"Tatarak” Andrzeja Wajdy to film w filmie. Pierwsza warstwa – najciekawsza – jest właściwie monodramem. Krystyna Janda stoi w zacienionym pokoju tuż przy oknie i paląc papierosa, opowiada o ostatnich chwilach spędzonych ze swoim mężem Edwardem Kłosińskim, operatorem filmowym, który zmarł na raka płuc. Mówi o rozterkach, które towarzyszyły jej, kiedy zdecydowała się zagrać w teatrze po dłuższej przerwie. W trakcie jednej ze sztuk, w której grała, mąż miał otrzymać wyniki badań. Jest też scena, w której aktorka omawia z Andrzejem Wajdą swoją rolę w ekranizacji „Tataraku”. To właśnie druga warstwa obrazu. Także traktująca o śmierci. Opowiada o losach umierającej Marty (Krystyna Janda), która poznaje nad rzeką dwudziestolatka. Przypomina jej synów, których straciła w czasie II wojny światowej. Obie części filmu są zgrabnie połączone. Opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza nie jest jednak aż tak ciekawe, by przenosić je na duży ekran. Gdyby reżyser wybrał inne dzieło, efekt byłby o wiele lepszy. Jednak to dobre kino, głównie dzięki koncertowej grze Krystyny Jandy.

„TATARAK”, reż. Andrzej Wajda, wyst. Paweł Szajda, Krystyna Janda, w kinach od 24 kwietnia