GALA: ”Romulusa Wielkiego”, dramat o władcy, który celowo doprowadza do upadku cesarstwa rzymskiego, Dürrenmatt napisał na fali rozliczeń z nazizmem. Dlaczego pan wybrał tę sztukę?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Mimo że tekst powstał w 1950 roku, nie stracił na aktualności. Dla Europy źródłem wielkiej rozterki jest to, że nie do końca rozliczyła się z komunizmem. Stąd się bierze brak wiary, cynizm, nihilizm i o tym chciałem opowiedzieć. Żywa reakcja widzów na spektaklu dowodzi, że to do ludzi dociera.

GALA: Widownię bardzo bawią aluzje do naszej rzeczywistości, typu emerytury pomostowe czy napis na tarczy rzymskiego oficera „Spieprzaj, dziadu”. To pana pomysł?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Mój i aktorów. To pomysły wynikające z tekstu. Moim zdaniem – w duchu Dürrenmatta. W tekście były „emerytury”, my dodaliśmy „pomostowe”. Ale to drobiazgi, nie stanowią o sensie dzieła.

GALA: Romulus Wielki, grany przez Janusza Gajosa, łączy w sobie filozofa, obiboka i cynicznego gracza. Czy ta postać ma dla pana jakiś odnośnik w rzeczywistości?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Nie ma. Pozycja takiego władcy jest w kraju demokratycznym nierealna. Tak bywało w latach komuny.

GALA: Spektakl nie podobał się krytykom. Może to efekt nadmiernej wolności, jaką daje pan aktorom?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Tak pracuję z aktorami, by uruchomić w nich artystyczną potencję. A potem, idąc za tekstem, wybieram co stosowniejsze z ich propozycji. Wychowałem się na teatrze, który wobec tekstu był zdyscyplinowany. Pan, który napisał negatywną recenzję w „Gazecie Wyborczej”, wydaje się ideologiem walki pokoleń w teatrze, więc to oczywiste, że pisze o mnie z lekceważeniem. Podejrzewam, że jego marzeniem jest, by w spektaklu wszystko stanęło na głowie. Żeby były niesłychane efekty. I jeszcze zgodnie z kluczem, którym się posługują moi młodzi koledzy brutaliści. Ja nie mam na to ochoty. Nie w tym teatrze, nie z tym tekstem i nie z tymi aktorami.

GALA: Nie ma pan ostatnio szczęścia również do krytyków filmowych. „Serca na dłoni” nie przyjęto zbyt dobrze. Może z powodu pana romansu z popkulturą? Pierwszy moralista polskiego kina i Doda...

KRZYSZTOF ZANUSSI: Rzeczywiście, jej obecność w filmie wywołała wrzawę. Jednocześnie uwadze prasy umknęło, że od lat działam w fundacji, która organizowała „Karuzelę Cooltury”, gdzie zderzaliśmy kulturę w najniższym wydaniu z kulturą najwyższą. Zgiełk medialny był dopiero wtedy, gdy do Jana Pawła II zawiozłem beeboyów, którzy przed nim zatańczyli. Mnie interesuje przemiana mojego społeczeństwa i świata. A ponieważ z popkulturą nie flirtuję, czuję się wolny, by z nią wchodzić w dialog. Dorota Rabczewska w „Sercu na dłoni” miała pełnić rolę symbolu i z tego zgiełku wnoszę, że cel osiągnąłem. Bo to historia o nawróceniu kultury najniższej na wysoką. A wracając do kompetencji krytyków, ciekawi mnie, dlaczego żaden z nich nie dostrzegł w filmie długiego cytatu z wykładu Derridy? Próbowałem się zmierzyć z filozoficznym wyzwaniem i jestem z tego dumny. To nie jest czysto rozrywkowy film. Mówię w nim, że w świecie zamętu, w którym nie ma rozróżnienia dobra od zła, prawdy od kłamstwa, nie daje się żyć. To poważne przesłanie.

GALA: Ale dziś często trudno o jasny podział na to, co dobre i złe. Czy stan wojenny był złem, czy dzięki niemu uniknęliśmy tragedii? Czy profesor Wolszczan, który donosił bezpiece, jest bohaterem czy draniem? A pułkownik Kukliński?

KRZYSZTOF ZANUSSI: To trudne pytania. Wprowadzenie stanu wojennego, choć sam byłem jego ofiarą, zostawiłbym do osądu historykom. Ale bezlitośnie rozliczałbym jego wykonawców ze skrytobójstw, których dokonano z inspiracji władzy. Tego nic nie usprawiedliwia. Co do profesora Wolszczana, to są straszne supły moralne. Nie ma prostych odpowiedzi. Nawet interpretacja dekalogu była przez wieki trudna. Nadal nie wiemy, co jest zgodne z sumieniem, a co nie. Nie w każdej sprawie możemy być siebie pewni. Mam ogromną wiarę w niepodważalną skalę wartości, ale wiem, że człowiek w tej skali nigdy nie jest doskonały. Ale mamy wolną wolę. Po to zrobiłem ten film, by powiedzieć, że każdy może się zmienić.

GALA: Przyjaźń z Dodą, o której pan mówił podczas kręcenia filmu, przetrwała?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Słowo „przyjaźń” jest trochę na wyrost. Do Doroty nadal mam życzliwy stosunek. Odbieram ją jako osobę ciężko pracującą, szalenie ambitną. Ma dopiero 24 lata i gigantyczną karierę za sobą. Ponieważ wszyscy ją traktują – szczególnie w kręgu kultury wysokiej – jako zjawisko przerażające, oburzam się, bo widzę tu ślad dulszczyzny. Przecież to właśnie salony flirtują dzisiaj z popem. To pan Pilch używa wulgaryzmów na równi z tą kulturą, bo go to bawi jako człowieka wysokich salonów. To Holoubek, będąc arbitrem elegancji, pasjonował się piłką nożną. Ciągoty elity do kultury popularnej istnieją od wieków.

GALA: Czy Doda czymś pana zaskoczyła?

 

KRZYSZTOF ZANUSSI: To nie jest głuptasek, który przypadkiem zrobił karierę. Owe skandaliczne zachowania świadomie służą jej wizerunkowi. Popularność Dody ma też element pozytywny, choć mówię to trochę przeciw sobie. Spontaniczność, wyrażająca się w wulgarności Doroty, dla jej publiczności z prowincji jest dowodem nieprzejednania. Zrobiła karierę, ale się nie zmieniła. Nie przyjęła reguł gry świata salonu, ludzi kulturalnych. Jest w tym ukryta wartość – autentyzm. A zakłamanie, obłuda, którymi się młodzież brzydzi, są godne potępienia. Ona daje im złudzenie, że nie ma w niej fałszu. Także kiedy słyszę, jak Dorota odnosi się do rodziny, jest w tym coś pozytywnego. Dla młodzieży to dobry znak, bo ona nie odrzuca korzeni. Jestem ciekaw, co zrobi ze swoim życiem, bo jest w pozycji jeźdźca na rodeo. Na razie trzyma się w siodle i życzę jej, by tak było jak najdłużej.

GALA: Jak pan postrzega dzisiejszych dwudziestolatków?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Bardzo dobrze, nieporównanie lepiej niż trzydziestolatków. Są czujni, wiedzą, że życie można przegrać i wygrać. Chcą je wygrać, więc łatwo mi się z nimi rozmawia.

GALA: Co ma pan do zarzucenia trzydziestoparolatkom?

KRZYSZTOF ZANUSSI: To pokolenie w zderzeniu z wolnością poniosło największe straty. Wydawało im się za Dostojewskim, że wszystko wolno. Hulaj dusza, Boga nie ma! Smutni kreatywni. Są w agencjach reklamowych, przemykają po korytarzach banków. To ludzie ogromnego awansu cywilizacyjnego, który ich przerósł. A w awansie kulturowym zatrzymali się w połowie drogi. To lumpy, bo wyrzekli się korzeni. Nie mają nic wspólnego z kulturą rodziców, ze swoją wioską czy miasteczkiem. Odcięli to od siebie, bo jeżdżą na wakacje do Egiptu i mają poczucie, że osiągnęli wysoki stan rozwoju. Tymczasem nie doszli nawet do stanu świadomości przyzwoitego mieszczaństwa. W sensie ogólnoludzkim to biedne pokolenie. Ono się dziś wykrusza. Jest tam mnóstwo narkotyków, alkoholu i zagubienia.

GALA: Starzy, pokolenie rodziców, nie potrafili im przekazać swoich wartości?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Nie umieli o tym opowiedzieć. Starzy wyrośli z komuny i wobec nowego systemu okazali się bezradni. Nie umieli ani zarabiać pieniędzy, ani obsługiwać komputera. Nie pierwszy raz konfrontowałem młodość ze starością. W filmie „Pesona non grata” stary bohater był bez skazy, ale nie do wytrzymania; zapiekły w podejrzliwości, nieumiejący się porozumieć z młodymi. Znam taką postawę. Moje pokolenie czasami tak kończy życie. Z goryczą i w poczuciu niespełnienia.

GALA: Pana zdaniem z niespełnieniem trzeba się pogodzić?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Trzeba. Ale nie należy mieć takich aspiracji, które można zaspokoić. Bo kiedy się je zaspokoi, nie zostaje nic. Zawsze trzeba iść dalej. A potem pogodzić się z niespełnieniem.

GALA: Jaką drogę wybrałby pan dla siebie, gdyby jak ci młodzi zaczynał pan życie?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Proszę, niech mnie pani nie maltretuje. Zawsze mówię młodym: „Nie martwcie się, młodość jest najgorszym momentem życia. Już nigdy nie będzie wam tak źle jak teraz”. Młodość jest straszna, dlatego że wszystko trzeba wybierać. Jestem szczęśliwy, że nie muszę tego robić! Cieszę się z tego, co kiedyś wybrałem i na co mi życie pozwoliło. Doceniam to, bo widzę, ilu moich kolegów po drodze się wykruszyło. Nie wytrzymali presji, walki o pieniądze, niechęci krytyków lub publiczności. A iluż mam takich kolegów za granicą!

GALA: Czasem kończy się to ucieczką w używki, alkohol. Panu to nie grozi, gdyż pan nie pije, nie pali, nie przeklina…

KRZYSZTOF ZANUSSI: Musiałem się z tym pogodzić (śmiech). Ale rzeczywiście to mi utrudnia kontakty. Ludzie nie czują się bezpiecznie z kimś, kto tak się zachowuje.

GALA: A pana podejście do ludzi? Stał się pan bardziej bezpośredni?

KRZYSZTOF ZANUSSI: Staram się. Na pewno z wiekiem staję się bardziej wyrozumiały. Gaśnie też ambicja, która bardzo człowieka antagonizuje wobec świata. Nie mam już żadnych szczególnych ambicji. Chciałbym się przyzwoicie zachowywać do śmierci i robić rzeczy, których nie będę się wstydził. Nic więcej.