GALA: Co spodziewa się pan znaleźć pod choinką?

KAZIMIERZ KUTZ: Coś praktycznego. Takie podarunki dajemy sobie w mojej rodzinie. Wiąże się to z wzajemną obserwacją. Wszyscy wszystkim dają po jednym prezencie. Zjeżdża się czwórka moich dzieci, są też osoby im towarzyszące, więc to duże towarzystwo. Licząc żonę, mogę się spodziewać sześciu prezentów. Wyznaczamy jednak limity finansowe, bo to ja w większości te prezenty finansuję.

GALA: Jaka jest wysokość limitu?

KAZIMIERZ KUTZ: Około 200 złotych na głowę. Jednak każdy ma jakieś zaskórniaki, więc bywa on przekraczany. Czasem rodzina robi zrzutkę na moją osobę, ponieważ stwierdzają, że mam specjalne potrzeby związane z wiekiem. Ścibolą jakieś pieniądze i kupują mi np. urządzenie masujące stopy, gdyż słabną mi nogi. Po kolacji wigilijnej, jako najstarszy, inicjuję: „Otwieramy prezenty”, i wszyscy rzucają się pod choinkę rozpruwać opakowania. A potem dokładnie wiadomo, co kto od kogo dostał. To się odbywa w klimacie ogólnego zdziecinnienia, bo prezenty cieszą. Staramy się, by były oryginalne, zadziwiały.

GALA: Czym zadziwia pan swoje kobiety – żonę i córki?

KAZIMIERZ KUTZ: Kobiety zawsze można obsypać biżuterią i perfumami. Jakieś pół roku wcześniej robię polowanie. Chodzę po sklepach z biżuterią i oglądam. Trwa to dosyć długo. Aż wpadam na coś, co mi się wydaje absolutnie trafione. Co sprawi przyjemność żonie i będzie piękne. W tym roku pójdę chyba w dobre perfumy. Więc teraz oddaję się rytuałowi wąchania najróżniejszych zapachów.

GALA: A życzenia?

KAZIMIERZ KUTZ: Konwencjonalne. Jesteśmy harmonijną rodziną, nie ma między nami konfliktów, więc nie musimy robić z tego teatru. Pochodzę z domu, gdzie pieprzenie, komplementowanie i podobne euforie są rodzajem niestosowności. Życzenia muszą być szczere, prawdziwe, a przede wszystkim osobiste. Łączą się z toastem winem, są uwerturą do refleksji.

GALA: Rokrocznie wszyscy sobie życzymy, żebyśmy byli lepsi, normalniejsi w europejskiej skali, zamożniejsi. Przy okazji składamy obietnice. Czy coś z tego wynika?

KAZIMIERZ KUTZ: Raczej niewiele. Jako Ślązak życzę Polakom, żeby szybciej mądrzeli i dorośli do rodziny europejskiej, w której się szczęśliwie znaleźliśmy. Bo w sensie nawyków i mentalności nadal jesteśmy straszliwie zapóźnieni. Mierzi mnie polski nacjonalizm i powierzchowny katolicyzm, który nie ma nic wspólnego z wiarą. Chciałbym, żeby ideologizowanie państwa, partyjniactwo, co odczuwam jako drastyczną uciążliwość narodową, jak najszybciej przemieniło się w coś bardziej współczesnego, lepszego, co pozwoliłoby nam doszlusować do mentalności europejskiej, do myślenia inaczej o Polsce i świecie. Żeby wyjść z tego paskudnego polskiego zaścianka, który jest źródłem wielkiego udręczenia Polaków. Ale z drugiej strony, dzięki tym dysproporcjom Polska jest tak ciekawym miejscem, że nie można tu się nudzić. Nie jest źle.

GALA: A skąd w nas tyle wzajemnej niechęci, bezinteresownej zawiści? Dorota Masłowska, lat 25, obawia się, by nie doszło do samospalenia, gdyż ludzie tak bardzo palą się do siebie z nienawiści.

KAZIMIERZ KUTZ: Masłowska, głos swojej generacji, cudowna językowa koślawka, próbuje mówić prawdę nienazwanych rzeczy. Jesteśmy narodem po wielkiej solidarnościowej rewolucji, przy czym czyn wyprzedził myślenie. A mamy mentalność reliktową. Społeczeństwa bez państwa, opóźnionego w przemianach klasowych po roztrzaskaniu w XIX wieku. Eintopf trzech nawzajem wykluczających się mentalności ukształtowanych przez zaborców. To wszystko się w Polakach bełta. Nie mamy, jak reszta Europy, jednego wspólnego doświadczenia rozwoju społecznego, gospodarki, sztuki. W sensie mechanizmów gospodarczych wszystko idzie w Polsce ku dobremu. W sferze duchowej jednak jest ogromny uskok, z którym społeczeństwo nie umie sobiev radzić. Tym bardziej że robi się wszystko, aby zniszczyć autorytety, wzorce.

GALA: Czy to się kiedyś zmieni?

KAZIMIERZ KUTZ: Europejczykami staniemy się dopiero, jak zemrze generacja solidarnościowa i zdewaluują się mity niepodległościowe biorące się z naszej nędzy. Upadnie też niewspółmiernie wielka, w sensie znaczenia politycznego, rola Kościoła. Zatrą się różnice między zaborem rosyjskim, pruskim i austriackim. Stworzy się typ Polaka, który będzie stopem tych wszystkich doświadczeń. I będzie to stop o wiele bogatszy niż w społeczeństwach, które nie miały takiej historii. Polskę czeka ciekawa przyszłość. Jesteśmy potencjalnie predestynowani do wspaniałego rozwoju sztuki, dlatego że to wszystko musi być wypowiedziane, napisane. Masłowska jest zarodkiem tego, co nas czeka. Burdel w Polsce, te nienawiści, rozwydrzenie, rozpasanie, amoralność – znamiona agonii przeszłości – staną się pożywką dla ciekawego, refleksyjnego życia. Jednocześnie gospodarka pójdzie swoim torem i za jakieś dziesięć lat będziemy mieli warstwę trzecią – mieszczaństwo, a rozwartość nożyc między biednymi a bogatymi się zmniejszy. Wszystko to zacznie się harmonizować, niemniej będą to czasy o wiele nudniejsze niż te, w których żyjemy.

GALA: Wspomniał pan o autorytetach. Ranking w tej szczególnej kategorii w „Gazecie Wyborczej” wygrał niedawno Jerzy Owsiak. Nie uderza pana, że w pierwszej piątce nie ma żadnego pisarza? Wszak kiedyś pisarze byli sumieniem narodu.

 

KAZIMIERZ KUTZ: Autorytet pisarza, w ogóle artysty, strasznie zmalał, bo to właściwość tego ustroju. Jest na tej liście wprawdzie Wajda, ale on funkcjonuje na zasadach ikony mitologii niepodległościowej, nurtu silnie w Polsce propagowanego. Fantastycznie świadczy o społeczeństwie, że na pierwszym miejscu znalazł się Owsiak – niezależny, bezinteresowny szaleniec, dobroczyńca, który wciąga młodych w wielki, bezinteresowny festiwal służenia innych. To sygnał obiecujący, świadczący o mądrości Polaków. Więc jest lepiej, niż się uważa.

GALA: Pan zawsze mówił, że w życiu trzeba się kierować prostymi zasadami.

KAZIMIERZ KUTZ: Są banalne. Profesor Bartoszewski wyraził to prosto…

GALA: …że „warto być przyzwoitym, choć to się nie zawsze opłaca” – w ubiegłym roku, odbierając od nas Różę Gali.

KAZIMIERZ KUTZ: To najprostsza forma chrześcijaństwa. Nie trzeba nic więcej. Co znaczy: być przyzwoitym? Zniszczyć w sobie skłonność do nienawiści, zazdrości, intrygowania. Moi współplemieńcy, Ślązacy, przez swój los, odmienny od losu Polski, tę przyzwoitość mają bardziej przyrodzoną. To cecha kłopotliwa we współczesnym świecie. Bo człowiek przyzwoity to taki, z którym nie wchodzi się w interesy. Ale gdyby dzisiaj powiedzieć, co można nazwać heroizmem w życiu każdego z nas, to właśnie przyzwoitość.

GALA: Przyzwoicie jest pamiętać o swoich korzeniach. Dlaczego to takie ważne?

KAZIMIERZ KUTZ: To, gdzie człowiek przychodzi na świat, ma wielkie znaczenie. Jak się urodzi w rodzinie, która pracuje i kocha się, dostaje kapitał – system wartości, wyposażenie na całe życie. Jest on zarazem sterem i balastem, dzięki któremu nasz okręt się nie wywróci. Jeśli człowiek, idąc w świat, potrafi to rozpoznać i docenić, mniej zbłądzi niż inni i będzie przy lepszym wietrze sterował do swojego celu. Nie ma tu żadnych przywilejów. Można pochodzić z bogatej rodziny, mieć najwspanialsze wykształcenie i nic z tego może nie wyniknąć. A człowiek, który się urodzi w jakimś zapadłym miejscu, może być Mrożkiem, Tischnerem, kim zechce. Jestem zadowolony, że się urodziłem na Śląsku, ponieważ dostałem wyposażenie na swój sposób arystokratyczne. I staram się je w sobie nie tylko utrzymać, ale i odpłacić.

GALA: Arystokratyczne, bo wyjątkowe?

KAZIMIERZ KUTZ: Wiele w życiu osiągnąłem jak na kogoś, kto pochodzi z proletu, jak to się dawniej mówiło. Moim przewodnikiem wewnętrznym była zawsze odpowiedź na pytanie: „Skąd przyszedłeś i co musisz zrobić, żeby nie zawieść swoich bliskich”. Ważne, żeby być odważnym, zmierzać najprostszą drogą do swoich nieodgadniętych możliwości. Bo jak się ma 18 lat, to nie wiadomo, kim się jest i kim będzie. Można tylko wybrać drogę. Potem trzeba szukać tego, co własne, niepowtarzalne i co obliguje wobec tego kapitału rodowego, który dostałem w prezencie. Więc urodzić się dobrze znaczy nabrać rozpędu do wyższych lotów. A ponieważ życie trwa krótko, trzeba dążyć do optymalnego wykorzystania go. Tak, żeby mieć poczucie, iż się nie zmarnowało tej chwili. Żeby ona dała nam szczęście, spełnienie naszej ciekawości świata. Ale żeby jednak nie odbyło się to kosztem innych.

GALA: Można się starać, ale czy w skali życia to w ogóle możliwe? Ma pan dzisiaj szczęśliwą rodzinę, ale zanim ją pan założył, dwukrotnie się pan rozwiódł. Raczej nie bezkosztowo.

KAZIMIERZ KUTZ: Zainteresowanie kobietami to moja ułomność. Zawsze byłem nienasycony, takie moje kalectwo. Stan dojrzałości osiągnąłem dopiero po czterdziestce. Pierwszy raz zakochałem się, gdy miałem trzy lata. I moja matka to zrozumiała. Różniłem się od innych dzieci, ale ona wiedziała, że mam straszny temperament do płci przeciwnej, i mnie nie okaleczała, niczego mi nie zabraniała. Patrzyła tylko, czy nie przekraczam granic przyzwoitości i czy nie szkodzę innym. Miałem luksus urodzenia się w rodzinie, gdzie nie było sztucznych reguł, gdzie szanowano cudzą wolność. W związku z tym całe życie ją chłeptałem. A kiedy wybierałem drogę życiową, kierowałem się tym, żeby robić to, co mi sprawi przyjemność. Bo zawód musi ten warunek spełniać. I ta przygoda stała się dla mnie czymś wspaniałym. Bo przecież życie ma być ciekawe! Jeśli jest nudne, trzeba stawać na głowie, żeby to zmienić.

GALA: To dlaczego od lat już pan nie kręci filmów?

KAZIMIERZ KUTZ: Bo mam 80 lat. Krowy dają mleko tylko do pewnego czasu. To, co miałem do wydojenia, już wydoiłem. Już mnie to nie kręci, tym bardziej że reżyseria jest zawodem fizycznie trudnym. A ja dzięki socjalizmowi i PRL-owi zrobiłem około siedemdziesięciu pełnospektaklowych tytułów – filmów i przedstawień.

GALA: A polityka pana kręci?

KAZIMIERZ KUTZ: W jakimś sensie tak. Dlatego po latach trafiłem do Sejmu. A jeśli jeszcze pojawił się tam ktoś taki jak Palikot, czegoż chcieć więcej?! Jako reżyser patrzę z radością na ten wspaniały teatr. Obserwować Palikota, bohatera rodem z „Ferdydurke”, to jakby uczestniczyć w reinkarnacji Gombrowicza. Dyskurs, dramat i napięcie rozgrywające się między braćmi Kaczyńskimi a Palikotem są rozkoszą. Trzeba to traktować z dystansem, jako rodzaj upojnej, oryginalnej i humorystycznej literatury, która łagodzi codzienność niesnasek, głupoty politycznej, niskich instynktów i paskudnego partyjniactwa. Jednocześnie obserwuję życie Polski w istotnym fragmencie. Tu się robi prawo. Tu się odbywają czary nad Rzeczpospolitą. To, że mogę w tym uczestniczyć, odbieram jako wielki przywilej i nagrodę. Pracuję na rzecz Śląska i Ślązaków.

GALA: A gdyby poczuł pan przypływ energii twórczej, o czym by pan nakręcił film?

 

KAZIMIERZ KUTZ: Nie mam takich marzeń. Prawdopodobnie w przyszłym roku zrobię swój ostatni film – adaptację arcydzieła śląskiej literatury „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” Janoscha. Od lat pracuję też nad książką. Mam poważny zamiar zadebiutowania w 80. roku życia, żeby ośmieszyć ludzi, którzy uważają, że starość jest po pięćdziesiątce.

GALA: Joanna Tokarska-Bakir, etnolożka, mówi, że żyjemy w świecie smutnego, przymusowego karnawału. Niby wszystko wolno, ale musimy być młodzi, luźni i cool. Jak się pan z tym czuje?

KAZIMIERZ KUTZ: Zawsze żyłem pełnią i starałem się być na bieżąco. Tak jest nadal, co mnie uchroniło przed alzheimerem. Rano wychodzę z psem, robię zakupy, czytam gazety. Byłem kilka razy chory, nawet śmiertelnie. Mam cukrzycę i raka, którego nie przyjmuję do wiadomości. On mnie zżera, a ja jego. Walczę. Po swoich rodakach odziedziczyłem przekonanie, że nie należy się ze sobą pieścić. Żona zaczyna podejrzewać, że jestem potworem, bo zdrowieję.

GALA: Kontakt z młodymi dodaje sił?

KAZIMIERZ KUTZ: Wyłącznie. Byłoby nieprzyzwoitością, gdyby moje dzieci miały w domu niedołężnego starca. Tak sobie urządziłem życie, że różnica wieku między mną a najmłodszym synem jest przerażająca – 62 lata! Córki są nieco starsze. To nieodpowiedzialne mieć dzieci w takim wieku. Wiedziałem, że popełniłem coś bardzo – nazwijmy to – odważnego, bo normalnie w tym okresie życia ma się już wnuki. Więc złożyłem sobie obietnicę, że muszę doprowadzić dzieci do dorosłości, czyli żyć co najmniej tak długo, dopóki mój syn nie stanie na własnych nogach. Kiedy mówię, że jestem stary, śmieją się: „Ty jesteś stary?!”. Moje zainteresowanie światem jest większe niż ich, bo oni muszą się uczyć, a ja już nie. Mam to szczęście, że ból i cierpienie na razie mnie nie dotykają. Nie budzę się rano ze świadomością starca okaleczonego obumieraniem komórek. Nie! A wszystko dzięki temu, że mam młode dzieci i muszę przy nich dobrze wyglądać.

GALA: Czy w takim harcie ducha wychowuje pan swoje dzieci?

KAZIMIERZ KUTZ: Nie, one mają obserwować. Są wychowywane na wolnych ludzi. Niczego im nie nakazuję. Same sobie wszystko wybierają. Mogę ewentualnie je obśmiać lub wygłosić opinię, jeśli mnie o to poproszą. Mam im stworzyć warunki do rozwoju i tego, co się nazywa szczęściem. Żona uważa tak samo. Ufam, że dałem im to, co sam dostałem w przekazie od swojej wspaniałej matki, i że będą kiedyś podobne do mnie, tak samo wolne, szczęśliwe, może niekonwencjonalne. Że znajdą swoje miejsce w życiu.

GALA: Czy nadal woli pan spędzać czas z ładną kobietą niż z inteligentnym mężczyzną?

KAZIMIERZ KUTZ: Tak, dlatego że kobiety lepiej i pożyteczniej wypełniają mój czas. Są frapujące, bardziej szczere, otwarte. Kiedy się je pootwiera, można się wiele dowiedzieć o innym człowieku. Mężczyzna jest nudniejszy. A ja, jak pani wie, mam hopla na punkcie kobiet. Przy kobietach czegoś się chce, co można nazwać nawet… psotą.

GALA: Miło spotkać kogoś tak pogodzonego z życiem w kraju przesiąkniętym „metafizyką syberyjską”...

KAZIMIERZ KUTZ: Chciałbym, żebyśmy byli ufni co do naszej przyszłości. Wszystko idzie w dobrą stronę. Trzeba tylko poczekać. Już za dwa, trzy lata będzie lepiej.