Nikt nie ma odwagi głośno opowiedzieć o pewnych rzeczach, jakie dzieją się w środowisku muzycznym. Jarek opisał rzeczywistość bez używania nazwisk, bez używania nazw instytucji czy innych nazw własnych. Jedynie portal plotkarski Pudelek przywołał w tym kontekście nazwisko pana Roberta Kozyry. Pan Kozyra, zamiast z taką siłą uderzyć w Pudelka i jemu wytoczyć proces, swój gniew skierował przeciwko nam. Obie sprawy są w toku, ja zostałam dodatkowo pozwana w sprawie cywilnej jako osoba, która rzekomo należy do spisku przeciwko panu prezesowi. Chciałam podkreślić, że nigdy naszą intencją nie było obrażanie ani żadnej rozgłośni radiowej, ani żadnej konkretnej osoby. Natomiast uważam, że już najwyższy czas coś zmienić w naszym środowisku, które zresztą jest kompletnie podzielone. Część uprawia swój ogródek i nie wychyla się poza płotek, bo jest im dobrze, inni nie wychylają się ze strachu, bo cały czas liczą na to, że się w końcu załapią.

GALA: Nie jestem muzykiem, możesz mi w prosty sposób wytłumaczyć, o co chodzi?

KATARZYNA KLICH: Otóż chodzi o to, że w Polsce twórcy żyją głównie z tantiem autorskich. Za każde odtworzenie utworu radio odprowadza tantiemy do ZAiKS-u. Powstało kilka firm publishingowych, których działalność polega na tym, że w zamian za maksymalne eksploatowanie utworów i obietnicę grania publisher podpisuje z autorami i kompozytorami umowę, dzięki której „kasuje” 40–50 procent tantiem autorskich. Im częściej utwór jest grany, tym większy przynosi publisherowi dochód. Dochodzi do tego, że osoby, które nigdy nie skomponowały muzyki i które nigdy nie napisały tekstu do piosenki, zarabiają krocie na krwawicy prawdziwych autorów i kompozytorów. A ponieważ publisherowi zależy na tym, żeby zarabiać, będzie biegał z każdym utworem do pana z radia, będzie dokonywał zmian w aranżacji, w kompozycji, w miksie. Będzie mówił wokalistce, jak ma zaśpiewać. Zrobi wszystko, co mu każe jego „radiowy mentor”, byle tylko utwór zaistniał w eterze. Jeśli się prześledzi, co jest grane w Radiu ZET, to widać, który publisher i z czym biega do pana Kozyry. Jaki interes ma w tym publisher – wiadomo. Ale jaki interes w tym „pomaganiu” artystom ze „stajni” publishera ma prezes radia?

GALA: Może po prostu ci, a nie inni piosenkarze lub zespoły podobają się panu Kozyrze?

KATARZYNA KLICH: Tyle że to, co się jemu podoba, a co nie, powinno być jego prywatną sprawą. Nie powinien przenosić swoich prywatnych preferencji na grunt zawodowy, zwłaszcza że wydał na Pudelku oświadczenie, że wybór utworów, które są emitowane w Radiu ZET, jest, cytuję: „dokonywany w oparciu o zasadnicze kryterium, jakim są gusta i preferencje naszych słuchaczy”. Tymczasem w wywiadzie dla „Gali” na pytanie, czy ma wpływ na muzyczny gust Polaków, Kozyra odpowiada: „Nieskromnie powiem, że nawet duży”. Zatem czy pan prezes Robert Kozyra, dopuszczając do emisji w radiu utwory, które sam „pobłogosławił”, zawężając polski repertuar do faworyzowanych przez siebie artystów, postępuje uczciwie wobec słuchaczy Radia ZET?

GALA: Czujesz się sfrustrowana?

KATARZYNA KLICH: Nie tylko ja. Całe środowisko muzyczne jest sfrustrowane tym, że o naszym być albo nie być w niektórych mediach nie decyduje społeczeństwo, tylko kilku decydentów. Wśród nich jest pan Kozyra, który śmie mówić, że nie ma łatwiejszego sposobu dorobienia się fortuny, niż wypełnić dźwiękami 3,5 minuty ciszy. I śmie mówić, że piosenka „Lepszy model” to żart. Żartem jest dla mnie to, że ktoś, kto publicznie obraża artystów, jest jeszcze prezesem radia. Wysłałam oficjalne pismo do prezesa zarządu Eurozet z prośbą o zajęcie stanowiska w sprawie wywiadu, którego pan Kozyra udzielił „Gali”. Czekam na odpowiedź.

GALA: Sprawa jest w sądzie. Sąd zdecyduje, kto ją wygra, kto przegra.

KATARZYNA KLICH: Nieważne, kto wygra, kto przegra. Ważne, że rozpoczęła się publiczna dyskusja na temat spychania polskich artystów na margines. Ważne, że ludzie zaczynają szukać muzyki w internecie, gdzie na szczęście władza pana prezesa nie sięga. Nawet gdybyśmy z Jarkiem wcześniej wiedzieli, że konsekwencją mówienia prawdy będzie batalia w sądzie, powiedzielibyśmy to samo jeszcze raz.

GALA: To jaki będzie epilog?

KATARZYNA KLICH: Epilog będzie taki, że konsekwentnie będę robić swoje. Nagram jeszcze niejedną płytę, bo ktoś nie będący dla mnie żadnym autorytetem nie odbierze mi radości śpiewania i chęci tworzenia. Będę, tak jak pan prezes, spłacać kredyt we frankach i życzyć nam, żeby spadł ich kurs. Wtedy kupię lodówkę, bo stara się zepsuła, a pan Kozyra nowe buciki od Prady.