Kinga Preis udzieliła magazynowi "Gala" szczerego wywiadu. Po raz pierwszy opowiedziała o tym, jak dziś wygląda jej życie, jak udaje się jej łączyć obowiązki zawodowe z życiem prywatnym i zdradziła, dlaczego uważa, że szpilki są wrogiem kobiety. 

Kingo, ostatni raz widzieliśmy się trzy lata temu. Co przez ten czas zmieniło się w Twoim życiu? W jakim teraz  jesteś momencie?

Jeśli chodzi o pracę, jak zawsze sinusoida. Nieprzewidywalność w moim zawodzie cieszy i niepokoi jednocześnie. Nie mam komfortu robienia dalekosiężnych planów. To trochę loteria. Jest kilka stałych rzeczy, do których niewątpliwie zalicza się praca w serialu „Ojciec Mateusz”. Cieszę się również na występy w Teatrze Studio w spektaklu „Jak zostałam wiedźmą”, bo jest to dla mnie przygoda po wielu latach spędzonych na etacie w Teatrze Polskim. Nowe role to zazwyczaj niespodzianki.

A co w Twoim życiu jest stałą, która daje Ci poczucie bezpieczeństwa?

Rodzina. Mój syn Antek, który co prawda skończył niedawno 19 lat, zdał maturę i powoli buduje swoje życie, ale nadal jest z nami związany. My z Piotrem [Piotr Borowiec, mąż Kingi Preis – przyp. red.] w pewnym sensie złapaliśmy oddech, mamy więcej czasu tylko dla siebie, nie musimy dbać, by wypełnić Antkowi czas. Nie jest już dzieckiem, któremu trzeba wszystko zaplanować od rana do nocy. Bardzo się z tego cieszę, poczułam dużą wolność. Taką fajną, twórczą.

Wolność?

Jako aktorka funkcjonuję w dwóch równoległych światach. Z jednej strony jestem artystką, mam wolną głowę, z drugiej: wypełniam rolę żony, mamy. Zakupy, prowadzenie domu, a gdzieś między tym wszystkim praca w teatrze, w kinie. Nie mam gosposi, ogrodnika, kucharza i kierowcy, którzy ogarniają codzienność, żebym ja mogła koncentrować się tylko na sobie i byciu artystką. Tego bym nie chciała, nie mam takich potrzeb. W pracy korzystam z pomocy agencji aktorskiej, do której mam zaufanie, ale jeśli chodzi o wybory artystyczne, ja za nie odpowiadam.

Jak Twoja praca przekład się na relacje z bliskimi?

Żyję w dwóch miastach: w Warszawie i we Wrocławiu. Najczęściej pracuję w Warszawie, a kiedy wracam do Wrocławia, gdzie mieszkam, czuję się, jakbym jechała na wakacje. (śmiech) Często obserwuję znajomych, którzy mieszkają w stolicy i po dwunastu godzinach spędzonych na planie, wracają do domu, którym muszą się zająć. We Wrocławiu nie robię nic, co byłoby związane z pracą. Nie odbieram telefonów, nie odpisuję na maile. Poza czytaniem scenariuszy jestem cała dla rodziny.

Teraz Antek jest już dorosły, ale wcześniej były wywiadówki, dodatkowe zajęcia. Kto mu to wszystko organizował? Piotr?

Uważam, że z wywiadówek niewiele wynika i dla ucznia, i dla rodzica. Byłam na nich kilka razy i jedyne, czego się dowiedziałam, to, że współczesna młodzież jest niedobra, problematyczna, trudno ją wychować i okiełznać oraz że „30 lat temu to była inna młodzież”. Dlatego kiedy Antek był w drugiej klasie liceum, wspólnie podjęliśmy decyzję, by zmienił szkołę na Sopocką Akademię Tenisową.

Pozwoliłaś nastolatkowi przeprowadzić się z Wrocławia do Trójmiasta?

Nie. Jeździliśmy do Sopotu co dwa-trzy miesiące na egzaminy zaliczające z każdego przedmiotu, poza tym nauka odbywała się również w trybie e-learningu. Oczywiście wymagało to od Antka dużej samodyscypliny, ale szybko zauważyłam różnicę w jego rozwoju. W szkole we Wrocławiu nie było w ogóle indywidualnego traktowania, równano do poziomu przeciętności i nikt nie miał czasu, siły i ochoty, by znaleźć w uczniu coś, co go wyróżnia i stanowi jego atut. W Sopockiej Akademii Tenisowej pracują ludzie z pasją, którzy szukają jej również w młodzieży, uczą zadawania pytań, dociekania. Dzięki temu Antek pięknie zdał maturę i...

...wyfrunął z gniazda. Nie bałaś się tego?

Pierwsze dwa lata macierzyństwa były dla mnie bardzo trudne. Wydawało mi się, że moje życie już na zawsze ograniczy się do przewijania, karmienia etc. Aż tu nagle Antek skończył 18 lat i powiedział mi: „Mamo, za rok matura”. Pamiętam, jak kiedyś przeżywałam, że w końcu nadejdzie ten moment, gdy moje dziecko pójdzie na studia, wyprowadzi się z domu. W rzeczywistości wszystko dokonało się bezboleśnie.

Twój mąż Piotr, podobnie jak Ty, pracuje w branży filmowej. Antek przez lata chłonął atmosferę kina, teatru. Nie chciał iść w Wasze ślady?

W pewnym sensie poszedł, bo też związał się z filmem. Antek nie był dzieckiem, które zabierałam do pracy, na plan. Nie spędzał wolnego czasu w teatrze, nie wychowywały go panie garderobiane. (śmiech) Rzeczywiście u nas w domu dużo rozmawiało się o kinie, pojawiali się aktorzy, reżyserzy. Dla mnie możliwość obcowania z wielkimi twórcami, osobami zafascynowanymi tym, co robią, to jedna z największych wartości tej pracy. Ale przyznam, że kiedy jeszcze kilka lat temu namawiałam Antka, by poszedł w nasze ślady, odpowiadał: „Nie wiem”. Ta decyzja dojrzewała w nim powoli.

Czym chce się zająć Antek?

Różne „ambitne inaczej” gazety błędnie informują czytelnika, że mój syn jest producentem filmowym, co nas bardzo ubawiło. (śmiech) Na razie był tylko i aż asystentem kierownika produkcji, czyli przynieś, podaj, pozamiataj, na planie dwóch filmów „Pięćdziesiąt trzy wojny” Ewy Bukowskiej oraz „Cicha noc” Piotra Domalewskiego.

To najlepsza nauka zawodu.

Też tak uważam. Zaczyna się od parzenia kawy, proszenia aktora na plan, noszenia kabli, pomocy w budowie dekoracji, tak by poznać wszystkie etapy pracy przy filmie. To rodzaj stażu, nie ma nic wspólnego z byciem producentem.

Antek nigdy nie prosił Cię, żebyś załatwiła mu pracę?

To nie jest typ chłopaka, który wchodzi na plan i mówi: „Dzień dobry, nazywam się Antoni Preis, jestem synem Kingi Preis”. Nie interesuje go praca po znajomości. Chce się dowiedzieć, ile warte są jego umiejętności. Niedawno, po dłuższej przerwie, trafił na plan „Belfra”, gdzie potrzebowano zastępstwa na jeden dzień. Po powrocie do domu powiedział mi, że tęsknił za tą atmosferą. To niesamowite, że tak szybko połknął bakcyla.

Myślisz, że to, że od zawsze miałaś z synem kumpelską relację, dobrze wpłynęło na jego wychowanie?

Zależy, jak rozumiemy słowo „kumpelska”. Dla mnie nie oznacza, że Antek poklepuje mnie po plecach i mówi do mnie „Kingo”. Dbaliśmy z Piotrem, by zachować relację rodzic – dziecko. Daliśmy synowi dużo miłości i zaufania, które zaprocentowało tym, że w wieku 16 lat, nie rzucił się na wszystkie „przyjemności” i podniety dorosłego życia. W naszym domu nie mieliśmy tematów tabu, zakazanych owoców, które mogą prowokować niezdrowe ciśnienie i chęć przekraczania granic. Poza tym wydaje mi się, że Antek jest raczej samotnikiem, nie zachowuje się jak ktoś, kto w towarzystwie rówieśników musi wieść prym.

Po kim to odziedziczył?

Obydwoje z Piotrem jesteśmy typami raczej nietowarzyskimi. Jeśli już, najlepiej odnajdujemy się w niewielkim gronie i raczej na chwilę niż na przykład na tydzień wspólnych wakacji. Mieliśmy jedno przykre doświadczenie związane z takim wyjazdem. Po tygodniowym urlopie spędzonym ze znajomymi zostaliśmy jeszcze na kilka dni, by odpocząć po wakacjach. (śmiech)

Rozumiem Cię...

Teraz jeździmy z mężem na wakacje we dwoje, a Antek ze swoimi znajomymi. Ostatnio wybrali się do Rumunii na dwa samochody, land rovery, bo mój syn podobnie jak Piotr jest fanem off-roadu. Najpierw ten samochód przez prawie 20 lat miał Piotr, teraz Antek go sobie wyremontował i nim podróżuje.

Dokąd na przykład?

Zaczęło się od wyprawy do Albanii, w góry. Pojechaliśmy tam we trójkę. Wyobraź sobie dwóch totalnie wkręconych w takie podróże facetów i mnie, która nienawidzi długiej jazdy samochodem. Czuję się w nim jak zamknięta w klatce: duszę się, nic mi się nie podoba, nie cieszy, nie umiem spędzać w ten sposób czasu. Mogę tę drogę przejść albo przejechać rowerem, ale w aucie? Dramat. Antek to uwielbia. Dzwonię do niego i pytam: gdzie jesteś? A on, że w drodze do Rumunii. Razem z przyjaciółmi znalazł gdzieś w górach na Słowacji jezioro, tam rozbili obozowisko i przenocowali. Ja marzyłabym o czystym łóżku, z dobrym śniadaniem, a Antka właśnie to kręci: spanie pod gołym niebem, przeprawianie się przez rzekę.

W takim razie, jak spędzaliście czas we troje?

Nurkowaliśmy, jeździliśmy rowerami, łaziliśmy po górach. Zazwyczaj wszystko robiliśmy spontanicznie, bez planowania. Z czasem Antek z Piotrem rower zamienili na motor, bo obaj są zapalonymi motocyklistami.

Rozpieszczasz syna drogimi prezentami?

Moje koleżanki, które mają córki, żartują: „Boże, jaką ty jesteś szczęściarą. Nie musisz spełniać tych wszystkich zachcianek modowych!”. (śmiech) A ja może i nie muszę kupić szpilek czy torebki, ale rurę wydechową albo nową skrzynię biegów owszem.

Wychowywałaś się w skromnej rodzinie, mówiłaś, że na przyjemności musiałaś zarabiać sama. Rekompensujesz Antkowi to, czego nie dostałaś?

Mieszkałyśmy z mamą na Sępolnie. Małe podwórko, zwykła podstawówka. Po lekcjach szłam poskakać w gumę z koleżankami. Nie miałam specjalnie, o co walczyć, bo nie było też pokus. Jeździliśmy na wakacje do Bułgarii czy do Mielna. Jako kilkunastoletnia dziewczyna dorabiałam na wakacjach, sprzątając w szpitalu.

Antek też pracował w wakacje?

Tak, ciągle sobie czegoś szuka. Po maturze przez rok nie studiował. Ale nie pozwoliliśmy mu z Piotrkiem na tzw. bumelanctwo, bo uważamy, że to nie jest metoda. Wtedy trafił na plan filmowy, pracował u naszych znajomych i rozwoził wodę po całym Wrocławiu.

I nie miał z tym problemu?

Żadnego! Wstawał, jechał na szóstą-siódmą rano i wracał do domu wieczorem. Nie mogę powiedzieć, że zarabiał dużo, ale sobie dorabiał.

Masz jakieś słabości, na które chętnie wydajesz pieniądze?

Na pewno nie wydaję fortuny na ubrania, buty, perfumy. Wolę podróżować po świecie. Uważam, że w moim zawodzie ważne jest doświadczanie różnych rzeczy, możliwość obserwowania świata. To poszerza horyzonty, rozwija. Spotkania z ludźmi, obrazy, zapachy – wszystko przydaje się w momentach, kiedy musimy zbudować sobą kogoś lub coś. Wtedy nagle przypominamy sobie różne nieistotne z pozoru rzeczy. I może stąd opinia, że jesteś jedną z niewielu aktorek, która ma niesamowitą gotowość emocjonalną do wchodzenia w rolę. Potrafisz płynnie przejść od stanu euforii do płaczu. Kiedy byłam młodsza skrajne emocje przychodziły mi z łatwością. Teraz staram się je kontrolować, używać ich w określonym celu, korzystać z tego, czego doświadczyłam, co wiem o świecie. Nie jestem aktorką rozchwianą emocjonalnie, tylko korzystającą ze swoich emocji. Muszę je stale w sobie rozpalać, uczyć się nimi dzielić, ale nie oszaleć, nie epatować szaleństwem. Staram się w pracy dbać o siebie. Żeby osiągnąć taki stan, trzeba poczuć się dojrzałą kobietą.

Dla Ciebie wiek jest wartością?

Czas dla aktora czy aktorki jest bardzo ważny, bo pewne umiejętności w nas dojrzewają. Dostrzegam niuanse, różne odcienie życia, których wcześniej nie widziałam. Młodzi aktorzy są jak krótkodystansowi biegacze – pędzą na sto metrów, myślą tylko o tym, by przekroczyć linię mety, ale nie widzą świata po obu stronach toru, tego, z kim biegną. Dla nich liczy się tu i teraz. Nie krytykuję tego, bo byłam taka sama, wszystko przeżywałam bardzo intensywnie. I to nie jest nic złego. Teraz, gdy patrzę na wybitnych aktorów, Janusza Gajosa, cudowne aktorki, jak Stasia Celińska, Krystyna Janda czy Agnieszka Mandat, i wielu innych, wiem, że choć wszystko mocno przeżywają, potrafią delektować się rolami, ale nie muszą w każdym wyzwaniu przypuścić aktorskiej szarży. Mam nadzieję, że te najciekawsze wyzwania jeszcze przede mną.

Skończyłaś 45 lat. To trudny wiek dla aktorki.

Dostałam niedawno propozycję zagrania w serialu roli kobiety w swoim wieku. Ostatecznie serial nie powstał, a ja zostałam z poczuciem, że nie rozumiem, dlaczego w Polsce wciąż uważa się, że publiczność chce oglądać tylko historie glamour. Mam wrażenie, że ta era bezpowrotnie przeminęła. Ludzie na świecie fascynują się teraz prawdą, a nie sztucznym pięknem. I ta prawda może być brudna, brzydka, nie musi schlebiać gustom ogółu.

Nie masz potrzeby, by pokazać się na ekranie właśnie jako kobieta glamour – piękna, zadbana?

Ale ja czuję się dobrze ze swoją kobiecością i nie muszę jej manifestować. W teatrze czy filmie gram kobiety charakterystyczne, a nie tzw. umowne piękności, a to mi akurat odpowiada, jest dla mnie ciekawsze. A potem na premierze filmu pojawiasz się w długiej czerwonej sukni, ze świetną fryzurą, makijażem i wszyscy piszą, że Cię nie poznali, bo wyglądasz jak milion dolarów. Nie jestem zwolenniczką takiego stylu na co dzień, ale podczas oficjalnych wyjść – dlaczego nie? Trzeba tylko mieć świadomość, że na ten efekt pracuje kilka osób: fryzjer, makijażystka, fotograf i stylista. Dzisiaj jest niedziela i jak widać, nie przypominam Kingi z czerwonego dywanu. (śmiech) Mam na sobie dres i tenisówki, a nie szpilki.

Lubisz szpilki?

Uważam, że są wrogiem kobiety. Oprócz tego, że pięknie wygląda w nich noga, która fascynuje mężczyzn, są po prostu niewygodne.(śmiech)

Ale na oficjalnych wyjściach się w nich pojawiasz.

Są takie chwile, kiedy trzeba dobrze się prezentować. Idąc na premierę filmu czy kosmetyków marki AA, których jestem ambasadorką, chcę ładnie wyglądać. Irytują mnie niektórzy filmowcy manifestujący podczas oficjalnych uroczystości swoją niezależność wyciągniętym swetrem. Uważam, że trzeba umieć dostosować strój do okoliczności. Tak jak ja nie będę maszerowała w wieczorowej sukni do warzywniaka, tak oni nie powinni przychodzić na galę wręczenia Orłów w spranym T-shircie i brudnych butach.

Co lubisz w sobie najbardziej?

Piegi! Uwielbiam cechy urody, które stają się znakiem rozpoznawczym. Podobają mi się moje zmarszczki wokół oczu i nie cierpię z tego powodu, że jest ich coraz więcej. Używam dobrych kosmetyków marki AA, staram się ćwiczyć, zdrowo jeść, chodzę na masaże, dbam o siebie zwyczajnie. Nie chcę operacji plastycznej, która sprawi, że przestanę być podobna do samej siebie. Twarz aktora jest jego siłą. I wszystko co na niej widać ma mi pomóc, a nie ograniczać.

Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, powiedziałaś, że pierwsze 20 lat Twojego życia trwało długo, a drugie minęło ot tak! Jak pstryknięcie palcem. A jakie będzie kolejne 20?

Nie mam pojęcia! Mam nadzieję, że intensywne. Niekoniecznie mi się podoba, że czas tak umyka. Boję się, że nie zdążę zrobić tyle, ile bym chciała. Chciałabym móc cieszyć się życiem, a nie myśleć o tym, że najciekawsze już za mną.