GALA: Czy wyrzuciła pani Marka Jackowskiego z Maanamu?

KORA: Nie.

GALA: Ale prawdą jest, że od roku już z Maanamem nie występował?

KORA: Tak, ale to było spowodowane wypadkiem, któremu uległ. Potem się rehabilitował i sam stwierdził, że nie jest w stanie stać na scenie. W związku z tym podpisaliśmy z nim umowę, w obecności jego prawnika, że on nam zezwala używać nazwy Maanam za pewne honorarium. Zatrudniliśmy muzyka na zastępstwo i graliśmy koncerty bez Marka. Ale przez cały czas on był z nami – duchowo obecny. Nie graliśmy żadnych nowych utworów ani niczego, co nie byłoby jego kompozycją. Zresztą nieraz proponowałam mu, że skoro nie czuje się na siłach, żeby grać cały koncert, to niech chociaż przyjedzie, wejdzie na chwilę na scenę. Mógł być obecny. Co stało na przeszkodzie? Nic. A zatrudniłam tego muzyka, za zgodą Marka zresztą, bo ja po prostu muszę mieć gitarę na scenie, to jest dla mnie potężna dawka energii, której potrzebuję. Oczywiście można zagrać bez gitary raz, dwa razy, ale na dłuższą metę to się nie sprawdza.

GALA: Dlaczego więc Marek Jackowski poczuł się tak bardzo rozgoryczony?

KORA: Nie wiem. Przyznam szczerze, że gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam szok, spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nasz menedżer uzgadniał właśnie z nim termin nagrania następnej studyjnej płyty Maanamu. Nigdy nie załatwiałabym w ten sposób z nikim żadnej sprawy. W ogóle jestem osobą, która jeśli może uniknąć konfliktu, to go unika, nawet gdy ma na tym stracić. A już na pewno nie poszłabym do jakichkolwiek mediów. To w ogóle nie wchodzi w rachubę.

GALA: Zgodziła się pani jednak na rozmowę o waszym artystycznym rozstaniu.

KORA: Na początku nie chciałam tego robić, dawać kolejnej pożywki tabloidom, które żyją z niesnasek między ludźmi. Przecież w ciągu tych 30 lat były różnego rodzaju zawirowania i mimo że się z Markiem bardzo różnimy pod wieloma względami, potrafiliśmy dojść do porozumienia. Komunikować się i wzajemnie sobie wybaczać nasze przewinienia. Jesteśmy przecież pełni wad. Ale teraz, gdy zrobiła się z tego dyskusja publiczna, gdy różne media, niezależnie od poziomu, zainteresowały się zawieszeniem Maanamu, poczułam, że jakoś muszę się do tego ustosunkować. Tyle tylko, że chcę to zrobić bez magla… Stąd moje wypowiedzi jedynie dla „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i teraz dla „Gali”.

GALA: Jaki więc jest pani stosunek do Marka?

KORA: Nie chcę nikogo atakować. Nie chcę w tym brać udziału, bo zawsze mówię: „Jeśli spotykasz gówno po drodze, to je omijaj, zamiast w nie wdeptywać”. Nie chcę się denerwować. W życiu przeszłam szkołę strasznego biczowania i jako dziecko, i jako nastolatka. A gdy byłam dorosła, też miotały mną wichry losu. I od dawna mam chore nerwy, problemy ze snem. Ale teraz, odpukać, po raz pierwszy w życiu mam spokojny rok, świetnie się czuję, choć zazwyczaj o tej porze roku – Kamil (Sipowicz – partner życiowy artystki – przyp. red.) jest świadkiem – byłam już na stu opakowaniach jakichś potwornych leków i szukałam pomocy u psychiatrów, psychologów.

GALA: Cierpiała pani na depresję sezonową?

KORA: Depresja sezonowa zawsze miała kilka komponentów. Ale głównym czynnikiem było zbyt dużo stresów i pracy. Ludziom się wydaje, że co to takiego – wyjść na scenę i zaśpiewać. Nie zdają sobie sprawy, z jak wielką samotnością wiąże się ten zawód, z jak wielką destabilizacją życia osobistego. Poza tym to są nie tylko koncerty, ale także podróże po sześćset kilometrów tam i z powrotem oraz promocja, która w dzisiejszych czasach wymaga równie wielkiego wysiłku co granie. I większość artystów traktuje ją jak dopust boży. No, chyba że się jest Dodą…

GALA: Nietrudno wyobrazić sobie cięższe zajęcia niż pozowanie do zdjęć i udzielanie wywiadów...

KORA: Proszę pamiętać, że ja już nie mam dwudziestu lat. I źle znoszę trzy godziny snu. A tak było na przykład 13 grudnia ubiegłego roku. Grałam koncert, o czwartej nad ranem położyłam się spać, a już o siódmej musiałam być w telewizji, bo poprosili mnie o to chłopcy z 5th Elementu. A gdy już ktoś się ze mną porozumie bezpośrednio, nie przez menedżerów, to bardzo trudno jest mi odmówić – taka jest prawda. Przyzwyczaiłam bowiem ludzi do swojego wizerunku. I nigdy nie chcę ich zawieść. Nawet jak jestem chora. Dlatego, mimo że przez ostatnie dwa lata bardzo źle się czułam, wychodziłam na scenę.

GALA: Pamiętam, że było wiele medialnych spekulacji na temat tej choroby. Czy może pani dziś powiedzieć, co tak naprawdę pani dolegało?

KORA: Chorowałam na oskrzela, a ta choroba ma to do siebie, że osłabia cały organizm. Nieraz więc słabłam, prawie mdlałam, byłam nieludzko wręcz zmęczona, myślałam, że umrę. A jednak się mobilizowałam. Bo nie na darmo mówi się o mnie, że jestem obowiązkowa i punktualna jak śmierć. Często z Kamilem jesteśmy gdzieś dzień wcześniej, niż powinniśmy, bo wiemy, że punktualność, obowiązkowość i subordynacja zapewnią nam spokój. Szczerze mówiąc, na przestrzeni tych wszystkich lat tylko kilka razy nie zagrałam koncertu. Zawsze było to związane ze szpitalem.

 

GALA: Może lepiej byłoby sobie odpuścić? W końcu zdrowie jest najważniejsze.

KORA: Nie mogę sobie odpuścić, bo biorę pod uwagę fakt, że nie jestem tą jedną jedyną, że koło nas, koło Maanamu, jest kilkadziesiąt osób, które pracują przy każdym projekcie. A jak nie pracują, to nie zarabiają. I wiem, że jeśli nie wyjdę i nie wystąpię, nikt nie zarobi. A Marek wie, że jak on nie wystąpi, to i tak to wszystko będzie się dziać. I rzeczywiście się dzieje. Postawił nas w takiej sytuacji wiele razy. Nic nowego pod słońcem.

GALA: Co dokładnie ma pani na myśli?

KORA: On mnie przyzwyczaił do grania bez siebie. Na przykład źle się czuł i nie mógł brać udziału w koncertach. Rodziło mu się dziecko – nie przyjeżdżał. Ostatnio, jak nie pojechał z nami do Stanów, twierdził, że był strajk na lotnisku.

GALA: Taką obowiązkową i do bólu punktualną osobę jak pani musiało to doprowadzać do szału.

KORA: Podobno gdy Keith Richards spadł na swojej wyspie z palmy i Rolling Stonesi musieli odwołać koncerty, to Mick Jagger był tak wściekły, że musieli mu dać coś na uspokojenie. Ale rozumiałam, gdy Marek mówił, że czuje się wypalony myślałam sobie: „No tak, nie jest już młodym chłopcem, tylko starszym panem i ma do tego prawo”. Zresztą zawsze wypowiadałam się o nim w samych superlatywach.

GALA: Jest pani osobą trudną?

KORA: Nie mówię, że jestem bez wad. Każdy błąd „słyszę”, a bardzo źle znoszę błędy, długo je odchorowuję. Poza tym nie mam takiego fajnego charakteru, nie przeczę, że cokolwiek by się działo, to dla mnie jest „easy”, bo ja się napiję przed koncertem szampana albo pół litra. Nie, ja jestem zupełnie inną osobą. Przed koncertem nie jem, nie piję, nie palę ani nie biorę narkotyków. Piję tylko i wyłącznie wodę z miodem i potem mam ją też na scenie. Taki mam stosunek do pracy i nic na to nie poradzę.

GALA: Ale to chyba nic złego?

KORA: Nie wiem, bo nagle okazuje się, że jestem jakąś horrendalną i nie do zniesienia babką. No, ale gdyby było inaczej, to ludzie przez tych trzydzieści lat nie przychodziliby na koncerty. A jednak przychodzą i śpiewają mi „Sto lat”. A to, że jestem neurotyczna? Zna pani artystę, który by taki nie był? Bo ja nie znam. Na pewno nie jestem łatwa i dużo rzeczy się na to składa. Ale mimo to jakoś bez problemu znajduję ludzi do współpracy.

GALA: Jak muzycy, którzy z panią grają, reagują na to, co się stało z Maanamem? Jak komentują wypowiedzi Marka Jackowskiego?

KORA: Nie mogą w to uwierzyć. Mam z nimi cudowne porozumienie. Na scenie kontaktujemy się ze sobą pozawerbalnie. Wszyscy są bardzo skoncentrowani. Naprawdę dawno już nie miałam takiej przyjemności z grania, a przede wszystkim z wsłuchiwania się w granie zespołu. Bo zostały wprowadzone różne niuanse, których być może odbiorca nie wyłapuje, bo w żaden sposób nie łamiemy konstrukcji, ale one nam przynoszą bardzo dużo przyjemności, bo odświeżają utwory. To się jednak nie bierze z niczego: regularnie gramy próby i kontaktujemy się ze sobą, nawet wówczas, gdy nie gramy, bo nigdy nie wiadomo, co twórczego z takich spotkań wyniknie. Często mnie odwiedzają. A proszę powiedzieć, czy przychodzi się do potwora na kawę, na obiad? Czy przychodzi się spytać, jak się potwór czuje?

GALA: Czuje się pani pokrzywdzona?

KORA: Nie.

GALA: Nie ma pani żalu?

KORA: Żadnego.

GALA: Nie wierzę.

KORA: Powiem tylko tyle, że kontrast między wielkością Marka jako artysty i jego wypowiedziami w gazetach jest ogromny. W tym wszystkim najbardziej przykre jest dla mnie to, że ja zdaję już sobie sprawę z pewnych ograniczeń. I jak patrzę na dzisiejszy świat muzyczny, to widzę, że nadchodzą nowe pokolenia. Ale my mamy status, którego nie powinno się naruszać. Po co zatapiać tę wyspę? Nie powinniśmy tego robić. Czy Marek myśli, że będzie żył sześćset lat, jak Matuzalem w Starym Testamencie? Nasz były basista Bogdan Kowalewski dawno temu mówił, że z naszej półki już legalnie biorą. Marek jest w wieku, w którym moi rodzice już nie żyli. My utrzymujemy się na rynku, ale przychodzą ludzie, którzy reprezentują kompletnie inne wartości. W poważnych mediach dziennikarze zastanawiają się, czy Doda miała majtki, czy ich nie miała. I to numer za numerem. Czy on tego nie widzi, że świat jest taki, jaki jest?

GALA: Wszystko się dziś kręci wokół pieniądza?

KORA: Każdy pracuje po to, żeby zarobić. Ale ja zawsze byłam idealistką i jestem w stanie zaeksperymentować, dołożyć jeszcze, jak trzeba, pieniądze do projektu, który mnie interesuje. Stworzyliśmy płytę „Metamorfozy”, która naprawdę nie przyniosła nam żadnego zysku. To było po prostu zrobione dla sztuki. Teraz robimy płytę awangardową, z muzyką poważną, a więc kolejny, kompletnie niekomercyjny projekt.

GALA: Fani mogą być zaskoczeni. Skąd wziął się pomysł na akustyczne koncerty Kory?

 

KORA: To wyszło od mojego menedżera Mateusza Labudy, bo pod koniec roku koncerty, które mieliśmy zakontraktowane, zostały zerwane. Po prostu kontrahenci się wycofali w wyniku kryzysu finansowego. I tym samym pokazali nam, że my, jako artyści, też jesteśmy uzależnieni od płatnika. Nie ukrywam, że Maanam jest drogim zespołem, postanowiliśmy mieć taką alternatywną propozycję. Bo koncerty akustyczne kosztują o połowę mniej.

GALA: Rozumiem, że teraz, gdy Maanam bezterminowo zawiesił swoją działalność, będzie pani już tylko występować jako Kora. Ale może jest chociaż cień szansy na to, że gdy emocje już opadną, znowu staną państwo na jednej scenie i zagrają jako Maanam?

KORA: Marek i ja jesteśmy bardzo różni, ale mimo to efekty naszej wspólnej pracy były genialne. Kora i Marek to jest coś więcej niż Kora i Marek. Poza tym obydwoje jesteśmy hipisami, naszymi hasłami są miłość i komunikacja. Jestem otwarta na rozmowę. Jednak nie na łamach czasopism, ale w cztery oczy.