GALA: Pani bilans 38-latki?

KINGA RUSIN: Nie robiłam bilansu życiowego, ale zrobiłam bilans ostatniego roku. To był czas bardzo ciekawy, wyjątkowy, ale też bardzo trudny. Z jednej strony osiągnęłam sukces, powiodło mi się z moimi kosmetykami, wymyśliłam coś od podstaw. I to nie był tylko szczęśliwy zbieg okoliczności. Śmieję się, kiedy słyszę: „O, jak ci się udało”. Nie ma w życiu cudów. Wszystko, co osiągamy, zawdzięczamy konsekwentnej pracy, pasji, energii, sercu. Ile włożymy, tyle wyjmiemy. To dotyczy w równym stopniu naszego życia zawodowego, naszych związków, wychowania dzieci czy relacji z ludźmi. Z drugiej strony było wiele sytuacji, kiedy musiałam godzić rzeczy, które z założenia pogodzić się nie dają.

GALA: Mówi pani o uczuciach?

KINGA RUSIN: Musiałam dokonać wyboru, czy mój wolny czas przeznaczyć na budowanie związku, czy może więcej go dać dorastającym córkom, a może do końca poświęcić go pracy.

GALA: Czy nie można tego wszystkiego pogodzić?

KINGA RUSIN: Podziwiam tych, którym się to udaje. Mnie było trudno. Straciłam głowę. W ostatnim roku na nowo odkryłam rzeczy, o których kompletnie zapomniałam. To były uniesienia na poziomie licealistki. Zaskoczyłam samą siebie, że stać mnie jeszcze na coś takiego.

GALA: W pewnym momencie tak silne uczucia zaczęły pani przeszkadzać?

KINGA RUSIN: Zaczęłam się zastanawiać, czy bardziej mnie to budowało, czy bardziej burzyło mnie i pewną równowagę, którą w sobie miałam. I myślę, że jednak bardziej burzyło... Brakowało mi harmonii. Próbowałam oderwać się od ziemi, ale nie mogłam. Miłość, namiętność wyzwala w nas inny sposób odbierania świata. Chcemy się zatracić, uwolnić od rzeczywistości, przestać myśleć racjonalnie. Ale jest też odpowiedzialność i to ona ściąga nas na ziemię. Rzeczywistość jest racjonalna i ważne decyzje musimy podejmować nie sercem, tylko rozumem.

GALA: Myślę, że jeżeli zdarza nam się miłość, nie wolno jej stracić. Nie sądzi pani, że ona jest najważniejsza?

KINGA RUSIN: Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Przez kilka ostatnich miesięcy wielokrotnie stawałam przed dylematem, czy kierować się sercem, czy rozumem. I byłam rozdarta.

GALA: Większość kobiet powiedziałaby, że sercem.

KINGA RUSIN: Ale czy jest to na pewno dobre rozwiązanie?

GALA: Nie wiem.

KINGA RUSIN: Bardzo często okazuje się, że nie. Wiem, że kobiety mają tendencję do kierowania się sercem. Ale jakoś tak to zostało wymyślone, że kiedy w naszym życiu zaczyna rządzić serce, wyłącza się rozum. Jak to zrobić, żeby w chwilach największych uniesień myśleć jednak racjonalnie? Jak pokierować naszym życiem, żeby później nie cierpieć? Na ile trudnych pytań musimy sobie odpowiedzieć... Czasem wszystkie te pytania zwalają nam się na głowę w jednym momencie. I wtedy jesteśmy zagubieni.

GALA: Pani była zagubiona?

KINGA RUSIN: Bardzo, do tego stopnia, że pisanie mojej książki odłożyłam na pół roku. Coś, co było właściwie gotowe, stanęło w miejscu, ponieważ ja stanęłam w miejscu. Już nie tylko nie potrafiłam odpowiadać na zadawane sobie pytania, nie umiałam nawet zadawać sobie pytań. Bardzo trudne doświadczenie.

GALA: Zrezygnowała pani z miłości?

KINGA RUSIN: Może to miłość zrezygnowała ze mnie? Trudno o tym mówić... Widocznie tak musiało być. Na zastanawianie się, dlaczego to się skończyło, chyba jest jeszcze dla mnie za wcześnie.

GALA: Żałuje pani, że to uczucie jest już za panią?

KINGA RUSIN: To było potrzebne, piękne na swój sposób.

GALA: Piszą o pani „najbardziej pożądana rozwódka w Polsce”. Denerwuje to panią?

KINGA RUSIN: To akurat mnie nie denerwuje. Natomiast denerwowało mnie, kiedy, najczęściej na siłę, wypisywano jakieś rzeczy dotyczące mojego związku, o których poza mną i moim partnerem nikt nie wiedział. Na przykład o powodach naszego rozstania, o tym, że rzekomo rozstać się nie potrafimy, że on mnie prześladuje, a ja go dręczę. Nigdy o nas nie mówiłam, nie pokazywaliśmy się publicznie, bo to są szalenie delikatne, intymne sprawy. Wymagają skupienia, ciszy, spokoju. Rozgłos niczemu nie pomaga. Tu daję sobie prawo do prywatności, muszę pewne rzeczy zostawiać dla siebie. Może właśnie dlatego, że milczałam, urosły legendy. Nie prostowałam tych bzdur, ale bardzo to przeżywałam.

GALA: Kiedyś pani powiedziała: „Potrafię być szczęśliwa bez mężczyzny przy boku”. Wiele kobiet myśli, że bez mężczyzny są niekompletne.

KINGA RUSIN: Znam wiele kobiet, które świetnie sobie radzą same i nie są targane przez różne dylematy. Myślę, że najpierw trzeba być szczęśliwym ze sobą, by móc wejść w związek. Chciałabym przeżyć świadome i dojrzałe uczucie, mądre, nierozchwiane. Nie wiem jednak, czy jestem do tego zdolna.

GALA: Jest pani zbyt emocjonalna?

KINGA RUSIN: Chciałabym czasem stanąć obok różnych swoich emocji, popatrzeć na nie z dystansem. Są takie ćwiczenia w jodze, dzięki którym człowiek może trzeźwo i bez żadnych obciążeń ocenić swoje życie i własne postępowanie. To wyższy stopień wtajemniczenia, mam nadzieję, że kiedyś do niego dojdę. Wtedy można osiągnąć trwały, wewnętrzny spokój, mieć kontrolę nad własnymi uczuciami, nie pozwalać siebie samego niszczyć.

GALA: Lubi pani siebie?

 

KINGA RUSIN: Ostatnio długo rozmawiałam z moją ośmioletnią córką o miłości własnej. Iga zapytała: „Mamo, czy ty kochasz siebie?”. Powiedziałam, że tak i że nie jest to egoizm, tylko miłość pozytywna: „Muszę kochać siebie, żeby móc kochać ciebie i twoją siostrę, i dobrze żyć z innymi ludźmi”.

GALA: Wróciła pani do pisania książki?

KINGA RUSIN: Były takie chwile, kiedy myślałam, że nie będę w stanie jej dokończyć. Wróciłam jednak do pisania bogatsza o doświadczenia ostatniego roku. Swego czasu, kiedy bardzo tego potrzebowałam, dostałam mnóstwo bezinteresownego wsparcia od nieznanych mi ludzi. Doszłam do wniosku, że przyszedł czas na spłacenie długu. Dlatego właśnie zaczęła powstawać ta książka. Chcę podziękować za wszystkie dowody sympatii i zaufania, za wszystkie listy, które przychodzą na moją stronę internetową.

GALA: Ludzie, którzy piszą, oczekują od pani konkretnej rady?

KINGA RUSIN: Czasem mam wrażenie, że nie chodzi im o to, żebym coś poradziła, odpisała. Mają tylko potrzebę opowiedzenia o pewnych sprawach, swoich przemyśleniach, o których nikomu nie mówią. Okazuje się, że problemy wszystkich ludzi są do siebie podobne, wszyscy stawiamy sobie podobne pytania. A tak często nam się wydaje, że nikt nas nie rozumie.

GALA: Ta książka pomogła też pani odpowiedzieć na wiele swoich pytań?

KINGA RUSIN: Początkowo książka miała być poradnikiem, szukaniem odpowiedzi na pytania innych ludzi. A stała się tak naprawdę próbą wyjaśnienia własnych dylematów. Rozmawiam z psycholog Justyną Święcicką o tym, co jest w życiu najważniejsze. Ale nie chcę na razie wszystkiego zdradzać.

GALA: To smutne, że tak wiele osób nie ma obok siebie nikogo bliskiego, komu może się zwierzyć.

KINGA RUSIN: Zamykamy się, boimy się zaufać, ale też nie znajdujemy słuchaczy. Mało kto potrafi słuchać, ciągle gdzieś gonimy, nie mamy czasu dla najbliższych i przyjaciół. Dużo mówimy z Justyną o problemie samotności w związku, bardzo mi bliskim. Wiele e-maili dostaję od kobiet, które nie mają komu powiedzieć o swoich radościach. Mają partnerów, niby są szczęśliwe, odnoszą sukcesy, ale nie mają się z kim tym podzielić. Dlaczego tak się dzieje? To jest w sumie szalenie osobista książka.

GALA: Dała już pani komuś książkę do przeczytania?

KINGA RUSIN: Na razie czytały dwie osoby – wydawca i moja prawniczka. Kiedy zadzwoniłam do nich następnego dnia po przesłaniu materiałów, usłyszałam: „Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać, bo czytam”. A później obie mi powiedziały, że zadają sobie te same pytania. Jak to dobrze usłyszeć, że to nie są tylko moje problemy.

GALA: Półtora roku temu zajęła się pani produkcją kosmetyków. Spodziewała się pani takiego sukcesu?

KINGA RUSIN: Podobno jeżeli ktoś chce zrobić dobry biznes, to nie może obsesyjnie myśleć o przyszłych zyskach. Mój plan nie opierał się na żadnych cyfrach, wyliczeniach, spekulacjach. Nie zastanawiałam się, za ile lat mi się zwróci. Miałam idée fixe, która za mną chodziła wiele miesięcy. Dostałam obsesji na punkcie naturalnych kosmetyków. Marzyłam o tym, żeby móc je produkować pod swoim nazwiskiem. Mówią, że chcieć to móc. Chyba coś w tym jest...

GALA: Niektóre moje koleżanki wprawdzie dbają o siebie, ale ganią się za próżność.

KINGA RUSIN: Myślą, że to jest grzech, a one same są płytkie, egoistyczne. Wiele razy słyszałam, że cierpienie uszlachetnia, a przyjemność prowadzi do czegoś złego. Takim myśleniem krzywdzimy siebie. Moje kosmetyki zostały wymyślone nie tylko po to, żeby było zdrowo, ale przede wszystkim, by było miło. Chciałam, żeby ci, którzy ich używają, odczuwali przyjemność, dali sobie na nią przyzwolenie. Inaczej wtedy odbieramy nie tylko siebie, ale wszystko wokół. Ja od jakiegoś czasu pozwalam sobie na odczuwanie przyjemności.

GALA: Znajomy psychoterapeuta powiedział mi, że większość jego pacjentów ma wielkie trudności z wymienieniem dziesięciu rzeczy, które sprawiają im przyjemność.

KINGA RUSIN: Wiele lat też miałam z tym problem. Koncentrowałam się, jak pewnie większość żon i matek, na potrzebach innych, podczas kiedy moje własne były na ostatnim miejscu. Moje życie musiało się zmienić o 180 stopni, żebym zrozumiała, że w myśleniu o sobie i swoich potrzebach nie ma nic złego. Teraz potrafię wymienić kilkadziesiąt rzeczy, które dają mi radość. Niespecjalnie lubię wcześnie wstawać, ale zaczęłam odczuwać przyjemność z tego, że się wydłuża mój dzień. Lubię wspólne śniadania z córkami, moment, kiedy życzę im miłego dnia. Wczoraj o świcie biegałam po lesie, padał deszcz, przystanęłam na chwilę i słyszę, jak niesamowicie śpiewają ptaki. Pomyślałam: „To jest to, rodzi się życie, jest pięknie”. Otwieram gazetę, czytam, że gdzieś jest fajny koncert, i już chcę tam być. Za późno poszłam po bilet na Festiwal Filmów Rosyjskich, więc siedziałam na schodach. Pomyślałam: „To nie problem, garsonka mi się nie pogniecie”. Mam przyjaciół, którzy dzielą moje pasje, z którymi mogę zrobić coś fajnego albo też zwyczajnie posiedzieć w domu.

GALA: Ludzie są pani potrzebni?

KINGA RUSIN: Bardzo. Przebywanie z ludźmi sprawia mi ogromną przyjemność, pomaga mi ich dobra energia. Bardzo sobie cenię przyjaźnie, które trwają od lat, ludzi, którzy nigdy mnie nie zawiedli, zawsze przy mnie byli. Ale lubię też poznawać nowych, jestem ich ciekawa.

GALA: Kosmetyki, książka. Czymś jeszcze pani wszystkich zaskoczy?

 

KINGA RUSIN: Moja firma PR właśnie teraz przekształca się w coś nowego. To jest pomysł, który zawsze był w sferze marzeń, o czym rozmawiałyśmy z moją wspólniczką Kasią Wende od bardzo wielu lat, ale nie miałyśmy śmiałości, żeby w tej materii zacząć działać. Wymyślałyśmy scenariusze filmów i seriali do szuflady, bez szczególnego przekonania, że uda się to kiedyś wprowadzić w życie. Ale teraz jest szansa, że coś z tego wreszcie wyniknie. A pomógł nam kryzys. Proszę mi wierzyć, kryzys jest bardzo twórczy, daje ludziom odwagę do działania i podejmowania niepopularnych i trudnych decyzji. A ja lubię ruch i nowe wyzwania.

GALA: Kryzys może też paraliżować…

KINGA RUSIN: Tak też może być. Kryzys jest pewnym zagrożeniem dla czegoś, co nazwałabym zdobyczami kobiet. Boję się, że podczas zwolnień jako pierwsze stracą pracę właśnie kobiety. A kobieta pracująca, jak pokazują badania, jest szczęśliwsza, lepiej sobie radzi w związku, zwiększa się jej poczucie własnej wartości, atrakcyjności. Moja własna historia jest najlepszym przykładem na to, jak wiele może dać kobiecie praca. I dlatego zastanawiam się nad wzięciem udziału w działaniach na rzecz aktywizacji zawodowej kobiet. Od wielu lat działam w fundacji na rzecz dzieci, ale chciałabym też zrobić coś dla ich matek. Bo jestem przekonana, że szczęśliwa mama wychowa szczęśliwe dzieci.