GALA: Kasiu, co z ciebie za kwiatek?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Zielony kwiatek jestem. Nie opłacam składek, ale mentalnie przynależę do Zielonych, do ekologów. Jestem za peace and love, za „zielonymi” i „czerwonymi”. Jestem taki zielono-czerwony kwiatek.

GALA: Nie wystarczy, że jesteś zielona? Musi być czerwono?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Boję się szczerze o tym mówić.

GALA: Mów! W „Gali” nie ma cenzury.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: To jest strasznie naiwne i niepopularne. Kiedy byłam bardzo mała i usłyszałam o pomysłach, które mieli pierwsi socjaliści, pomyślałam sobie: „Boże, jakie to piękne!”. Ta koncepcja, żeby zabrać wszystkim wszystko, podzielić po równo i wtedy wszyscy będą zadowoleni, wydawała mi się najcudowniejszym rozwiązaniem. Pani od historii mówiła nam o tym z lekkim obrzydzeniem i z rumieńcem na twarzy, a ja w duchu jęczałam z zachwytu: „Jaka wspaniała idea!”.

GALA: Widzisz puste półki z okien swojej podstawówki i jęczysz z zachwytu?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Widzę, że jest problem z kupieniem papieru toaletowego, ale myślę: „Nie udało się, ale chcieli dobrze”. Fascynowali mnie Julian Marchlewski i Róża Luksemburg. Chciałam być spiskowcem jak oni. I robić rewolucję.

GALA: Nadal chcesz robić rewolucję?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Bunt jest zawsze pociągający, a bycie w opozycji może nadać treść życiu. Dlatego walka o prawa kobiet jest dla mnie pociągająca. Walka o to, żeby nie dopuścić, by poseł Gowin przewalczył swoją ustawę o in vitro. Czuję, że jestem w mniejszości, dlatego mnie to pociąga. Takie współczesne „bibułowanie”.

GALA: A czym ryzykujesz w tej walce?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Chyba niczym...

GALA: Ale zaczynając ten wywiad, powiedziałaś, że się boisz.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Boję się szczerości. Bo powiedzenie, że jestem feministką, brzmi jak wyznanie, że jestem wariatką. Opowiem ci na przykładzie. Pół roku temu byłam na premierze i spotkałam koleżanki aktorki, z którymi się dawno nie widziałam. Kilka z nich zapytało mnie z nabożeństwem, trzęsącymi się głosami: „Podobno jesteś feministką?”. Widziałam, że za tym ich pytaniem kryje się ogromna niewiedza na temat feminizmu. Tematy kobiece budzą przerażenie, zdziwienie i jestem przekonana, że w niektórych wypadkach ludzie podejrzewają, że skoro jestem feministką, to najprawdopodobniej jestem również lesbijką.

GALA: A co oznacza twoim zdaniem bycie feministką?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Zawsze jest mi tak przykro, kiedy ludzie stawiają znak równości pomiędzy byciem feministką a byciem wrogiem mężczyzn. To jest stereotyp, który trzeba obalić. Nam chodzi o szukanie partnerskich relacji. Można dążyć do tego, żeby wypracować taką równowagę, aby w małżeństwie czy związku podzielić się obowiązkami, żeby wiedzieć, że obydwoje mamy prawo do tego samego. Feministkom bardzo zależy na mężczyznach. My chcemy pobudzić kobiety do działania, a nie szkodzić facetom.

GALA: Po co dzielić świat na kobiety i mężczyzn?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Bo on i tak jest bardzo podzielony. Superfajnie, jeżeli trafisz na kogoś takiego jak Juliusz Machulski, który moim zdaniem jest „nieświadomym feministą”. On po prostu nie dzieli świata na mężczyzn i kobiety, tylko na ludzi, których lubi, i tych, których nie lubi. Praca z nim to nie jest praca w systemie patriarchalnym, gdzie „reżyser jest od reżyserowania, aktor jest od grania, a dupa od srania. I nie masz nic do gadania”. Lubię, jak reżyser wie, czego chce, ale żeby to nie było przeprowadzane w sposób autorytatywny.

GALA: Nazywasz Juliusza Machulskiego „nieświadomym feministą”, a przecież feministki krytykowały go za seksizm „Seksmisji” i paru innych filmów.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Myślę, że kiedy Juliusz robił „ Seksmisję”, to się nie zastanawiał nad wątkiem feministycznym. Dlatego był zdziwiony amerykańskimi badaniami, w których feministki uznały jego film za niebywale niebezpieczny, ponieważ one się na nim... śmiały! Uważały, że „Seksmisja” jest tym groźniejsza i tym bardziej manipuluje! A przecież Machulski chciał przede wszystkim wymierzyć policzek naszemu „czerwonemu ciemiężcy”, a nie pokazać, że kobiety są głupie i złe.

GALA: A co się może feministkom podobać w jego najnowszym filmie „Ile waży koń trojański”? To, że obśmiewa pewien typ faceta: prymitywa-cwaniaczka?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Takich facetów jest więcej, niż ci się wydaje. Myślę, że nasz superświadomy i wyzwolony narzeczony, który ma dużą świadomość feministyczną, w momentach ekstremalnych, kiedy dochodzi do jakichś spięć w domu, potrafi pokazać, jak pogardliwie myśli o kobiecie. I o tym między innymi jest ten film. Także o tym, jaką siłę mamy my, dziewczyny, i jak jednak dużo się zmieniło w sposobie traktowania kobiety od lat 80. To jest też film o wolności. Ma swój urok i lekkość. Fantastyczne kino.

GALA: Jak zostałaś feministką?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Wychowałam się w rodzinie od pokoleń zmatriarchalizowanej. Silne kobiety, faceci gdzieś z boku albo w ogóle ich nie było, albo byli śmieszni i lekceważeni. Kobiety zarabiały, organizowały życie, prowadziły samochód. Wychowałam się w poczuciu, że kobiety mogą wszystko, że są samodzielne. Koty u nas w domu też były kobietami.

GALA: A co się działo z twoim ojcem?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Ja nie mam taty. W ogóle go nie znam. Zostawił mamę, gdy była w siódmym miesiącu ciąży.

GALA: Nie byłaś nigdy ciekawa, jaki jest?

 

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Miałam taki moment ciekawości, ale bardzo szybko mi przeszedł. Ojciec mieszka w Nowym Jorku i teraz, kiedy tam byłam, wszyscy byli przekonani, że będę chciała go poznać. A ja pomyślałam sobie: „Niedoczekanie, nigdy w życiu! On nie chciał mnie zobaczyć, to dlaczego ja miałabym chcieć go oglądać?”.

GALA: Ale to wszystko odbija się jednak na życiu emocjonalnym kobiety.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Rzeczywiście, po studiach weszłam w przedziwną, toksyczną relację z mężczyzną i naprawdę nie wiem, skąd się we mnie wzięła potrzeba bycia sługą, kucharką i zalęknioną ofiarą czekającą na przychylne spojrzenie swojego pana i władcy. Na szczęście w pewnym momencie nastąpiło otrzeźwienie. Nigdy więcej tego typu relacji! Może to była szczepionka na całe życie? Strasznie fajnie jest poczuć się autonomiczną, wolną jednostką, która sama sobie wystarcza. To jest wspaniałe uczucie być zadowolonym z bycia z samym sobą. Teraz uczę się języków, oglądam filmy, chodzę do teatru, czytam. Mam totalny spokój.

GALA: No, ale jednak...

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Tak, tak. Wiem, co powiesz. Ale ręczę ci, że to nieprawda, że tylko człowiek, który jest w związku, jest pełnowartościowy. Mam kilka koleżanek, które mówią: „Ej, przecież wiadomo, że jest ci źle. Te sylwestry, te walentynki w samotności. Na pewno musisz być totalnie nieszczęśliwa”. Ja kiedyś też myślałam, że gadanie o zadowoleniu z życia w pojedynkę to ściema. Ale to nie jest ściema.

GALA: Koleżanki feministki pomogły ci w takim myśleniu?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Pomógł mi mój zawód. Bardzo dobrze mi idzie zawodowo i to mnie trzyma w pionie. Robię to, co lubię, zarabiam pieniądze. Mam fajnych przyjaciół, codziennie coś się dzieje, inwestuję w siebie. Mam farta. I tyle.

GALA: U Machulskiego grasz lekarkę. Sama byłaś zaangażowana w walkę pielęgniarek o podwyżki.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Bywałam w „białym miasteczku” przed Sejmem. Załapałam się na ten niesamowity moment, kiedy siostry wyszły z Kancelarii Prezydenta. W tym była siła, ich wzruszenie tak się udzielało, że od razu łzy się cisnęły do oczu. Podobnie byłam szczęśliwa, gdy mogłam pojechać nad Rospudę. Mogę się w razie czego przykuć do jakiegoś drzewa. Wiem, że moja twarz nie jest tak rozpoznawalna jak Dody, ale zawsze jakoś pomogę. Gdy czytam o tym, jak niszczymy nasze zasoby naturalne, wszystko mnie od razu boli. Artykuł o wycince lasu amazońskiego wywołuje u mnie nerwowe reakcje.

GALA: A śmieci sortujesz?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Nie... Wiesz, to jest pomysł, postaram się w tej sprawie zadziałać. 12 lat byłam wegetarianką. Nie mam futer, ale skórzane rzeczy noszę. Nie jestem jakąś ekstremistką, nie mam tutaj jakichś szczytnych osiągnięć.

GALA: Nie boisz się, że powielasz stereotyp dziewczyny wychowanej bez ojca, która zostaje feministką i póki nie ma rodziny, angażuje się w działalność społeczną?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Niech sobie ludzie myślą, co chcą. Ja będę żyła tak, jak mi wygodnie. I jakoś nie interesuje mnie to, czy to się mieści w schemacie, czy nie.

GALA: A chciałabyś mieć rodzinę?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Bardzo. Na pewno muszę się nauczyć zaufania i szacunku do mężczyzn. Na razie na swojej drodze nie spotkałam nikogo, komu mogłabym ufać i kto mógłby mi dać poczucie bezpieczeństwa.

GALA: Przez prawie 10 lat po szkole aktorskiej nie zagrałaś żadnej znaczącej roli. Teraz karta się odwróciła.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Przez siedem lat było strasznie i najnormalniej w świecie klepałam biedę. Za każdym razem, kiedy chciałam iść do kina, kalkulowałam, czy na pewno mnie na to stać. Do tej pory dziwnie się czuję, kiedy wiem, że mogę sobie kupić naraz kilka książek i płyt. Kiedyś to było wydarzenie, gdy kupowałam jedną kasetę. Tuż przed angażem do programu Szymona dotarło do mnie, że będę musiała pomyśleć o zmianie pracy, bo dłużej nie wytrzymam życia w ubóstwie. Poszłam do jednego z wydawnictw i powiedziałam, że mogę robić ilustracje do krzyżówek. Wczoraj szukałam jakichś papierów, znalazłam te szkice i trudne momenty znów stanęły mi przed oczami... Wspierały mnie wtedy mama i Magda Stużyńska.

GALA: Nie martwi cię to, że teraz przypięto ci łatkę „artystka-parodystka”?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Pocieszam się, że Janusz Gajos też to miał, gdy zagrał Tureckiego w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Ale trochę zaczynam się niepokoić.

GALA: Jak długo można grać Dodę? Chciałabyś wcielić się w lady Makbet?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Tak, chciałabym. Tęsknię za tym, żeby zagrać coś, co nie będzie śmieszne. Wiem, że mam w sobie potencjał, by wzbudzać nie śmiech, ale płacz.

GALA: A w którą z parodiowanych postaci chciałabyś się zamienić?

KATARZYNA KWIATKOWSKA: W Krystynę Jandę. Jak sobie pomyślę, w ilu ona superfilmach zagrała... To jest silna kobieta.

GALA: Nie odpowiedziałaś mi, do jakiego kwiatka byś się porównała.

KATARZYNA KWIATKOWSKA: Może do stokrotki? Na świecie są kręcone superprodukcje, aktorzy grają w wielkich musicalach i superprzedstawieniach, dzieją się jakieś fantastyczne rzeczy. A stokrotka? Może liczyć, że ktoś ją wypatrzy i powie: „O, jaka śliczna”. I pójdzie dalej.