W filmie „Córki dancingu” jako gwiazda klubu nocnego wygląda Pani bardzo seksownie. To duża odmiana po rolach nieszczęśliwych albo silnych kobiet. 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam scenariusz, byłam zaskoczona. Syreny przelatujące nad Pałacem Kultury, śpiewające w nocnym klubie Adria. „Córki dancingu” to symboliczna opowieść
o zderzeniu świata dorosłości i niewinności, o dorastaniu, okrucieństwie, prawdzie i zakłamaniu. Pokazujemy świat show-biznesu w warunkach PRL-u lat 80., ale w klimacie baśni braci Grimm. Kanwę dla tej opowieści stanowiła historia sióstr Wrońskich, które tworzą zespół Ballady i Romanse. Gram wokalistkę i myślę, że jak na swoje możliwości wyglądam dosyć uwodzicielsko. Mam blond loki, notorycznie rozmazany makijaż, co uwielbiam u kobiet, i efektowne ciuchy gwiazdy nocnego klubu. Tak zrobiona na bóstwo wysłałam mężowi zdjęcia z planu. Odpisał natychmiast: „Przyjeżdżaj w tym do domu!”. Podejrzewam, że w „Córkach dancingu” wyglądam jak spełnienie jego fantazji.

Lubi Pani siebie taką?

W filmie lubię. Gdybym miała tak wyglądać w domu, to padłabym przed lustrem ze śmiechu. Ale jako aktorka jestem usprawiedliwiona.  

Czy emocji pozbywa się Pani równie łatwo jak kostiumu?  

Myślę, że aktor nie musi identyfikować się ze swoim bohaterem, ale sztuką jest właśnie to, żeby umiał stworzyć w sobie światy bardzo realne. Najlepiej potrafią to ocenić moi bliscy. Mąż i syn najczęściej żartują z mojego udziału w spektaklu „Jak zostałam wiedźmą”, prześcigając się w interpretacjach, ile jest mnie codziennej w scenicznej wiedźmie. 

 

Przychodzą na premiery?

Czasem tak. Mąż zawsze mówi: „Bardzo mi się podobało. Byłaś wspaniała”. Po czym przechodzi do szczegółów, z których wynika, że można by przyczepić się właściwie do wszystkiego. Pytam syna: no i jak było? „Nie wiem, zdecyduj się, czy się śmiałaś, czy płakałaś”. Porażka. Jedynymi bezkrytycznymi admiratorami mojego „talentu” są mama i oczywiście babcia. 

Syn chwali się Panią?

Chyba nie. Za to na pewno mnie broni. Jest moim osobistym bodyguardem. Kiedy idziemy razem ulicą i akurat podchodzi ktoś, kto bardzo chciałby się dowiedzieć, co słychać
u serialowego ojca Mateusza (gram jego gosposię), Antoni patrzy na delikwenta wzrokiem bazyliszka, a jego mina mówi: „Powiedz jeszcze słowo, a…”. Kiedyś pojechaliśmy na wycieczkę do zamku Książ, wyglądałam, powiedzmy sobie, „niewyjściowo” – dres, czapka nasunięta na oczy. Podeszła do mnie pani z liczną rodziną i spytała, czy chciałabym sobie z nimi zrobić zdjęcie. Odpowiedziałam, że bardzo przepraszam, ale jestem tu prywatnie, z mężem i synem, na pewno jeszcze zdarzy się okazja. Usłyszałam nieznoszące sprzeciwu: „Ale ja chyba grzecznie proszę!”. Antek na pewno jest ze mnie dumny, ale nie rozpieszcza mnie komplementami. Chce mieć we mnie po prostu mamę.  

Niedawno skończył 18 lat. Zaczyna swoje życie? 

W tym roku robi maturę, ale nie przeżywa tego jakoś dotkliwie. Obserwuję z podziwem jego luz, bo dla mnie matura była ogromnym stresem. Jego prawdziwymi pasjami są kitesurfing, snowboard i motocross – raczej trudne do realizowania w naszych warunkach. Antek, jak większość młodych ludzi, ze względu na znajomość języka, brak barier, jest obywatelem świata. Nie wiem, czy po maturze zostanie w Polsce. Rozmawiamy o planach studiów gdzieś dalej. Teraz życie można ułożyć sobie wszędzie. Dlatego się nie martwię. Jako rodzice często demonizujemy rozłąkę. Kiedy kręcę film w Warszawie i nie ma mnie w domu przez dwa miesiące, to również jesteśmy osobno, choć dzieli nas tylko trzysta kilometrów.

 

Mówi Pani, że życie można sobie ułożyć wszędzie, więc dlaczego nie przeniosła się Pani do Warszawy? 

Bo mój dom rodzinny jest we Wrocławiu. W stworzeniu go pomagali mi rodzice. Dzięki nim Antek zawsze miał poczucie bezpieczeństwa, nie woziłam go z planu na plan, nie musiał czekać, aż skończę próbę w teatrze. Oboje z mężem mamy wolne zawody. Zawsze wiedzieliśmy, że musimy się postarać, żeby znaleźć czas dla siebie i dla naszego syna. Z perspektywy widzę, że poświęciliśmy mu dużo więcej uwagi niż niejeden rodzic, który pracuje od 8 do 16. Zdarzało się, że w ciągu roku porywaliśmy go ze szkoły. Jechaliśmy w Karkonosze czy gdziekolwiek. Byliśmy rodzicami, z którymi można było wagarować. Mnie moja rodzina nigdy nie zmęczyła ani nie znużyła. 

A aktorstwo?

Praca determinuje moje życie i dzięki niej ciągle dzieje się coś ciekawego, ale nie chciałabym umrzeć na deskach teatru albo na planie filmowym. Kiedy urodził się Antek, panikowałam, że to koniec wszystkiego. Potem jednak właśnie dzięki niemu uniezależniłam się od pracy. Kiedy miał trzy, może cztery lata, zaczęłam myśleć, że wolę wcześniej wrócić do domu, żeby z nim być. Naprawdę ważniejsze jest życie z bliskimi, rodzina, zwłaszcza kiedy jest udana. 

Co to znaczy, że rodzina jest udana?

Rodzina, w której się wychowałam, była zupełnie inna od tej, którą potem założyłam. Dorastałam w domu, w którym była przewaga kobiet. Najmocniejszy charakter i duszę artystyczną miała moja babcia – tańczyła w operze. Mama skończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu, ale jej droga zawodowa ułożyła się inaczej. Mój tata zmarł, kiedy byłam małą dziewczynką, i tak naprawdę nie wiem, czy to, co pamiętam na jego temat, jest rzeczywistym wspomnieniem, czy dziecięcym wyobrażeniem. Nigdy mi go nie brakowało, bo nie wiedziałam, jak to jest go mieć. Mama zawsze mnie słuchała, poświęcała mi uwagę, kochała bardzo. Nie czułam straty, nie czułam, żeby mój świat musiał być podzielony na mamę i tatę. Był jeden.

Z kolei w rodzinie, którą sama założyłam, przeważają mężczyźni. Widzę, że jest mi łatwiej, niż było mojej mamie, bo mam absolutne wsparcie ze strony mojego męża i bardzo to doceniam. 

Jest Pani w szczęśliwym związku od 20 lat. Zastanawiam się, czy to dzięki temu, że przed kamerą przerabia Pani tak wiele emocji, w Pani życiu panują spokój i stabilizacja? 

Coś w tym jest. Mam gdzie dać upust emocjom i energii. W domu oboje z mężem staramy się je wyciszać. Udaje nam się, bo dobrze się znamy, lubimy swoje towarzystwo i mamy do siebie dużo
cierpliwości. Kiedyś Janek Nowicki powiedział, że kochanków możesz mieć na pęczki, ale tego, z którym się dobrze śpi, tylko jednego. I ja trzymam się  tej zasady. (śmiech) Dla mnie to ważne, że nie rywalizujemy ze sobą. I nigdy nie było tak, jak o nas mówiono, że ja robię karierę, a mąż zajmuje się dzieckiem. 

Rodzice, którzy są artystami, zazwyczaj próbują swoje dziecko zniechęcić do pójścia w ich ślady. Pani tego nie robiła?

Nie musiałam. Raz w życiu widziałam występ swojego syna, miał powiedzieć publicznie dwa zdania. Od tamtej pory jestem spokojna – nie pójdzie tą drogą. Chociaż fizycznie bardzo by się nadawał – jest niezłym ciachem! Śmieję się, że z urody zupełnie do mnie niepodobny, ale kocham go jak swojego. 

 

Pani zdaniem relacja między synem a matką jest wyjątkowa?

To się zmienia. Antek miał różne „zapotrzebowania” na rodziców. Przez pierwszy rok życia rzeczywiście ja byłam w centrum jego potrzeb, zainteresowania. Od cycka, na wyższych potrzebach kończąc. Piotruś przeprowadzał nawet eksperyment. Przenosił Antka do najdalszego pokoju, żebym nie słyszała, jak płacze, i zwyczajnie choć trochę mogła się wyspać. A ja i tak się budziłam. Co najciekawsze, tej miłości, która była dla mnie największym wysiłkiem, okupionej fizycznym zmęczeniem, Antek zupełnie nie pamięta i nie potrafi jej docenić. (śmiech) Potem nastąpiła fascynacja tatą i wspólnymi zabawkami: samochodem, bronią, kamerą. Dla mnie gra z czterolatkiem w policjanta i złodzieja była nie do przejścia, za to mój mąż świetnie się bawił. Poza tym matka zawsze sprawdza się w sytuacjach bojowych. 

Na przykład w jakich? 

Antek miał przytulankę, pluszowego pieska, którego wszędzie zabierał. Kiedyś pokazał go małpie w zoo, a ta jednym sprawnym chwytem pieska capnęła. Proszę sobie wyobrazić: mała małpka trzyma pluszaka jedną łapką, a ja, zaparta nogami i rękami o klatkę, usiłuję jej go wyrwać. W końcu się udało, ale co przeżyłam, to moje. Chyba każdy ma z dzieciństwa taką przytulankę?

Pani ma?

Mam, ale nie powiem jaką! Ten rodzaj ckliwości jest straszny, zwłaszcza w wywiadach. 

Woli Pani uchodzić za twardzielkę?

Nie, nawet nie lubię tej postawy. Ludzie często mówią, że mocno zaznaczam swoje granice. Ja tego nie dostrzegam, przeciwnie – bardzo potrzebuję bliskości, akceptacji, empatii i staram się ją dawać. 

Kto ma mocniejszy charakter: Pani czy mąż?

Trafiła kosa na kamień! Zdarza się, że lecą iskry. Oboje jesteśmy charakterni. Najlepiej podsumowuje nas Antek: „Tato, nie masz racji, mamie w ogóle nie o to chodziło. Mamo, jak będziesz reagowała tak histerycznie, tata nie będzie cię słuchał”. Potrafi spojrzeć na nas z dystansem. Cała nasza trójka ma temperament, ale ponieważ o tym wiemy, staramy się go nie nadużywać – po prostu bardzo nam zależy na życiu (śmiech).