Kiedy postawi się stopę na plaży, hebanowy mężczyzna już z daleka macha ręką. „Jak się masz” – wita czystą polszczyzną. A potem tajemniczo mówi: „Nazywam się Bond. James Bond”. Jeśli dziś poniedziałek, jesteśmy w Kenii. A skąd Bond? Jest naganiaczem. Zachęca do rejsu na rafę, zakupów czy wyjazdu na safari. Dzikie zwierzęta to największy magnes tego kraju. Także białe, ciągnące się kilometrami plaże i ciepłe wody Oceanu Indyjskiego. Ale nie tylko. Ekipę skrzykniętą przez „Galę” przywiodła do Kenii tutejsza kuchnia. Będziemy podążać szlakiem smaku pod wodzą Krzysztofa Kiljańskiego.

Smakowe predyspozycje wodza? „Jestem łasuchem” – wyznaje piosenkarz. „Lubię słodycze, ale nie jadam ich na deser, lecz najchętniej około północy”. Degustacja rozpoczęta. Śniadanie podano nad brzegiem oceanu. Nikt poza rozsądnym Jarkiem Kretem nie bierze sobie do serca ostrzeżenia: unikać surowych warzyw i owoców. Kuszą soczyste papaje, passiflory, mango, melony... Człowiek uzbrojony w procę pilnuje, by przebiegłe małpy nie porwały czegoś z talerzy.

Kierunek Mombasa. Półmilionowe miasto nie sprawia wrażenia metropolii. Ale za to jest absolutnym przyprawowym rajem. To do mombaskiego portu, mogącego przyjąć największe statki świata, przypływają przyprawy z pobliskiej wyspy Zanzibar. I stąd wyruszają w świat. Kenia jest czerwono-ceglasta. To kolor papryczek Mombasa chili oraz goździków i cynamonu, które bardzo cenią Kenijczycy. Ale to także kolor ziemi w największych parkach Tsavo East i West oraz oblepionych tą ziemią słoni i fryzur Masajów.

Safari. Do parku Tsavo East wjeżdżamy wczesnym rankiem. Wszyscy są podekscytowani, każde zwierzę wywołuje wybuch radości. Czerwone słonie, zebry, bawoły, żyrafy, antylopy, znów bawoły... „Widziałem zdenerwowanego słonia” – opowiada piosenkarz. – „Kiedy uznał, że nasz jeep jest zbyt blisko, wykonał taniec z towarzyszeniem pomruków”. Kenijski dzień trwa od szóstej do osiemnastej. Szarzeje. Koniec atrakcji? Nie. Przed nami największe doznanie na pograniczu kuchni i kultury. Na jednym ze szczytów rezerwatu Taita Hills kolacja w zaimprowizowanej restauracji, z widokiem na rozległą równinę pokrytą buszem, oświetloną promieniami zachodzącego słońca. Kucharze uwijają się przy ogniu, a muzycy z plemienia Taita koncertują. Krzysztof Kiljański stoi jak urzeczony. „Ta muzyka jest tak wspaniała i tak prawdziwa jak mało co na świecie” – mówi. I wyjawia, że nie spodziewał się tak fantastycznej uczty. Kulinarnej i duchowej. A nocą w hotelu na palach Salt Lick Lodge, położonym w sercu rezerwatu, kolejna niespodzianka. W mroku rozświetlonym halogenami, zaledwie kilkanaście metrów od budynku, widać setkę bawołów przy wodopoju. „Na tarasie panowała cisza, ludzie byli jak zaczarowani” – opowiada piosenkarz. – „Dołączyłem do tego grona. I patrząc na te wolne zwierzęta, przez chwilę poczułem się zupełnie wolny”. Na koniec rejs na wyspę Wasini, gdzie ludzie są tak biedni, że od rana zajadają się... krabami. Zajadamy się także.