GALA: Słyszałam, że odbiła ci tak zwana palma. To prawda?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Tak, ale było to dawno temu, gdy występowałem w programie „Idol”. Kiedy tam poszedłem, miałem na swoim koncie znaczące role w warszawskim Teatrze Roma. Co wieczór był komplet na widowni, dostawałem kwiaty, bombonierki, burzę braw i mnóstwo komplementów. No i w efekcie uwierzyłem, że jestem kimś wyjątkowym, że jestem gwiazdą. Bo gdy ludzie cię uwielbiają, zaczynasz tracić kontakt z rzeczywistością. Myślałem, że występ w „Idolu” jest tylko pro forma, kto miałby go wygrać, jeśli nie ja? Sądziłem, że nie ma innej opcji. I owszem, bardzo się podobałem komisji, ale gdy widzowie zaczęli głosować, przepadłem z kretesem. Dzisiaj już wiem, że ludzie zwracają uwagę również na zachowanie artysty poza sceną. A ja wtedy miałem nos zadarty tak wysoko, że o mało nie zahaczał o moje czoło. I to było widać. Nic więc dziwnego, że – jak podejrzewam – SMS-y na mnie wysłała tylko rodzina. Cieszę się jednak, że sodówka uderzyła mi do głowy wtedy, a nie teraz, bo dziś jestem na nią zwyczajnie za stary. Tamta sytuacja wiele mnie nauczyła.

GALA: To był kubeł zimnej wody?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Najpierw myślałem, że to pomyłka. Miałem już spore doświadczenie na scenie i w teatrze, a odpadłem, dalej przeszli amatorzy. Jak to? Wpadłem w dwutygodniowy totalny dołek i płakałem w rękaw Natalii Kukulskiej, u której śpiewałem wtedy w chórku. Gdy myślałem o powrocie do teatru, czułem wstyd i niesmak. Miałem tam przecież wrócić z tarczą, a nie z podkulonym ogonem. Wszyscy mnie oczywiście pocieszali, ale czułem też kpinę w ich głosach.

GALA: Brzmi to tak, jakby koledzy nie chcieli, żeby ci się udało…

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Wtedy nie dopuszczałem tego do świadomości. Nie mieściło mi się w głowie, że niektórzy moi koledzy, z którymi zagrałem tysiąc trzysta spektakli, z którymi, wydawało mi się, mogę konie kraść, mogą mi źle życzyć. Kiedy jednak zacząłem odnosić pierwsze sukcesy solowe, tryskałem radością i mówiłem: „Stary, stara, zobacz, mam przebój!”. Ale oni nie podzielali mojej radości, przeciwnie, zachowywali się tak, jakbym im sprawiał przykrość.

GALA: Żeby zamknąć usta zawistnikom, powiedz, jakim cudem anonimowy chłopak w ciągu dwóch lat staje się popularnym wokalistą?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Żeby zaistnieć naprawdę, a nie jako gwiazdka jednego sezonu, trzeba mieć talent – bez dwóch zdań. Ale osiemdziesiąt, a nawet dziewięćdziesiąt procent to jest po prostu szczęście. Ja je chyba mam. Jestem numerologiczną trójką. A trójki mają to do siebie, że raczej im się szczęści. Bo żeby nie wiem co się działo, żeby nie wiem jak je los przeczołgał, to potem wszystko zwraca im z nawiązką.

GALA: „Szczęście” to wpływowi przyjaciele, tacy jak Elżbieta Zapendowska i Robert Kozyra, który na łamach „Gali” powiedział, że ci pomógł...

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Z Elą rzeczywiście przyjaźnimy się od lat i kiedyś razem doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę ona nigdy nawet nie kiwnęła palcem, żeby mi pomóc w solowych dokonaniach. Przeciwnie – gdy zasiadała w jury „Idola”, krytykowała mnie i mówiła, że jej się nie podoba. To były żarty, ale ludzie tak tego nie odczytywali. Natomiast jeśli chodzi o prezesa Kozyrę, to widziałem go raz w życiu, a więc o przyjaźni trudno tu mówić. On rzeczywiście bardzo mi pomógł. Pozytywnie ocenił mój występ w Sopocie, a Radio Zet jako pierwsze zaczęło grać moje piosenki. Sukces piosenki ,,Nie kłam, że kochasz mnie” to – o czym nie wszyscy wiedzą – również zasługa prezesa Kozyry, który zaproponował Ewelinie i mnie nagranie tego duetu. Dla mnie ten utwór jest ważny, bo zmienił moje życie zawodowe i otworzył przede mną nowe możliwości. Pomógł mi w karierze. Od tego czasu wzrosła moja popularność i otrzymuję o wiele więcej propozycji koncertowych. Pomogła mi też Natalia. Znała bowiem moje marzenia i kiedyś powiedziała: „Łukasz, wiesz, że możesz u mnie w chórku śpiewać do końca życia, ale jeśli chcesz coś zrobić na własne konto, przestań się nad sobą użalać, rusz tyłek i zadzwoń do producenta, który robi dobrą muzykę”. Mnie już wtedy bardzo się podobało to, co robił Piotrek Siejka. Natalia powiedziała mi, żebym do niego zadzwonił. „I co mam mu niby powiedzieć: »Cześć, jestem Łukasz, nagrajmy razem płytę?« Oszalałaś?” – spytałem. Dwa tygodnie woziłem się z myślą, żeby zadzwonić do Piotrka, układałem w głowie rozmowę, aż w końcu sam się na siebie wkurzyłem, zatrzymałem samochód i po prostu zadzwoniłem. Tak się zaczęło. A Natalii za ten gest będę wdzięczny do końca życia.

GALA: Wydałeś nie tylko debiutancką płytę i stworzyłeś duet z Eweliną, ale także wystąpiłeś w „Tańcu z gwiazdami”. Jak smakuje sukces?

 

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Na początku bardzo się stresowałem. Najbardziej tym, że nagle znalazłem się pod obstrzałem aparatów fotograficznych. Te czerwone dywany i tak zwane wystawki wręcz mnie paraliżowały. Kiedyś na imprezie mogłem nawet sikać pod palmą i nikt nie zwróciłby na to uwagi. Dzisiaj muszę się pilnować. Ale generalnie sukces smakuje... fajnie, byłbym kłamcą, gdybym to ukrywał. Uważam, że sukces to najlepszy terapeuta. Ja dzięki niemu przekonałem się, że chyba nie jest ze mną tak najgorzej. Wcześniej z poczuciem wartości różnie bywało. Dopiero dwa lata temu zacząłem wierzyć w siebie. Gdy rozdaję autografy, pozuję do zdjęć lub jadę modelem samochodu, o którym marzyłem jeszcze jako dzieciak, mam wrażenie, że to sen, który mógłby nigdy się nie kończyć. Szczerze mówiąc, gdy kupowałem to auto, byłem wzruszony.

GALA: Kiedy po raz pierwszy poczułeś, że chcesz śpiewać?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Gdy miałem pięć lat. Podczas przedstawienia dla rodziców w szkole zaśpiewałem „Pszczółkę Maję” i wtedy zrozumiałem, jaką mi to sprawia frajdę. Potem pojechałem do sanatorium po operacji wzroku – jako dzieciak miałem wszystkie możliwe wady i do tego potwornego zeza. Dlatego później musiałem nosić soczewki i szkła kontaktowe. Gdy wróciłem, tak pięknie zaśpiewałem mamie piosenkę ,,Jarzębina czerwona”, której się tam nauczyłem, że mama z wrażenia aż usiadła, a następnego dnia zapisała mnie do szkoły muzycznej. Tam obowiązkiem każdego ucznia było śpiewanie w chórze szkolnym, ale ja zawsze uciekałem albo symulowałem mutację, bo średnio kręciło mnie śpiewanie o chochliku. Poza tym trudno mi było wbić się w tłum.

GALA: Byłeś grzecznym dzieckiem?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Nie miałem takiego dzieciństwa jak moi koledzy. Nie biegałem po podwórku za piłką, ponieważ do południa chodziłem do normalnej szkoły, a popołudniami do muzycznej. Ale gdy byłem już nastolatkiem, przeżyłem bunt wobec całego świata. Zacząłem brać udział w pierwszych amatorskich przeglądach wokalnych, zachłysnąłem się tym do tego stopnia, że uznałem, iż nie potrzebuję się dalej uczyć. Zawaliłem klasę w liceum ekonomicznym o profilu telekomunikacyjnym, a ze szkoły muzycznej mnie wyrzucili, bo przyszedłem nieprzygotowany na egzamin. Wtedy do akcji wkroczyła moja mama. Powiedziała, że jestem już prawie dorosły, a zachowuję się jak gówniarz, bo tylko gówniarz zaprzepaszcza dziesięć lat swojego życia. Zreflektowałem się więc i jeszcze raz zdałem do szkoły muzycznej, choć akordeon, w którym się tam specjalizowałem, nigdy nie był moją miłością. Wolałem fortepian. Ale on nie zmieściłby się do mieszkania mojej babci. To były dwa pokoje z ciemną kuchnią, a w sumie mieszkaliśmy tam w siedem osób, a więc była niezła komuna. Poza tym jako chłopiec miałem kurzą klatkę piersiową. To taka wada, przez którą, gdy stałem bokiem, wyglądałem, jakbym miał z przodu garb. I lekarz powiedział, że gimnastyka korekcyjna swoją drogą, a akordeon swoją, bo podczas gry na nim pracują mięśnie klatki. To przesądziło o tym, że zacząłem grać na akordeonie.

GALA: Z tego, co mówisz, w domu się raczej nie przelewało. Czy teraz to sobie odbijasz i szastasz pieniędzmi?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Rzeczywiście się nie przelewało. Mama była ekonomistką i pracowała w banku, a tata miał państwową posadę. Gdy byłem w podstawówce, z zazdrością patrzyłem na dzieci, które miały piękne zabawki. Wtedy szczytem moich marzeń było posiadanie magnetowidu. Potem jednak ojciec założył własną firmę i nagle z biednych ludzi staliśmy się zamożni. Nigdy więcej nie miałem problemów finansowych, więc przynajmniej nikt mi nie może zarzucić, że karierę robię dla pieniędzy. Natomiast nie szastam nimi. Myślę o swojej przyszłości.

GALA: Rodzice są z ciebie dumni?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Oczywiście, że tak, szczególnie mama. Wolałbym jednak o nich nie mówić. Rodzice rozeszli się po 27 latach i wciąż mnie to boli.

GALA: Denerwujesz się przed premierą swojej nowej płyty?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Bardzo. Mam nadzieję, że udowodnię nią, że nie jestem ani sezonową gwiazdą, ani wykonawcą tylko jednego przeboju „Nie kłam, że kochasz mnie”, bo mam wrażenie, że ostatnio ludzie tylko z tym utworem mnie kojarzą. Swoją drogą powstał już nawet fanklub zespołu Ewelina Flinta i Łukasz Zagrobelny (śmiech).

GALA: Nie jest ci przykro, że starasz się wyrobić swoją markę jako solista, a największy sukces odnosisz w duecie?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Uwierz mi, że bardzo wielu artystów chciałoby mieć taki przebój w swoim repertuarze. Ale wierzę, że wkrótce ludzie zaczną nucić piosenki z mojej nowej płyty, bo jest tam kilka pięknych i przebojowych piosenek.

GALA: Twoja płyta jest bardzo osobista. To celowy zabieg?

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Tak. Tam są historie z mojego życia. Dziewczynom, które pisały teksty, wręczyłem wypracowanie na swój temat. Opisałem ważne sytuacje, które mi się przytrafiły. Sam tekstów nie tworzyłem, bo nie mam talentu do rymów, wychodzą mi tylko częstochowskie. Przez to, że na płytach i koncertach opowiadam o rzeczach najintymniejszych, nie chcę już tego robić w wywiadach.

GALA: Ale fanki są ciekawe, czy jesteś z kimś związany, czy nie…

ŁUKASZ ZAGROBELNY: Mógłbym ci powiedzieć, z kim sypiam i jakie pozycje seksualne najbardziej lubię, dlaczego nie? Ale wystawianie prywatności na widok publiczny jest po prostu obciachowe. Gdybym zaczął to robić, mógłbym zwariować i trafić do psychiatryka. Jestem wrażliwym człowiekiem, niezbyt silnym psychicznie. Dlatego na początku, gdy stawałem na scenie, odgradzałem się od ludzi okularami przeciwsłonecznymi, tak czułem się bezpieczniej. Mimo że marzyłem o solowej karierze, nie zdawałem sobie sprawy, jak wielka jest to odpowiedzialność. Gdy obserwowałem Natalię, myślałem: „Cóż to za filozofia wyjść na scenę i zaśpiewać?”. Ale przed pierwszym koncertem byłem mokry, jakbym przeniósł ciężarówkę cegieł. To była najdłuższa godzina w moim życiu i nigdy jej nie zapomnę.