Pan prezydent czuje się dobrze” – poinformował mnie rozkojarzony Adam Domiński, rzecznik prasowy Instytutu Lecha Wałęsy w Gdańsku (jednocześnie zięć prezydenta). Po chwili wyjaśniło się, że towarzyszył Lechowi Wałęsie w podróży do Houston w Teksasie, a ja wyrwałam go z głębokiego snu. Tam była 5.30 rano, w Warszawie – środek dnia, po 13. W Gdańsku została żona Danuta Wałęsowa wraz z rodziną, która nie chciała mówić o zdrowiu prezydenta. „Wszyscy zachowujemy zimną krew i jesteśmy dobrej myśli. Trzymamy za niego kciuki” – usłyszałam.

Lech Wałęsa zawsze wzbudzał emocje. Tak było i tym razem. Gdy wylądował w klinice Methodist DeBakey Heart&Vascular Center, w kraju zaczęły się dyskusje. Dlaczego prezydent leczy się w Ameryce? Przecież w Polsce takie operacje przeprowadzane są z sukcesem, ponad 100 tysięcy osób żyje z rozrusznikami. Skąd brak zaufania do krajowych kardiologów?

Lech Wałęsa był już operowany w Gdańsku. Tym razem argumentem, który przeważył, była osoba doktora Michaela E. DeBakeya. To największy autorytet w dziedzinie kardiochirurgii. Twórca metody tzw. obejść naczyniowych – bajpasów, który niejedno prezydenckie serce „widział od środka”. Przed kilkunastoma laty operował Borysa Jelcyna.

DeBakey to ewenement. Nadal kieruje kliniką, choć jest starszy o 35 lat od Wałęsy. 8 września skończy 100 lat! To on miałby w przyszłości nadzorować ewentualny przeszczep serca prezydenta. W Houston nie obyło się bez komplikacji. Przed wszczepieniem rozrusznika trzeba było udrożnić arterię. Oba zabiegi powiodły się.

Lech Wałęsa nawet w szpitalu nie stracił energii i humoru. W Houston spotkał się z eksprezydentem USA George’em Bushem seniorem, a także udzielił kilku wywiadów. Powiedział, że w wyborach prezydenckich przewiduje wygraną Demokratów. Reutersowi wyznał: „Jestem rozdarty. Przyjaźnię się z Hillary Clinton, ale lubię też Obamę”. Życzymy zdrowia, panie prezydencie!