KINGA RUSIN Opowiem wam moją historię

Udostępnij

Ma dobrą passę. Prowadzi „Dzień Dobry TVN”, przed nią druga edycja tanecznego show „You can dance”. Kinga Rusin twierdzi , że dopiero teraz rozwinęła skrzydła. Rozwija własną firmę PR . Za chwilę wprowadzi na rynek sygnowane swoim nazwiskiem kosmetyki. Zapytaliśmy ją, co jej daje szczęście i czy czeka na miłość.

KINGA RUSIN Opowiem wam moją historię

Spotykamy się w małej kawiarni w Konstancinie. Jest wczesne przedpołudnie. 10 minut przed czasem Kinga już czeka. Przegląda gazetę, pije kawę. „Lubię ten moment. Wyciszenie przed bardzo aktywnym dniem – mówi. – Rano, przed pójściem do pracy, muszę mieć chwilę dla siebie. Kiedy odwiozę dziewczynki do szkoły, zaglądam do coffee baru, 300 metrów od mojego biura. Wystarczy mi 15 minut, żeby nabrać energii, głębiej odetchnąć”. Do kawiarni wraca, gdy skończy program. Tu może się wyciszyć, płynnie wrócić do normalnego rytmu. Ale zaraz dodaje, że nie wyobraża sobie życia bez adrenaliny i emocji, które niesie ze sobą program na żywo. „Lubię to, że w trakcie programu nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć”. Zaangażowanie w pracę ma też gorszą stronę. Nie może spędzać więcej czasu z córkami. Podziwia ich pasje, śmieje się, że coraz częściej mówią jej, „że nie mają co na siebie włożyć”. Starsza Pola niedawno zakochała się w nartach. I to mamę – sportsmenkę cieszy najbardziej. „Rosną mi kompanki do wspólnych wypraw. Już nie możemy się doczekać zimy. Chciałabym, żeby dziewczynki nauczyły się wygrywać i przegrywać, żeby wierzyły w siebie”. Kinga wszystkiemu, co robi, oddaje się w 100 procentach. Precyzyjnie planuje każdy dzień i... nie ma kalendarza. „Od kilku lat, pod koniec listopada, zaczynam zbierać kalendarze na przyszły rok. Obiecuję sobie, że wszystko będę wpisywać. W żadnym nie mam później ani jednej notatki i chyba tak już zostanie”. Na razie archiwum prowadzi mama. Niedawno pokazała Kindze gromadzony przez lata zbiór wycinków prasowych na jej temat. „Przeglądając to, miałyśmy dużo radości. Przypomniałam sobie, że po raz pierwszy na okładce pojawiłam się w tygodniku »Antena«”. Co się zmieniło od tamtego czasu? Wyszła za mąż, urodziła dzieci, przeżyła rozwód, śmierć ojca, założyła firmę i wróciła do telewizji. Dziś ma w sobie klasę i spokój. „Uporządkowałam emocje, odnalazłam siebie sprzed lat: spontaniczną, wesołą, trochę szaloną jak mój ojciec”. Patrzę na nią i widzę kobietę spełnioną, która umiała się zmierzyć z niepowodzeniami. Wreszcie jest szczęśliwa.

GALA: Jak zareagowała pani na ślub byłego męża?

KINGA RUSIN: A jak pani zdaniem powinnam reagować? Po pierwsze, z Tomkiem rozstaliśmy się ponad dwa lata temu, po drugie, nie chcę już do tamtego czasu wracać. Tomasz Lis to dla mnie przeszłość. Żyję przyszłością.

GALA: Nie było przykro widzieć Tomasza Lisa i Hannę Smoktunowicz w każdej gazecie?

KINGA RUSIN: Nie mam do tego żadnego emocjonalnego stosunku. Dziennikarze się tym ekscytują. Ja jestem gdzie indziej. Mam tyle fajnych rzeczy w głowie, tyle się dzieje.

GALA: Poprowadzi pani drugą edycję „You can dance”?

KINGA RUSIN: Mam nadzieję, że tak! Castingi w pięciu miastach rozpoczynamy 15 stycznia. To najbardziej fascynujący program, jaki prowadziłam. Są w nim prawdziwi ludzie i prawdziwe emocje. Ogromne talenty, serce do tańca, zdrowa rywalizacja. Uśmiech to uśmiech, a łzy to łzy. Nie tylko prowadziłam program w studio, ale również uczestniczyłam w castingach i warsztatach.

GALA: Zżyła się pani z uczestnikami?

KINGA RUSIN: Rozmawiałam z nimi nie tylko przed kamerami. Chciałam, żeby mi ufali. Każdą z osób, o której potem mówiłam na scenie, pamiętałam z przesłuchań. To znaczy, że zostały dobrze wybrane.

GALA: W jednym z programów nie potrafiła pani powstrzymać łez.

KINGA RUSIN: Kiedy patrzyłam na występ Natalii. Jest bardzo utalentowana, ma w sobie dużo pokory i dumy. Wzruszyłam się. Publiczność wstała i biła jej brawo. Myślałam, co dalej z nią będzie, czy ktoś się nią zajmie, czy odnajdzie swoje miejsce. Na pewno będę dalej śledziła jej losy. Spotkanie tylu ludzi pozytywnie nastawionych do życia, pełnych nadziei na przyszłość to niesamowite doświadczenie. Taki kolejny, po „Tańcu z gwiazdami”, krok w kierunku otwarcia na ludzi. W kierunku życiowego optymizmu. Może stąd brały się moje spontaniczne reakcje w programie?

GALA: Stale się pani spieszy, ma mnóstwo obowiązków. Kiedy ostatnio miała pani wolny dzień?

KINGA RUSIN: Nie pamiętam. Lubię życie w biegu. To mnie relaksuje. Jak nie biegam, nie działam, nie bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić. Może już się przyzwyczaiłam do takiego tempa.

GALA: Zawsze pani taka była?

KINGA RUSIN: Kiedy byłam dzieckiem, sama wymyślałam sobie dodatkowe zajęcia. Stałam godzinami pod Pałacem Młodzieży, żeby zapisać się na basen. A jak nie było miejsca, to choćby na robótki ręczne.

GALA: Nie chciała pani trochę poleniuchować?

KINGA RUSIN: Jakoś nie.

GALA: W „Tańcu z gwiazdami” przekonała nas pani, że jest ambitna i szybko się uczy. Naprawdę nie ma dla pani rzeczy niemożliwych? W pół roku opanowałaby pani chiński?

KINGA RUSIN: Chiński? Mogłabym spróbować. Gdyby był mi do czegoś potrzebny, to czemu nie. Lubię mieć pomysł, cel, do którego dążę. Jak już coś robię, daję się temu pochłonąć. Pamiętam, jak piętnaście lat temu uczyłam się gotować. Codziennie przygotowywałam trzydaniowe obiady, wymyślałam potrawy, kupowałam książki kucharskie. Wczoraj robiłam porządki w swoim biurku i znalazłam stary zeszyt z wycinkami przepisów z gazet.

GALA: Jest pani teraz szczęśliwa?

KINGA RUSIN: Nawet bardzo. Dopiero teraz rozwinęłam skrzydła, robię rzeczy, o których zawsze marzyłam. Nie śmiałabym prosić o więcej.

 

GALA: Nie czeka pani na miłość?

KINGA RUSIN: Nie zastanawiam się nad tym. Etap pisania listów miłosnych mam już za sobą. Do tego, żeby być szczęśliwą, nie jest mi potrzebny mężczyzna przy boku. Nie myślę o żadnej zmianie. Ale kto wie. Życie jest pełne niespodzianek.

GALA: Nadal pani pisze opowiadania?

KINGA RUSIN: Dwa lata temu pisałam pod wpływem chwili, tylko dla siebie. Opowiadania są bardzo osobiste. Może kiedyś przekażę je córkom.

GALA: Gdyby je pani opublikowała, byłyby bestsellerem?

KINGA RUSIN: Tego nie da się przewidzieć. Poza tym nie jestem ekshibicjonistką. Nie lubię głośno mówić o swoich uczuciach.

GALA: Czuje się pani bezpieczna?

KINGA RUSIN: Wszystko fantastycznie się ułożyło. Wykorzystałam szansę, którą dał mi los. Odzyskałam tożsamość, znalazłam swoje miejsce w życiu. Mam poczucie własnej wartości i dobrze się czuję ze sobą.

GALA: Pani babcia powtarzała: „Nigdy nie patrz w dół. Noś głowę zawsze wysoko”.

KINGA RUSIN: Kiedy byłam małą dziewczynką, często chodziłyśmy razem na spacery. Zawsze mi się wydawało, że dba o moją sylwetkę. Babcia dożyła osiemdziesięciu ośmiu lat i do końca była wyprostowana jak struna. Miała głowę wyżej podniesioną niż przeciętny człowiek. Dopiero w pewnym momencie zrozumiałam, że chodziło jej nie tylko o prosty kręgosłup.       

GALA: Mama też jest silną kobietą?

KINGA RUSIN: Zawsze była bardzo dzielna. Rozwiodła się z moim ojcem, kiedy miałam cztery lata. Długo była jedyną rozwiedzioną kobietą, jaką znałam. Nawet jeżeli miała z tym problem, to nigdy tego nie dała po sobie poznać. Zawsze pełna godności, świetnie sobie ze wszystkim radziła.

GALA: Bardzo brakuje pani ojca?

KINGA RUSIN: Miał ogromnie pozytywny stosunek do życia. Nigdy nic nie było dla niego bez sensu. Nigdy nie narzekał. Pamiętam jedno z naszych spotkań na mieście, sprzed wielu lat. Zobaczyłam, że wysiada z autobusu, a zawsze jeździł samochodem. Pytam: „Tato, co się stało?”. A on: „Teraz nie stać mnie na samochód”. I powiedział to tak pogodnie, utrata samochodu nic dla niego nie znaczyła. Przez całe życie zbierał stare obrazy. Pewnego dnia wszystkie mi przyniósł. Nie przywiązywał żadnej wagi do rzeczy materialnych.

GALA: A pani?

KINGA RUSIN: Jestem matką i zawsze będę dbać o bezpieczeństwo swoje i swoich dzieci, niezależnie od sytuacji. Dzisiaj bezpieczeństwo to przede wszystkim niezależność fi nansowa i równouprawnienie. Zarabiam pieniądze i wcale się tego nie wstydzę. Ważne, w jakim celu się to robi. I dla kogo.

GALA: Ma pani firmę PR, a teraz wchodzi pani w branżę kosmetyczną. Już na święta będziemy mogli kupić kremy z pani logo?

KINGA RUSIN: Kilka lat temu moja koleżanka Magda zajęła się produkcją kosmetyków. Zanim wystartowała, przynosiła mi dziesiątki próbek. Moja łazienka wyglądała jak laboratorium, bo wszystkie kosmetyki były w probówkach. Zaczęłam je ze sobą mieszać. W zagranicznej prasie śledziłam urodowe nowości, czytałam o odkryciach i o zagrożeniach. Bardzo mnie to wciągnęło. Razem z Magdą i jej formulantką wymyśliłyśmy kosmetyk bez kompromisów, z najlepszych składników, bez pochodnych ropy naftowej, bez konserwantów. Początkowo miał być tylko dla nas, jednak koleżanki namówiły nas, żebyśmy podzieliły się z innymi. I wtedy powstał pomysł firmowania kosmetyków moim nazwiskiem.

GALA: Lubi pani dbać o siebie?

KINGA RUSIN: Nie histerycznie. Gdzieś przeczytałam wypowiedź lekarza dermatologa, która mnie zastanowiła: „Im mniej jest na naszych półkach kosmetyków, tym lepiej”. Z przerażeniem stwierdziłam, że ja nawet nie wiem dokładnie, co mam, co do czego służy, po co używam tego kremu. Długo byłam takim nieświadomym, ogłupiałym konsumentem. Od prawie dwóch lat używam wyłącznie „własnych” kosmetyków do ciała. Uzależniłam się od nich. Uważam, że nawet w największym zabieganiu trzeba znaleźć czas na pielęgnację. To sygnał dla nas, że siebie lubimy. Mamy mniej kompleksów, problemów, pretensji do świata. Zdrowa dawka egoizmu nikomu nie zaszkodzi.

GALA: Kilka dni temu ruszyła pani strona internetowa www.kingarusin.pl. Spodziewała się pani, że skrzynka mailowa będzie zablokowana już po paru godzinach?

KINGA RUSIN: Nie myślałam, że będzie aż takie zainteresowanie. Tym bardziej że nigdzie głośno o tej stronie nie mówiłam. Jeden z dzienników zrobił badania: czyją historię życia w odcinkach ludzie chcieliby poznać. Wygrałam. I doszłam do wniosku, że sama będę opowiadała swoją historię. Co tydzień chcę pokazywać krótkie filmy. Pokażę w nich, jak wyglądam na co dzień, a nie w pełnym makijażu i cudownych światłach na scenie „You can dance”.

GALA: Będzie można zobaczyć panią w domu?

KINGA RUSIN: Tego jeszcze nie wiem. Pierwsze materiały nakręciłam w Austrii na nartach. Pokażę też moją wyprawę do Nowego Jorku.

GALA: Gdzie, jak donosiły tabloidy, pojechała pani na luksusowe zakupy i udzieliła wywiadu BBC?

 

KINGA RUSIN: Poleciałam do Nowego Jorku na dwa dni, żeby nagrać felieton o szkole tańca, do której pojedzie zwycięzca „You can dance”. Po zdjęciach poszłam na zakupy na moją ulubioną Piątą Aleję. Poprosiłam kolegę, żeby pomógł mi zrobić o tym materiał na moją stronę internetową. Łowy były bardzo udane. Pod koniec, kiedy ledwo dźwigałam torby, podeszła do mnie jakaś kobieta. Zapytała, czy jestem z Europy i czy mogłabym jej opowiedzieć o zakupach w Nowym Jorku. Spisywała moje spostrzeżenia, a my nagrywaliśmy wszystko małą kamerą. Okazało się, że była dziennikarką serwisu internetowego BBC. Pokażę ten wywiad na moim wideoblogu. Nie ruszam się teraz nigdzie bez kamery wielkości pudełka od papierosów. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy wydarzy się coś ciekawego. Bardzo chciałam, żeby moja strona była ciepła, kolorowa, pozytywna. I taka jest. Odniosłam sukces i bardzo się z tego cieszę. I teraz mam ochotę swoją radością dzielić się z innymi.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł