Basia, którą gra w serialu „Teraz albo nigdy”, to ideał. Piękna, słodka, czarująca. Ale prywatnie Katarzyna Maciąg to zupełnie inna osobowość. Jest indywidualistką i buntowniczką. „Kwestionować wszystko, co mówią dorośli” – tej zasady trzymała się, gdy dorastała. Nie znosiła szkoły, bo „tam nagradzano przeciętniaków”. W liceum wagarowała, potem po dwóch latach przerwała studia na germanistyce. – Miałam dużo szczęścia i odnalazłam się w aktorstwie – mówi. Wyrosła już z buntu, ale lubi podkreślać, że na każdy temat ma własne zdanie. Jesienią udowodni, że na ekranie potrafi być nie tylko słodka. W serialu „Trzeci oficer” wcieli się w postać terrorystki Sophie.

GALA: Podobno nie lubisz, gdy mówią o tobie „grzeczna dziewczynka”?

KATARZYNA MACIĄG: Nie widzę nic złego w tym, że ktoś odnosi wrażenie, że jestem grzeczna, czyli kulturalna, bo tak to rozumiem. Nie czuję zagrożenia, gdy mnie tak określa. O ile nie stosuje tego jako etykietki, którą chce mnie „upupić”.

GALA: Jak można kogoś „upupić”, mówiąc, że jest grzeczny?!

KATARZYNA MACIĄG: Słowo „grzeczna” kojarzy się z człowiekiem nijakim, nie mającym własnego zdania. Zauważyłam, że jeśli chce się kogoś obezwładnić, mówi się o nim, że jest grzeczny. Etykietka zabiera ci osobowość. Obojętnie, czy nazwą cię grzeczną, buntowniczką, ryzykantką. Buntem jest wymykanie się z etykietek.

GALA: Jak ty się buntujesz?

KATARZYNA MACIĄG: W dzieciństwie najczęściej powtarzałam „ja sama!”. Gdy miałam trzy lata, poszłam sama do lasu. Zgubiłam się. Gdyby pewna kobieta nie znalazła mnie płaczącej, to pewnie spędziłabym tam noc. Pamiętam wycieczkę do Krakowa. Byliśmy z grupą i przewodnikiem na Wawelu. W programie pięciogodzinne zwiedzanie. Chciałam stamtąd wyjść albo zwiedzać samotnie. Nie mogłam, więc pięć godzin płakałam. W drugiej klasie liceum przestałam chodzić do szkoły, bo chciałam pobyć sama. Czytałam opowiadania Sylwii Plath, uwielbiałam wszystko, co mroczne. Czułam smutek i… płakałam. Wychodzi na to, że cały mój bunt sprowadzał się do tego, że wylałam morze łez. Super czasy!

GALA: Na pewno nie dla twoich rodziców. Musieli się o ciebie martwić…

KATARZYNA MACIĄG: Martwili się. Ale na szczęście pojawił się na świecie mój brat. Uśmiechnięte, radosne dziecko. Rodzice poczuli ulgę, że to nie oni są dziwni, ale ja. A że pojawiłam się w ich życiu nieplanowana, tak już zostało, że nie mieli co do mnie oczekiwań. Raczej mi się przyglądali.

GALA: Pamiętasz, o czym wtedy marzyłaś?

KATARZYNA MACIĄG: Chciałam mieć zaczarowany ołówek. Marzyłam też, żeby moja mama miała budkę z lodami, żeby być niewidzialną, tańczyć w „Jeziorze łabędzim”, mieć magiczną moc, która pozwoliłaby mi wszystko robić samej. No i czasem chciałam być chłopakiem.

GALA: Dlaczego?

KATARZYNA MACIĄG: Bo wydawało mi się, że chłopcy mogą wszystko, a przynajmniej więcej ode mnie. Kiedy koledzy chcieli przeskoczyć przez płot, to po prostu skakali. Wiedziałam, że jeśli ktoś przyłapie mnie na tym samym, to powie, że dziewczynce nie wypada tego robić. Poza tym, gdy już przeskakiwałam przez płot, musiałam myśleć, co zrobić ze spódniczką, żeby ktoś nie zobaczył moich majtek. W szkole często słyszałam o kolegach, że są zdolni, ale leniwi. A ty, jako dziewczyna, kiedy się dobrze uczysz, jesteś co najwyżej odpowiedzialna, pracowita.

GALA: W świecie filmu mężczyźni także są górą?

KATARZYNA MACIĄG: Oczywiście. Gdzie byś nie spojrzała, widzisz facetów: producenta, reżysera, operatora, specjalistę od oświetlenia, od kabli, mężczyznę od cateringu. Kiedy pojawia się między nimi młoda dziewczyna, to jest: „aniołkiem”, „małą”, „kotkiem” lub „słoneczkiem”. A trudno, żeby któreś z tych bożych stworzeń miało coś do powiedzenia. Słoneczko nie mówi, słoneczko ma świecić.

GALA: Zawsze możesz się zbuntować i tupnąć nogą.

KATARZYNA MACIĄG: Nie. Spokój daje mi siłę. Uwierz mi, że milczenie potrafi wyprowadzić z równowagi każdego. Na planach filmowych ludzie pracują po 14 godzin na dobę, w dużym napięciu. Wtedy trzeba wykazać wyrozumiałość dla ludzkich emocji.

GALA: Jakich emocji szukałaś, jadąc autostopem przez Europę?

KATARZYNA MACIĄG: To było fantastyczne przeżycie. Z Kasią Michałkiewicz, moją koleżanką reżyserką, byłyśmy jeszcze studentkami, gdy przejechałyśmy stopem Grecję i Włochy. Miałyśmy mało pieniędzy, jadłyśmy tylko chleb i warzywa. Nie stać nas było na noclegi w hotelach, dlatego zakradałyśmy się na pola kempingowe.

GALA: To przejaw odwagi czy braku wyobraźni?

KATARZYNA MACIĄG: Byłyśmy po prostu elastyczne, kreatywne i asertywne. I brałyśmy nasze życie we własne ręce. Tylko raz zostałyśmy przyłapane. Ale kiedy właściciel zobaczył legitymacje szkoły teatralnej, puścił nas wolno. Grecy kochają teatr!

GALA: Podczas tych ryzykownych podróży nigdy nie spotkała was żadna nieprzyjemna przygoda?

 

KATARZYNA MACIĄG: W drodze na Olimp zaskoczył nas wieczór. Spałyśmy w pustym domu przy drodze. Bez dachu... Miałyśmy melona, gwiazdy nad głowami i gaz łzawiący w ręku. W nocy obudził nas hałas rzucanych w dom desek. Nie spałyśmy już do rana. Za to następny dzień był wspaniały. Spotkałyśmy dwóch przystojnych Greków i razem weszliśmy na Olimp. Ale potem, w miasteczku Nafplio, o drugiej w nocy ścigali nas samochodem inni, tym razem pijani Grecy. Na szczęście udało nam się skryć w jedynym czynnym w okolicy sklepie. Mimo wszystko lubię być odważna. I umiem patrzeć na świat i na siebie krytycznie. Nie zawsze podoba mi się to, co widzę.

GALA: A co ci się najbardziej nie podoba?

KATARZYNA MACIĄG: Agresja. Kiedy się z nią stykam, marzę, żeby pracować samotnie – jak malarz w swojej pracowni. Na szczęście jest dużo ludzi, którzy myślą i czują tak samo. Dlatego nie czuję się skazana na samotność. W ogóle nie lubię się czuć skazana na cokolwiek. Nie znoszę się zmuszać do niczego.

GALA: Co zrobisz, gdy poczujesz, że zmuszasz się do aktorstwa? Rzucisz je?

KATARZYNA MACIĄG: Nie rzucę. To był od początku mój wybór. I droga, której szukałam. Choć wiem, że czasem można się tu potknąć.

GALA: O czerwony dywan?

KATARZYNA MACIĄG: Tak, o to potknąć się najłatwiej.

GALA: Popularność cię przeraża?

KATARZYNA MACIĄG: Przerażająca jest scena w filmie Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”. Rozbawiona grupa ludzi filmu wsiada na karuzelę, a ona zaczyna się kręcić. Wszyscy się śmieją, krzyczą, świetnie się bawią. Ale kiedy chcą z niej zejść, Elżbieta Czyżewska nie wyłącza jej i odchodzi. I oni tak się kręcą, aż w końcu wymiotują.

GALA: Rozumiem, że ty zamierzasz omijać tę karuzelę szerokim łukiem?

KATARZYNA MACIĄG: Przyjemnie jest się na takiej karuzeli pokręcić. Popatrz na zdjęcia – jestem kolorowa i szczęśliwa. Na taki efekt pracuje grupa ludzi. Gdybym miała zawsze tak wyglądać i tak się czuć, oni musieliby być ze mną cały czas. Ale to przyjemne spotkanie się kończy. I wtedy trzeba wrócić do siebie – takiej, jaką się jest. Pułapka zaczyna się wówczas, gdy czujesz, że zawsze musisz być szczęśliwa, bo jesteś jak ładnie opakowany produkt. Do kupienia.

GALA: Ale trzeba mieć też gdzie wrócić. Gdy myślisz „dom”, to wyobrażasz sobie rodzinne Kozienice czy Warszawę, w której teraz mieszkasz?

KATARZYNA MACIĄG: Kozienice to moja kraina dzieciństwa. To miejsce zawsze będzie ze mną. Zamykam oczy i jestem tam: nad jeziorem, w puszczy, w parku, w szkolnej ławce. Ale otwieram oczy i jestem w Warszawie.

GALA: Od razu czułaś się tu jak u siebie?

KATARZYNA MACIĄG: Dziś lubię Warszawę coraz bardziej bo to miasto z piękną historią i przez to kojarzy mi się z odważnymi ludźmi. Poza tym Warszawa daje energię, zapał do pracy, rozpala ambicje, ale gdy przyjechałam tu studiować, byłam zagubiona jak sto pięćdziesiąt. Pamiętam, że na początku przerażała mnie komunikacja i strasznie błądziłam. Pewnej nocy zmieniono trasy linii tramwajowych. Nie wiedziałam o tym i dojechałam na Ząbkowską na warszawskiej Pradze. Wiedziałam tylko, że to taki polski Brooklyn. Na przystanku poznałam chłopaka, który zaproponował, że mnie odprowadzi do domu. Pomyślałam: albo mu zaufam i pójdę z nim albo będę zmuszona iść sama. Tym razem wybrałam pierwszą opcję. Odprowadził mnie bezpiecznie pod samą furtkę.

GALA: To był początek pięknej przyjaźni?

KATARZYNA MACIĄG: Nie, takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. My nigdy więcej już się nie spotkaliśmy