Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, na głowie miała komiczny beret w szkocką kratkę z wielkim pomponem, ogromną skórzaną kurtkę, taką przecieraną, a w uszach wielkie klipsy albo kolczyki w kształcie wisienek, przypominające spinacze do obrusów – wspomina Marta Macke, koleżanka Kingi Rusin z italianistyki, dziś szefowa firmy doradztwa w procesie przetargowym. – Na pierwszy rzut oka wszystko to wydawało się szalone, ale jednocześnie do siebie pasowało. A ona sprawiała wrażenie niezwykle dumnej ze swojego wyglądu”.

„O moich strojach z tamtego okresu powiedzieć, że były oryginalne, to mało – potwierdza Kinga. – Nie stać mnie było na ekskluzywne butiki. Dziewczyny na italianistyce już zaczynały pracować dla włoskich firm i świetnie się ubierały, a ja kupowałam rzeczy w second handach w Amsterdamie, gdzie miałam chłopaka. Na złość eleganckim koleżankom uzbierałam kolekcję najbardziej obciachowych kolczyków w rodzaju kiści gumowych winogron z wielkimi liśćmi zasłaniającymi twarz. Jak pokazałam je teraz moim córkom, padły ze śmiechu”.

A z wami wszystko w porządku?

Wszystkie ważne życiowe kroki Kinga konsultowała ze swoją matką chrzestną – znaną piosenkarką Danutą Rinn. Danuta nie miała dzieci, chrześnicę traktowała jak córkę. To dzięki niej Kinga od najmłodszych lat poznawała świat polskiej kultury – chodziła do teatru, na koncerty, a później do Kościoła Środowisk Twórczych na opozycyjne spektakle, które Danuta Rinn przygotowywała z Krzysztofem Kolbergerem. W jej domu Kinga poznała Wojciecha Pszoniaka, Daniela Olbrychskiego czy Urszulę Dudziak. Po latach role się odwróciły: to Danuta bywała gościem Kingi, zawsze na Wigilii i w święta. Już chora, odwiedziła córkę chrzestną w Stanach.

Kiedy na początku lat 90. Kinga, świeżo upieczona maturzystka, wybierała się na dziennikarstwo, Danuta jej to odradziła: „Gdzie ty chcesz iść?! Poczekaj, niech się tam wszystko wyczyści”. Więc zdała na italianistykę.

Czy Kinga była kujonką? „Dużo czasu zabierało jej życie towarzyskie, ale jak trzeba było przysiąść do egzaminu, to przysiadła i były tego efekty – mówi Marta Macke. – Na kolokwiach dobrze było znaleźć się obok niej i – jak się dało, a ona pozwoliła – ściągnąć”.

Na drugim roku poszła na casting na prezentera muzycznego. Następnego dnia czekało ją kolokwium z łaciny, więc by nie tracić czasu, wzięła ze sobą książki. Liczba chętnych przerosła jej wyobrażenia. „Było tam jakieś trzy tysiące osób – wspomina. – Czas leciał, a ja wciąż czekałam na swoje wejście. W jakimś momencie przerazi-łam się, że ani nie wejdę na ten casting, ani nie nauczę się do kolokwium. A w końcu udało się jedno i drugie” – śmieje się.

Oczywiście starannie się do tego występu ubrała: za duży o kilka numerów skórzany płaszcz z własnoręcznie powycieranymi dziurami, pożyczona od koleżanki garsonka typu ciotka Klotka i buty kowbojki, które obcięła tuż pod kostką, żeby nie były zbyt „normalne”. W uszy wpięła zabójcze kolczyki winogrona. Nic dziwnego, że od wejścia zrobiła na komisji wrażenie. Na sali była też „loża szyderców” – liczna grupa studentów dziennikarstwa, którzy mieli za zadanie zbijać z tropu przyszłe gwiazdy telewizji. Jej wejściu towarzyszyły więc gwizdy, syczenie i buczenie. „A z wami jest wszystko w porządku?” – zapytała, patrząc w stronę „loży”, wciąż zła, że musiała tyle czekać.

Gwizdy ucichły, a ona była pierwszą osobą z przesłuchiwanych, której zaproponowano próbę kamerową. Ponieważ szukano kandydata do programu, który miał powstać w brytyjskiej koprodukcji, poproszono ją, by opowiedziała coś po angielsku. Nic łatwiejszego – Kinga była absolwentką Liceum im. Kopernika z wykładowym angielskim. A już całkiem zabawnie zrobiło się, gdy członkowie komisji zaczęli jej zadawać w tym języku pytania. Starsze pokolenie, niestety, na ogół nie mogło się poszczycić dobrą znajomością języków obcych. Casting wygrała. Śmieje się, że komisję z pewnością przekonała... strojem.

Ten pierwszy raz

5 lutego 1993 roku, godzina 9.00. Kinga, w o wiele za dużej marynarce „z przydziału” w mało twarzowym kolorze pistacji, zasiada przed kamerą. Do ręki dostaje kartkę z programem telewizyjnym. „Byłam przerażona, a do tego warunki pracy koszmarne: maciupeńkie pomieszczenie, olbrzymie lampy, z których ciepło bije prosto w twarz... – wspomina. – Przeczytanie tego programu kosztowało mnie mnóstwo nerwów i zdrowia. Wielkie przeżycie”.

Wcześniej przychodzi na zebranie organizacyjne spikerów. A tam... „Krystyna Loska, Bogumiła Wander, Edyta Wojtczak, Jan Suzin. Same legendy! Miałam wrażenie, że biorę udział w filmie, tak było to dla mnie nierealne. Szefową spikerek była Dorota Szpetkowska. To ona przyjmowała mnie do pracy”.

„Naprawdę minęło już 20 lat?! – dziwi się Dorota Szpetkowska. – Pamiętam doskonale, jak przyszła do studia, taka młoda koza. Uczyłam ją sztuki spikerskiej od podstaw. »Sprzedawałam« najbardziej sprawdzone patenty. Kinga,pogodna i trzpiotowata, zawsze była bardzo zdolna”.

 

„To niesamowite, jak się zna ludzi z ekranu i naraz konfrontuje to z rzeczywistością – wspomina Kinga Rusin. – Spikerowanie odbywało się wówczas w konwencji dosyć sztywnej. Obowiązywał specyficzny wizerunek i określone słownictwo. A tu nagle się okazuje, że ci ludzie mówią normalnym językiem, żartują, śmieją się. Wszystkie panie miały ogromną klasę. Różnie mogły zareagować na pojawienie się 20-letniej dziewczyny, ale ja nigdy nie odczułam, by traktowały mnie z góry, czy miały do mnie jakiekolwiek pretensje. Później, kiedy już trafiłam na antenę, koleżanki ze studiów w ogóle nie chciały słuchać o mojej pracy w telewizji, wszystkie łaknęły opowieści o spikerach”.

Kinga dołączyła do prawdziwie gwiazdorskiego wówczas grona. Istniała przecież wtedy w Polsce tylko jedna telewizja, a jej dwa programy oglądały miliony ludzi. Niejednej dziewczynie zakręciłoby się od tego w głowie. A Kindze?

„Mam wrażenie, że trudniejsza była wcześniej, zanim dostała się do telewizji – mówi Marta Macke. – Paradoksalnie, podchodziła do pracy z dystansem. Ale może tak mi się wydaje, bo wtedy już byłyśmy dobrze zakolegowane. Obie miałyśmy spore grono znajomych, wszyscy chodziliśmy na te same imprezy, a po zajęciach spotykaliśmy się w SARP-ie albo Hotelu Europejskim, przesiadując nad jednym torcikiem, bo nikt nie miał na więcej pieniędzy.

Telewizji Kinga uczyła się bardzo szybko. Oczywiście zdarzały się i „skuchy”. „Byłam młoda, niedoświadczona, w związku z czym na początku myliłam się dosyć często – wspomina dziennikarka. – Zasłynęłam z tego, że raz na wejście zdarzało mi się w jakiejś formie pomylić. Kiedyś np. zamiast »Liga Mistrzów« powiedziałam »miga listrzów« i nawet się nie zorientowałam. Ale to były drobiazgi w porównaniu z tym, co przeżyłam, gdy któregoś dnia tuż przed wejściem na antenę realizator zapowiedział, że mam sześć minut (!) do wypełnienia. »Co mam mówić?« – spytałam przerażona. »Wszystko jedno« – odpowiedział. Sama! Bez żadnego gościa. Teraz w „Dzień Dobry TVN” na trójkę gości mam pięć minut. A tu sześć i nie wiadomo o czym! A nie było żadnego Google’a, żeby się czymś wspomóc”.

Szczęśliwie za chwilę miał być film, który już widziała. „Wymyśliłam więc jakąś karkołomną zapowiedź – śmieje się. – Ale byłam tak zdenerwowana, że po minucie kompletnie nie pamiętałam, co mam powiedzieć, gdzie jestem ani co tu robię... Patrzyłam w oko kamery i...marzyłam, żeby zniknąć. Wydawało mi się, że to trwa wieki. Później powiedziano mi, że trwało 10 sekund. Ale 10 sekund kompletnej ciszy na ekranie to wieczność. W końcu wróciło do mnie wszystko, co miałam do powiedzenia, ale przeżyłam koszmar. Myślałam, że umrę na zawał...”.

Paradoksalnie pomyłki czy niekonwencjonalne zachowania spikerów w tamtych czasach przydawały im tylko popularności. Widzowie tak bardzo mieli dość wszechpanującej sztampy, że ewentualne kichnięcia, nieoczekiwane tiki czy przejęzyczenia brali za przejaw ludzkich odruchów przybliżających im postacie z ekranu.

Ogórek z czekoladą do odstrzału

„Wielką opieką objęła mnie Edyta Wojtczak – wspomina z wdzięcznością Kinga. – Ale też Ania Głębocka i Bogusia Wander. Przychodziły, udzielały rad, jak się czesać, jak ubierać”. A „jak wyglądać” to temat dziś dość zabawny. Wystarczy obejrzeć archiwalne filmiki na YouTubie.

„Naszym wyglądem raz w miesiącu zajmowała się Kasia Dowbor. Przyjeżdżał samochód dostawczy z marynarkami i bluzkami. A ponieważ na mnie nie było rozmiaru, zawsze miałam wszystko za duże. Jako najmłodsza byłam też ostatnia w kolejce. A nie było mnie stać, żeby pójść do sklepu i kupić strój na wizję w Modzie Polskiej, jedynym miejscu, gdzie można było coś sensownego dostać. Więc gdy po jakichś czterech miesiącach awansowałam do wieczornego dyżuru, włożyłam bluzkę pożyczoną od babci. Była biała, z ręcznie robionej koronki i pochodziła... sprzed wojny. Włożyłam ją tył na przód, bo dzięki temu z kołnierzyka spiętego z tyłu agrafką, z przodu tworzyło się coś w rodzaju koronkowego golfu. Podejrzewam, że wyglądało to okropnie, ale kto by się tym przejmował!”.

„Nikt wtedy nie sprawdzał, jak się ubierają spikerki” – potwierdza Dorota Szpetkowska.

„Kiedy przyszłam do telewizji, miałam kruczoczarne, długie do pasa włosy i krótko obciętą nad brwiami grzywkę – opowiada Kinga. – Bardzo mi się ta fryzura podobała, ale powiedziano mi, że nie jest w konwencji, i kazano obciąć włosy. Wyszło nie najlepiej. Bardzo martwiła się tym Edyta Wojtczak: »Nie, no musimy coś z tym zrobić...«. I wtedy w wyniku różnych eksperymentów trafiłam do fryzjera telewizyjnego, który dokończył dzieła – zrobił mi koszmarną trwałą i przy okazji spalił włosy, tak że trzeba było je jeszcze bardziej obciąć. Po raz pierwszy w życiu miałam krótką fryzurę i to jeszcze występując w telewizji! Dla mnie to był prawdziwy dramat! Na głowie zrobiono mi kask, hełmofon”. Jakby tego było mało, makijaż też był robiony przez telewizyjnych profesjonalistów...

„Panie z charakteryzacji robiły make-up według matrycy i nie liczyło się dla nich, że mam 22 lata – opowiada Kinga. – Używały ciężkich podkładów teatralnych z Czech. Po czymś takim zdawało mi się, że mam 150 lat! Wydaje mi się, że teraz wyglądam młodziej”.

Po roku pracy zmieniło się kierownictwo. Nowa władza wprowadzała nowe porządki. W telewizji pojawiła się pierwsza stylistka – Dorota Williams. Po powrocie z Londynu wniosła powiew świeżości, a przede wszystkim wywalczyła budżet na ubrania dla prezenterek. Kinga dostała trzy komplety ubrań, w których występowała potem przez pół roku. Ale władza postanowiła też zrewolucjonizować dział spikerów...

 

„Zapowiedziano, że nie będzie spikerek i zostałam odsunięta z wizji razem z innymi – mówi Kinga. – Potraktowano mnie jako tę ze starego rozdania... Gdyby nie wstawiennictwo Aleksandra Bardiniego, który wtedy prowadził w telewizji szkolenia, moja kariera na tym by się skończyła. Bardini osobiście poszedł w mojej sprawie do szefa Jedynki. Był moim aniołem stróżem w telewizji, po zajęciach udzielał mi rad. Mówił, że jestem dla niego połączeniem ogórka z czekoladą, a on lubi rzeczy nieoczywiste. Bo kiedy patrzy na mnie, to widzi dziecko, które myśli i mówi jak dorosły. Ale dość długo miałam wrażenie, że mimo wszystko jestem do odstrzału”.

Wkrótce potem dostała Wiktora w kategorii odkrycie roku i wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Do TVP już nie wróciła.

Szczęśliwe przypadki

Cleveland, 1 września 1995 roku. Otwiera się pierwsze na świecie Muzeum Rock and Rolla i Galeria Sław Rocka. Swój udział zapowiedziało mnóstwo muzycznych tuzów. Kinga czyta o tym w gazecie. „A jakby tak nakręcić reportaż dla telewizji?”. Znajduje kontakt do biura akredytacyjnego, dostaje akceptację. Ale na produkcję reportażu potrzebne są pieniądze – trzeba wypożyczyć z Nowego Jorku sprzęt, opłacić operatora, podróż, noclegi itp. Skąd je wziąć? Z pomocą przychodzi tata – pożycza 10 tysięcy dolarów, sumę na owe czasy ogromną. „Wyjdzie – cudownie, nie wyjdzie – nie przejmuj się” – stwierdza wspaniałomyślnie.

Na miejscu okazuje się, że ekip telewizyjnych w Cleveland są tysiące, a oni z akredytacją „kategoria D” są pozbawieni dostępu do gwiazd. Mają najgorsze z możliwych miejsc do filmowania. Telewizja „z jakiejś Polski” kompletnie się nie liczy. O reportażu można zapomnieć. „Zdałam sobie sprawę ze swojej gigantycznej naiwności – mówi Kinga. – Byłam zrozpaczona”.

Ma dwa wyjścia: złożyć broń i się poddać albo... „Nie poddaję się tak łatwo. Ale w Ameryce obowiązuje zasada »by the rules« – wszystko odbywa się zgodnie z prawem i nikt tego nie kwestionuje. Trzeba było wymyślić metody – jak na Amerykę – niekonwencjonalne”.

Pod wieczór idą z operatorem oglądać miejsca akredytacyjne dla innych ekip. Najlepsze są na ogromnym podeście naprzeciw wejścia do muzeum: CNN, ABC, CBS, NBC, MTV. „Tu powinniśmy mieć kamerę” – mówi Kinga do operatora. I proponuje: „Przekleimy taśmy tak, by zmieścił się nasz statyw. Napiszemy nazwę stacji z naszej akredytacji WOT (Warszawski Ośrodek Telewizyjny), bo tam wszystko, co się zaczyna od W, to stacje telewizyjne z Kalifornii. Powiemy, że jesteśmy California Europe, i tyle”.

Operator, Polak, mieszkał już jakiś czas w Stanach, więc zamarł z przerażenia. Był przekonany, że to się nie uda. „Ale tak zrobiliśmy – opowiada Kinga. – A następnego dnia byliśmy tam pięć godzin przed czasem. Sprawdzają nam akredytacje: »To nie wasza strefa«. »Proszę pójść i sprawdzić – tam jest nasz statyw i na taśmie nasza nazwa«. Sprawdzają: jest! Wpuszczają nas na górę. Wchodzą kolejne ekipy. Są liczne, mają swoich techników, nawet własny catering, a my tylko we dwójkę siedzimy jak myszy pod miotłą. Przyuważył nas korespondent CNN – teraz mogę powiedzieć, że mój przyjaciel – Mark Scherer. Przygląda się, chodzi wokół, w końcu mówi: »You shouldn’t be here«”.

Od słowa do słowa i Kinga wyjawiła mu całą prawdę – że robi swój pierwszy w życiu reportaż dla telewizji w Polsce za pożyczone od ojca pieniądze. „Powiedziałam Markowi: »Jeżeli mnie zadenuncjujesz, nic nie nakręcę. Moje życie zawodowe jest w twoich rękach« – opowiada Kinga. – Bardzo się przejął. Do tego stopnia, że załatwił nam wejścia wszędzie tam, gdzie było CNN. Powiedział, że jesteśmy CNN Europe, dzięki czemu miałam wywiad z Iggym Popem, Lou Reedem, George’em Clintonem, Arethą Franklin, z gitarzystą Springsteena – Little Richardem... Później Mark w moim zawodowym życiu wielokrotnie się pojawiał, m.in. spotykaliśmy się na Oscarach, zawiadamiał mnie o różnych wydarzeniach. Gdyby nie on, pewnie nikt już nigdy nie pożyczyłby mi pieniędzy na takie ryzykowne reportaże...”.

Tak oto Kinga zaczęła budować siatkę znajomych, którzy jej pomagali. „Wizytówka »Telewizja Polska« na nikim nie robiła wrażenia – wspomina. – Wszędzie liczą się znajomości. Na Oscarach też trudno jest nakręcić świetny materiał. Warto mieć dobry kontakt choćby z panem, który układa czerwony dywan... Wiele rzeczy w moim zawodowym życiu zawdzięczam szczęśliwym przypadkom, którym strasznie... pomagałam. Nigdy nie odpuściłam. Jak jeden list nie poskutkował, wysyłałam pięćdziesiąt”.

W Stanach Kinga postanowiła poznać telewizję od podszewki, uczyła się robić zdjęcia, poznawała zasady montażu liniowego. Kiedy teraz opowiada o tym młodszym kolegom, patrzą na nią jak na bohaterkę. Dziś materiały filmowe montuje się cyfrowo. Nauczyła się też obsługiwać profesjonalną kamerę beta (też już się takich nie używa), a przede wszystkim założyła firmę producencką.

Uwierzył w nią Piotr Radziszewski, ówczesny szef WOT, a dziś Jedynki. Reportaż z Cleveland został pokazany najpierw w WOT, a później w Dwójce. Kinga mogła zwrócić tacie pieniądze.

Telefon z góry

Rok 1997. Kinga z mężem i małą Polą wraca do Polski. Ma za sobą amerykańskie doświadczenia, głowę pełną pomysłów i notes zapełniony interesującymi kontaktami. W TVP jednak nikt na nią nie czeka.

„W Stanach nauczyłam się dziennikarstwa – stwierdza. – Byłam korespondentką „Teleexpressu”, kręciłam krótkie formy kabaretowe dla programu „MdM”, robiłam reportaże, sprawozdania z Oscarów, przeprowadzałam wywiady z gwiazdami, pisałam artykuły do „TwojegoStylu”, miałam felieton w „Gazecie Wrocławskiej” i od czasu do czasu pracowałam dla Radia ZET. Może nie od razu, ale jednak wszystkie te doświadczenia później wykorzystałam”.

 

Zanim w telewizji mogła pokazać, co potrafi, znalazła zajęcie poza nią. Marek Kondrat zaproponował, by zajęła się PR-em produkowanego przez niego filmu „Operacja Samum”, który właśnie miał wejść na ekrany. W wolnych chwilach nadzorowała budowę domu w Konstancinie. Jako reporterka „Twojego Stylu” odwiedziłam wtedy Kingę na placu budowy. Mój reportaż nosił tytuł „Kobiety budują dom” i traktował o sile kobiet. Robotnicy zwracali się do Kingi per szefowo i mówili np. że są im potrzebne gwoździe, a ona każdego ranka jechała do hurtowni po niezbędne materiały. Ale byli też i tacy, którzy pytali, czy na budowie nie ma nikogo dorosłego...

„Miałam wtedy 26 lat i poczucie misji – mówi Kinga. – Przyczyna była banalna: pieniądze. Nie stać nas było na wynajęcie ekipy z nadzorcą. Typowa polska prowizorka początku lat 90., wtedy wszyscy tak budowali. Mąż pracował, a w Polsce zwykło się mawiać, że kobieta, która siedzi w domu z dzieckiem, nic nie robi. Wydawało się naturalne, że wychowując dziecko, mogę jednocześnie być nadzorcą budowlanym. W rezultacie dziecko było cały czas ze mną na budowie”.

Do telewizji – ale już TVN – wróciła, kiedy dom był gotowy. Edward Miszczak, szef programowy TVN, zaproponował jej prowadzenie magazynu „Wizjer”. Pracowała tam dwa lata. Gdy jej mąż przechodził z TVN do Polsatu, była w drugiej ciąży. Po urodzeniu córki Igi do TVN nie wróciła. Założyła firmę PR.

Kobieta czołg, dla której nie istnieją przeszkody? „Jak każdy, czasami się załamuję – przyznaje. – Ale staram się nie załamywać dokumentnie. Kiedy moje życie osobiste znalazło się na dużym zakręcie, próbowałam poskładać sprawy zawodowe, żeby stać mocno na nogach i odbudować poczucie własnej wartości. Nie było to łatwe, ale wtedy, po pięciu latach przerwy, zadzwonił Edward Miszczak. Propozycja była ciekawa – prowadzenie porannego programu. W Stanach byłam fanką takich morning shows. A jak się jeszcze dowiedziałam, że to Piotr Walter wpadł na pomysł, żeby mnie w tym programie obsadzić, bardzo mnie to podbudowało. Do tego stopnia, że zapomniałam nawet o ustaleniu kwestii finansowych”.

Dlaczego właśnie Kinga? „To był czas budowania »Dzień Dobry TVN« – mówi Piotr Walter, wówczas dyrektor generalny telewizji TVN. Zdawaliśmy sobie sprawę, że konstruujemy program na długie lata, a nie na kilka sezonów. Szukaliśmy więc prowadzących, których widownia przyjmie do swoich serc i uczyni częścią swego życia. Po krótkim epizodzie współpracy z Kingą, tuż po starcie TVN, pomyślałem, że jest idealną kandydatką. Dziś mogę się jedynie cieszyć, że rozmowy w tej sprawie, których podjął się Edek Miszczak, zakończyły się sukcesem”.

W TVN mówi się o niej, że ma szósty zmysł, bo zawsze jest tam, gdzie kierują się oczy i zainteresowanie publiczności. Kiedy cała Polska zachwycała się „Tańcem z gwiazdami” i zapisywała na kursy tanga, ona zdecydowała się wziąć udział w programie i... w nim zwyciężyła. A chwilę potem już prowadziła nowy hitowy talent show dla tancerzy: „You Can Dance”, gdzie w końcu została jurorką obok Agustina Egurroli i Michała Piróga.

„Nie widzę w tym jakiejś mojej zasługi, tak się akurat złożyło. Na »Taniec...« zgodziłam się, bo dyrektor obiecywał, że na pewno nie będę w nim dłużej niż cztery odcinki. Stało się inaczej. Wciągnął mnie element sportowej rywalizacji. A przy okazji było to ciekawe doświadczenie, bardzo mi wtedy potrzebne. Dzięki niemu zmieniłam podejście do wielu spraw, także do siebie”.

Ćwiczenia bojowe

„Cenię Kingę za jej profesjonalizm i przebojowość – mówi Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN. – Zawsze jest perfekcyjnie przygotowana do prowadzenia programu, chociaż nie wątpię, że ma na głowie dużo więcej obowiązków niż tylko telewizję”.

A jak jest z jej przebojowością? „Kilka miesięcy temu Kinga pojechała do Nowego Jorku zrobić materiał o pracy w porannym programie sieci ABC »Good Morning America«, amerykańskim odpowiedniku naszego »Dzień Dobry TVN« – mówi Edward Miszczak. – Oczywiście redakcja programu miała dla dziennikarki z dalekiego kraju dwie minuty: szybkie zdjęcia, chwila rozmowy z prowadzącą i wracamy do swoich spraw. Ale nie docenili Kingi, która nie tylko nie dała się wyrzucić ze studia, ale też bez obciachu wkręciła się na fotel prowadzącej program, porozstawiała po kątach miejscową ekipę i opuściła studio dwie godziny później, kiedy już zrealizowała to, co sobie wcześniej zaplanowała... Nawiasem mówiąc, swoją przebojowość Kinga ćwiczy też na mnie... Ale cóż zrobić, taka rola szefa...”.

„Kinga niezwykle dokładnie się przygotowuje do programów, dba o najdrobniejszy nawet element – mówi Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny magazynu „Sukces” i wiceszef „Rzeczpospolitej”, prowadzący z Kingą od września 2008 roku weekendowe wydania „Dzień Dobry TVN”. – Jest wymagająca, ale głównie wobec siebie. Ciężko na swoją pozycję pracowała. Jest także świetną nauczycielką; sam wiele się od niej nauczyłem i wciąż uczę, bo telewizja to także sposób mówienia, stania, ubierania się. Nauczyła mnie też, jak ważny po pracy jest relaks. Dla Kingi to konie i kitesurfing, dla mnie squash. Ona nie jest ideałem, ale kto jest?” – śmieje się i wspomina, jak na wizji robią sobie wzajemnie żarty. „Czasem pozwalamy sobie na tzw. rzucanie granatami. Kiedyś przestraszyłem się, że przeholowałem. Kinga pojechała na reportaż, a ja na wizji powiedziałem: »Kinga Rusin pojechała na reportaż do Puszczy Białowieskiej i, niestety, z niej wróciła«. Bałem się, że się obrazi, a ona popłakała się ze śmiechu. Ale takie żarty są możliwe tylko wtedy, gdy ludzie się lubią. A my się lubimy!”.

 

„Kinga ma gigantyczny power i ambicję – podkreśla Marta Macke. – Czasami jej zazdroszczę tego, że zawsze chce być pierwsza. Jest niezwykle przedsiębiorcza. Ma wolę robienia wszystkiego jak najlepiej”. Kilka lat temu Martę i Kingę dodatkowo połączyły podobne trudne przeżycia. „Obie wiemy, że możemy na siebie liczyć – podkreśla Marta. – Przekonałyśmy się też o prawdziwości powiedzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Może dlatego Kinga dzisiaj jest maksymalnie nastawiona na działanie? Przez lata naszej znajomości zmieniła się. I szczerze? Teraz nawet bardziej ją lubię niż w studenckich czasach”.

„Imponują mi kobiety, które wciąż podnoszą sobie poprzeczkę – mówi Katarzyna Sokołowska, reżyser i choreograf pokazów mody, przyjaciółka Kingi. – Kinga to autentyczna siłaczka. Podziwiam jej pracowitość i determinację. Nieustannie motywuje mnie do działania. Ma ogromny talent biznesowy, a przy tym jest bardzo kreatywna. Świetnie buduje swoją karierę, ale też niezwykle aktywnie spędza wolny czas. Jest dla mnie idealnym kompanem do wypadów kulturalnych. Bywamy razem na najróżniejszych festiwalach, spektaklach, koncertach. Czasem strofuję ją, że zbyt wiele bierze sobie na głowę. Czy nie boję się, że za nią nie nadążę? Ależ za Kingą nikt nie nadąży!”.

Nowy rozdział

Jak podoba jej się miejsce, do którego zawiodły ją ambicje? „Mnie ten infotainment, w którym pracuję, pasuje – mówi prezenterka. – Pasują mi też sprawy społeczne, w które się zaangażowałam, działalność Kongresu Kobiet”. Kinga jeździ teraz od czasu do czasu po Polsce z prelekcjami. Kobiety chętnie jej słuchają. Zwłaszcza po książce „Co z tym życiem?”, którą napisała wspólnie z psycholożką Małgorzatą Ohme. Jest dla nich symbolem kobiety wyzwolonej, która pokazała, jak wiele można zbudować bez mężczyzny. I chociaż Kinga szczęśliwie spotkała odpowiedniego mężczyznę, zostawiają sobie nawzajem dużo przestrzeni, wspierając się i motywując.

Jako współwłaścicielka firmy kosmetycznej zaangażowała się też w biznes. Jest praktykiem, ale nie ucieka od teorii. Prowadziła panel na ostatnim Forum Ekonomicznym w Krynicy, a później sesję plenarną na Forum Ekonomicznym w Sopocie. To nowy rozdział w jej życiu. Cieszy się, że tak wspaniałe kobiety jak Magdalena Środa czy Henryka Bochniarz dały jej kredyt zaufania. To dla niej inspiracja, by się rozwijać w tym kierunku.

Potrafi też ostro i zdecydowanie bronić swojego dobrego imienia. Kiedy niedawno zaatakował ją w swoim felietonie Kuba Wojewódzki, mocno odpowiedziała mu na swoim blogu. „Musiałam w końcu dać odpór grubiaństwu – wyjaśnia. – Nie bojęsię mówić i pisać tego, co myślę. Szczególnie wtedy, kiedy nie tylko prawo, ale również zwykła ludzka przyzwoitość są po mojej stronie. 95 procent spośród blisko 4000 (sic!) komentarzy pod tym wpisem poparło moje stanowisko”. Żadna z gwiazd nigdy dotąd nie odważyła się na tak zdecydowaną ripostę. „Różne zawodowe epizody, jak »Taniec z gwiazdami« czy »You Can Dance», były ważne w moim życiu – mówi Kinga. – Ale teraz bywam postrzegana przez ich pryzmat i muszę udowadniać światu, że jestem dziennikarzem. To mój zawód i chcę go wykonywać, a nie tańczyć czy być częścią popkultury. Wolę być jej obserwatorem niż uczestnikiem. Mam nadzieję, że następny rozdział mojego życia będzie się zasadzał na tym, co od zawsze chciałam robić”.

Ostatnio miała ciekawe spotkanie z Hanną Krall. „Wiele puzzli dzięki temu spotkaniu poukładało mi się w głowie. To było mocne doświadczenie, ponieważ pisarka, moja idolka, początkowo nie za bardzo chciała udzielić mi wywiadu. Trudności techniczne, jakie nasza ekipa miała w jej mieszkaniu, spowodowały, że spędziłam tam dużo czasu. A jak już zaczęłyśmy rozmawiać, nie mogłyśmy skończyć. Miałam wrażenie, że co słowo pęka jakaś kra. »Dziecko, co oni ci zrobili?!« – powiedziała w pewnym momencie. Zbudowała sobie opinię o mnie na prasowych donosach. Była pewnie przekonana, że treścią mojego życia jest w najlepszym wypadku malowanie paznokci...”.

Hanna Krall tak wspomina tamto spotkanie: „To nie jest tak, że wcześniej nie chciałam, żeby Kinga... Po prostu nie lubię kamer. A rozmowę z nią wspominam bardzo dobrze. Właściwie nie przerywałyśmy jej po nagraniu, miałam ochotę rozmawiać z nią dłużej, już nie telewizyjnie, tylko tak jak rozmawia się z osobą, która rozumie w pół słowa. Nieczęsto to się dziś zdarza”.

„To spotkanie było mi potrzebne – podsumowuje Kinga. – Bo może przyszedł czas, żeby takie osoby jak Hanna Krall zaczęły o mnie inaczej myśleć”.