GALA: W„Czterech nocach z Anną” grasz pielęgniarkę, w której zakochuje się palacz z przyszpitalnej kotłowni. Żeby móc się jej bezkarnie przyglądać w nocy, usypia ją. Rozumiesz taką miłość?

KINGA PREIS: Być może podłożem tej fascynacji jest traumatyczne wydarzenie, którego był świadkiem, a może sprawia to jej kobiecość? Jest też coś, co ich łączy: oboje nie pasują do świata, w którym żyją, ponieważ zostali głęboko zranieni.

GALA: Ona doświadczyła brutalnego gwałtu. To jedna z najmocniejszych takich scen w polskim kinie. Z jakimi emocjami musiałaś się w niej zmierzyć?

KINGA PREIS: Emocje były dotkliwe nawet przy podkładaniu dźwięku. Miałam ciarki na plecach, kiedy musiałam wyć jak Anna, przeżywać ten gwałt głosem, oddechem, szarpaniną. Przerażające uczucie. Wszystko, co później robi moja bohaterka, wynika z jej strachu, wewnętrznego skulenia, bo nie wiadomo, z której strony nadejdzie cios.

GALA: Czy jako kobieta miałaś kiedykolwiek do czynienia z przemocą?

KINGA PREIS: Jej świadkiem jestem często, jak większość z nas. W Polsce mnóstwo osób nadużywa alkoholu, co zwykle idzie w parze z przemocą. Spotykam się z agresją wprost i agresją psychiczną. Sama nigdy jej nie doświadczyłam.

GALA: Kiedy po raz pierwszy poczułaś się kobietą?

KINGA PREIS: Na swoją kobiecość nie zwracam uwagi. Nie jest dla mnie ani ciężarem, ani wyzwaniem. Widzę ją w oczach Piotra. Jesteśmy ze sobą już 13 lat i to on stale stara się mnie w tej kobiecości podbudowywać. Więc i ja się bardziej staram. Dla siebie chodziłabym w dżinsach i T-shircie, bo jestem typem sportowym, ale Piotrek chciałby mnie widzieć seksowną. Najchętniej w czerwonych sukienkach, wyzywających szpilkach i z lokami na głowie. Czasami robię mu przyjemność i po przedstawieniu „Cząstek elementarnych”, gdzie gram Annabelle, wracam do domu ucharakteryzowana: fryzura jak z Abby, piękny makijaż. On wtedy prosi: „Nie zmywaj tego, zostaw”. Kurtuazyjnie wytrzymuję pół godziny.

GALA: Rozkwitamy dzięki partnerowi i jego miłości, ale bazę dostajemy od matek i babek. Ty miałaś świetne wzorce. Kiedy się urodziłaś, babcia miała 42 lata, nosiła białe podkolanówki, a mężczyźni za nią szaleli.

KINGA PREIS: Była absolutnie zgrabną laską. Kiedy z nią szłam, ludzie mi mówili: „Ależ ty masz piękną mamę”.

GALA: Co wzięłaś z jej kobiecości?

KINGA PREIS: Od zewnętrznej kobiecości, którą niosła moja babcia, uciekłam. Nigdy nie dbałam o figurę. Mama pytała: „Chcesz gofra? Proszę. Jednego, dwa?”, a babcia: „Możemy zjeść tylko pół gofra, ponieważ musimy dbać o linię”. Babcia dała mi dynamikę, wigor i zadatki na kobietkę włoską, zamordystkę.

GALA: W czym się przejawia kobiecy zamordyzm?

KINGA PREIS: Z babcią się uwielbiamy, ale nie ma takiego spotkania, które – jak we włoskiej rodzinie – nie kończyłoby się awanturą, emocjami, które potem szybko opadają. Babcia jest emocjonalna i w stosunku do mnie zaborcza. Konflikty z kolei pięknie łagodzi moja mama. Bo ona to spokój blondynki, anielskość, a babcia wścieklica, diablica.

GALA: Twoja koleżanka powiedziała, że masz w oczach trochę diabła, a trochę anioła. Czego więcej?

KINGA PREIS: Babcia pewnie by chciała, żebym miała jej temperament, ale choć kocham ją, jej poczucie humoru, złośliwości i zadziorność, bliżej mi do mamy. Jednak anioła w sobie nie odczuwam (śmiech).

GALA: Każda z pań miała zapewne wobec ciebie inne plany...

KINGA PREIS: Babcia chciała ze mnie zrobić pianistkę. To jej nie wyszło i przez jakiś czas była nadąsana, że się do tego nie nadaję. Żadna premiera nie kosztowała mnie tyle nerwów, ile ten jedyny pokaz w szkole podstawowej. Tak mi się trzęsły ręce, że w ciągu trzyminutowego utworu ani razu nie trafiłam w klawisz. Babcia była niepocieszona. Ale teraz jest ze mnie dumna.

GALA: Czy może zbiera wycinki z prasy na twój temat?

KINGA PREIS: Lepiej. W domu babci jedna ściana jest ołtarzem Kingi Preis. Są tam chyba wszystkie moje zdjęcia! Cała ściana w serduszkach i wisiorkach. Indyjska fototapeta. Do pewnego momentu był tam Robert Redford, a teraz jestem ja!

GALA: Główną nagrodę na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej w 1999 roku zawdzięczasz poniekąd również babci. To ona radziła ci, byś uwierzyła w afirmację, i podarowała ci ametyst z dziurką na szczęście.

KINGA PREIS: Kazała mi powtarzać, że jestem najpiękniejsza, najzdolniejsza i najlepiej śpiewam. Ale wiesz, co się działo, gdy potem zgubiłam ten ametyst?! Pomyślałam: „Koniec, nie wyjdę na scenę, nie zaśpiewam, nie pamiętam ani słowa”. A potem powiedziałam babci: „Nigdy więcej nie dawaj mi nic podobnego, bo o mało nie dostałam zawału tylko dlatego, że nie miałam przy sobie kamyczka z dziurką.”

GALA: Mama też miała wobec ciebie program marzeń?

KINGA PREIS: Podejmowałam tysiące durnych decyzji, a mama patrzyła na to ze stoickim spokojem i nigdy, choć widziałam, jak jej z tym ciężko, nie powiedziała mi: „Źle robisz, dziecko.” Dała mi coś cennego – absolutną wolność, w której się mną opiekuje. Zawsze jest o krok za mną. Także teraz, kiedy mam Antoniego. Jest mi całkowicie oddana. Nie wiem, czy będę umiała coś takiego dać synowi.

GALA: Chowasz go na księcia mamusi?

KINGA PREIS: Nieee! Jeśli coś jest nie tak, dostaje porządny opieprz.

 

GALA: Mówisz, że podejmowałaś tysiące głupich decyzji, na przykład jakich?

KINGA PREIS: Związałam się z Piotrem, facetem prawie o dziesięć lat starszym, który miał żonę i dziecko. Widziałam, że mamę to boli, ale nie dała mi tego odczuć. I tak było zawsze: jeśli się sparzyłam, to na własny rachunek. Ale mama i jej mąż okazywali mi serdeczność i wsparcie. I nigdy nie mówili: masz iść w prawo czy w lewo.

GALA: Martwi cię upływ czasu?

KINGA PREIS: Widzę, co się dzieje z moimi oczami, twarzą, szyją. Ale to proces naturalny, więc mnie specjalnie nie boli. Boli, kiedy tyję. Półtora roku temu rzuciłam palenie, a paliłam przez 21 lat półtorej paczki dziennie, i teraz jest mnie o 15 kilogramów więcej. I nie mam na to usprawiedliwienia. Trzeba o siebie dbać, ćwiczyć jogę, tai-chi. Dla mnie najlepszym relaksem jest nurkowanie. Fascynuje mnie wspaniały podwodny świat i cisza, dzięki której mogę się skoncentrować. Miesiąc temu podczas nurkowania w Dahabie mieliśmy z Piotrem niemal metafizyczne przeżycie.

GALA: Jakie?

KINGA PREIS: Nurkowaliśmy na dużej głębokości, nie powiem jakiej, bo była większa, niż wolno. I z toni nadpłynął kolos o wyglądzie rekina. Było w nim coś nieprzyjemnego. Pomyślałam: „Jest rano, tak ładnie… Dlaczego ja? Dlaczego my?”. I wtedy zobaczyłam, że to nie rekin, tylko tuńczyk. Byk, półtora metra długości. Był od nas oddalony o jakieś osiem metrów. Podpływał na dwa, trzy metry i łypał jednym okiem. Odpływał, wracał i robił to samo drugim. Wyszliśmy z wody, a mój mąż mówi: „K...a, następny zwierz, którego już nie będę mógł jeść!”. Ponieważ tuńczyk głęboko spojrzał mu w oczy, a patrzył mądrze... Dojrzewamy z Piotrem do freedivingu, czyli do nurkowania bez butli, na własnym oddechu. Wtedy łatwiej jest spotkać pod wodą delfiny albo żółwie.

GALA: Antoś także zaczyna nurkować?

KINGA PREIS: Jakie: zaczyna?! Nurkujemy z nim od trzech lat. A w tym roku zrobił samodzielny kurs nurkowania. Może schodzić z akwalungiem do 12 metrów. Uwielbia kłaść się w wodzie na wznak. Nad nim 10 metrów wody, pod nim 50, a on się nie boi. Patrzy w promienie słońca, bawi się z rybkami, przewraca w wodzie, baraszkuje. Ma cudowne poczucie nieważkości.

GALA: Nie obawiasz się o niego? Jesteś matką-luzaczką?

KINGA PREIS: Nie ma we mnie luzu, boję się. Najbardziej głupoty innych, tego, że ktoś zechce go skrzywdzić, myśląc, że jako aktorka dobrze zarabiam.

GALA: Powinnaś, zważywszy, że zdobyłaś wszystkie przyznawane w Polsce nagrody!

KINGA PREIS: Tylko że nagrody, poza festiwalową Gdynią, nie wiążą się z pieniędzmi. Niestety, majątku się nie dorobiłam. A o Antka się boję, bo to ryzykant. Na przykład: siedzimy przy stole, na którym pali się świeczka. Antek macha nad nią papierową serwetką. Proszę, by przestał. Nie przestaje. I już po chwili serwetka płonie. Antek rzuca ją na dywan. A że jest ze sztucznego tworzywa, strzela w powietrze. I już nie mam dywanu. A mimo to na Antka nie nakrzyczałam.

GALA: Piotr też jest tak łagodny dla syna?

KINGA PREIS: Traktuje go dużo ostrzej, a Antoni jest tak zakochany w ojcu, że wszystko mu wybacza. Kiedy byliśmy w Egipcie, Anto zachorował. I mówi do mnie: „No i wykończyłaś mnie tą klimatyzacją!” (śmiech). Do Piotra nigdy by tak nie powiedział. Czuje przed nim respekt. Podobnie jak Timek, nasz labrador. Nie spędza dużo czasu z Piotrem, ale to jego najukochańszy pan.

GALA: Wspólne urlopy cementują związek?

KINGA PREIS: Wiesz, co najbardziej wzmacnia związek? Złe chwile. Kiedy powinie się nam noga, wtedy się nawzajem sprawdzamy. Jeśli razem przejdziemy trudne momenty i możemy nadal na siebie patrzeć, to najwięcej daje związkowi. Najbardziej dramatyczne chwile dużo bardziej zbliżyły mnie do Piotra niż te, kiedy sobie ćwierkamy.

GALA: Jakie to momenty?

KINGA PREIS: Na przykład koszmar, który zgotował mi niedawno podczas zdjęć pewien reżyser. Najgorsze spotkanie w moim życiu. Pełne obłudy. Mimo że kiedyś już razem pracowaliśmy. Mówił: „A ty wiesz w ogóle, co ty grasz?! To, co robisz, jest straszne!”. Po dziesięciu godzinach takich uwag byłam galaretą. Grałam źle, wyglądałam źle, byłam rozdygotana. A on trzeciego dnia powiedział to, co powinien powiedzieć na początku: „Nie chciałem, żebyś u mnie grała”. Ale już zdążył mnie zniszczyć jako człowieka. Nigdy dotąd nic takiego mi się nie zdarzyło, więc nawet nie umiałam zareagować na tę manipulację. Załamałam się. Piotr w takich chwilach mnie wspiera.

GALA: Wyjawisz nazwisko reżysera?

KINGA PREIS: Po co?! To rozgoryczony porażkami człowiek.

GALA: Możesz Piotrowi powiedzieć najgorszą rzecz pod słońcem?

KINGA PREIS: Mogę. Mogę to zrobić od razu, a mogę poczekać. On to rozumie. Jest cierpliwy, podobnie jak moja mama. Nie wymusza na mnie przyznania się, że popełniłam błąd albo że sobie z czymś nie radzę. Widzi to, ale czeka, aż mu sama powiem. Za to w kwestiach dotyczących filmów i aktorstwa nie zgadzamy się prawie nigdy. Momentami wręcz nienawidzimy swoich poglądów.

GALA: Kto pierwszy przeprasza, kiedy się pokłócicie?

 

KINGA PREIS: On, bo jest cholerykiem. Tak jak się szybko zapala, tak szybko gaśnie. I wtedy całym sercem chciałby przeprosić. Nosi się z tym, jak to zrobić, żeby to były przeprosiny, ale jednak nie przeprosiny. A ja zawsze walczę jak lwica, jestem przekonana, że mam rację.

GALA: Masz w Piotrze opiekuna. Może więc dobrze się stało, że jest od ciebie starszy?

KINGA PREIS: My się wzajemnie sobą opiekujemy. A czasem mam wrażenie, że ja nim bardziej, bo ma naturę chłopaka, trochę nie wie, w jakim świecie żyje.

GALA: W „Czterech nocach z Anną” jesteś bardzo zmysłowa. Piotr nie ma nic przeciwko twoim scenom rozbieranym?

KINGA PREIS: Nie. Pokazuję tam jedynie nagą pierś. Reżyser i operator, Adaś Sikora, dbali, bym się czuła komfortowo. Miałam poczucie, że mogę pokazać w tym filmie wszystko. Bo to było w sprawie tego filmu, a nie po to, żeby ekscytować widza golizną. Ciało dla aktora jest takim samym instrumentem jak serce, oczy czy ręce. Ale myślę, że w Piotrze jest lęk – i to dotyczy wielu partnerów aktorów, i damskich, i męskich. Oni nigdy nie wiedzą, czy emocje, które aktorzy okazują w życiu codziennym, nie są zagrane. Boją się, że można przeciwko nim wykorzystać umiejętność płaczu, śmiania się, kokietowania, złości. Taki związek wymaga ogromnego wzajemnego zaufania.

GALA: Mówisz o Piotrze „mąż”. Pobraliście się w końcu?

KINGA PREIS: Nie. Wystarczy, że jest nam razem dobrze.

GALA: A znaleźliście w końcu działkę pod Wrocławiem pod budowę domu?

KINGA PREIS: Nie, bo ceny zwariowały. Zresztą nie mogłabym żyć przez 30 lat, mając za jedyny cel spłatę kredytu. Tym bardziej że mój zawód jest niepewny. Aktor jest towarem. Nie liczę na to, że wiecznie będę się podobać. A operacje plastyczne nie wchodzą w grę, bo lubię w lustrze rozpoznawać swoją twarz. Na razie jako dziewczyna między trzydziestką a czterdziestką nie narzekam na brak ciekawych propozycji. I dobrze mi z tym.