MACIEJ NOWAK: Słodzi Pani herbatę?

GALA: Nie. A Pan?

MACIEJ NOWAK: Nie.

GALA: Z premedytacją?

MACIEJ NOWAK: Obecnie nie ma w tym żadnej ideologii. Gdy miałem 12 lat, weszły pierwsze kartki na cukier. Był rok 1976 i tata zarządził, że mężczyźni nie słodzą, a cukier będzie dla kobiet. Czyli mojej siostry i mojej mamy. I choć sporadycznie pijam mocno posłodzoną, malutką herbatkę, na przykład turecką, na co dzień herbaty nie słodzę.

GALA: A życie jak Pan sobie słodzi?

MACIEJ NOWAK: Są takie małe, słodkie, kulinarne przyjemności, poza tymi większymi, związanymi z seksem, oczywiście.

GALA: Największa seksualna słodycz?

MACIEJ NOWAK: Czułość, bliskość i przylgnięcie do siebie. To dużo istotniejsze niż sam późniejszy akt seksualny, choć on oczywiście jest także kontaktem z Panem Bogiem. Jednak jest krótki i przemija. A to, co naprawdę pozwala czuć się dobrze i utrzymać mocną energię między ludźmi, to właśnie to przylgnięcie.

GALA: Czyli nie ma dla Pana seksu bez bliskości?

MACIEJ NOWAK: Nie ma. Oczywiście różne sytuacje się zdarzały, bo wszyscy funkcjonujemy w społeczeństwie raczej konsumpcyjnym, pełnym szybkich przyjemności, imprez towarzyskich, alkoholu – mnóstwa sytuacji, które zaburzają nasze prawdziwe odczuwanie, miłość na przykład.

GALA: Który smak najbardziej kojarzy się Panu z miłością?

MACIEJ NOWAK: Tu pójdę klasycznie, zgodnie ze wszystkimi poradnikami na temat afrodyzjaków. Uważam, że jedzenie ostryg w samotności to straszna katorga. Do tego potrzebne jest miłe towarzystwo. A dlaczego w ogóle ostrygi? Ze względu na ich formę. Ale też samo zjadanie żywego organizmu, czucie, jak bardzo reaguje on na języku, jak jest wchłaniany, jak się kurczy, ucieka... No i ten smak świeżości, oceanicznej bryzy...

GALA: Smak życia. Nigdy nie jadłam ostryg. Brrrr. Czułabym się w ciąży z ostrygą. To granica perwersji.

MACIEJ NOWAK: To absolutna perwersja.

GALA: W którym momencie ostryga kona w człowieku?

MACIEJ NOWAK: Jakoś w drodze. No... tak to jest. Inny smak związany dla mnie z erotyką to smak owoców. Na przykład figi, o Boże, jakie one są wyuzdane! Lub brzoskwinia, ta którą jadłem dwa tygodnie temu w Atenach, najbardziej słodka i soczysta w moim życiu. To było absolutne szaleństwo! Jak flamandzkie malarstwo z XVII wieku. Ale owoce prowadzą w obydwie strony, zarówno ku rozkoszom, jak i ku wymiarowi vanitas, czyli pamięci o tym, że wszystko mija („vanitas vanitatum, et omnia vanitas”), bo łatwo się psują. Jest to i dekadenckie, i strasznie podniecające jednocześnie.

GALA: „W brzuchu mi burczy, dostaje kurczy i jem wszystko, że aż furczy, taki ze mnie wilk”. Jakoś mi się Pan skojarzył z wilkiem z „Czerwonego Kapturka”.

MACIEJ NOWAK: Fajnie. No dobrze, jestem starym wilkiem, ale jeszcze z dużym apetytem.

GALA: Kiedy był Pan ostatnio głodny?

MACIEJ NOWAK: W miejscu, w którym nigdy bym się nie spodziewał, że można być głodnym. W styczniu Norweska Rada Owoców Morza zaprosiła mnie na Mistrzostwa Świata Kucharzy do Lyonu. Emocje, jak na mundialu, 42 ekipy z całego świata, a każda przywozi swoją publiczność. Transparenty, okrzyki, młyny, ale... nie ma tam takiego populizmu, jak u nas, gdzie takie gotowanie zawsze kończy się karmieniem. Okazało się więc, że przez trzy dni nie miałem prawa skosztować czegokolwiek, co te mistrzowskie teamy przygotowały. Od tego było bardzo poważne jury złożone z najlepszych kucharzy świata. Tylko oni – niczym komunię – dostawali kawałki tych potraw, które wyglądały i pachniały niesłychanie. Ale nie my, setka dziennikarzy, i nie publiczność. Żywiłem się więc kanapkami, które kupowałem w barku i byłem zrozpaczony.

GALA: Jest cos, czego Pan by nie zjadł?

MACIEJ NOWAK: Kurde, jestem zawodowcem. Muszę zjeść! Już teraz niczego się nie boję, bo jestem dorosłym chłopcem. Najbardziej denerwuje mnie, gdy ludzie grymaszą: „Ten tłuszczyk od szynki to nie, a ta chrząstka w kiełbasce źle wygląda”. Jeśli ktoś znajduje radość i satysfakcję z bycia wegetarianinem, to jest OK, wszystko jasne. Ale wybrzydzanie i kapryszenie jest w moim odczuciu grzechem.

GALA: Pan chyba nie przywiązuje się zbyt mocno do ludzi?

MACIEJ NOWAK: Do niektórych − tak. Wszyscy faceci, z którymi utrzymywałem bliższe relacje, są moimi przyjaciółmi. Mimo że namiętność już wygasła.

GALA: Kto to ucinał?

MACIEJ NOWAK: Rozmaicie. Tu dochodzimy znów do sprawy zmysłowej. Dla mnie momentem przełomu jest zapach. Dopóki jest fascynujący i otwierający, to wszystko jest OK. Ale jeśli czuję, że zaczynam się z nim męczyć i denerwować, to wiem, że coś już jest nie tak. Taka to zwierzęca natura. Coś gaśnie. Wtedy odwracam się, nie chcę być za blisko, no bo po co?

GALA: Są związki, które próbują to przetrwać, idą na terapie... Podobno potem jest jeszcze lepiej, pracują inne zmysły.

 

MACIEJ NOWAK: To bardzo możliwe, piękne i szlachetne, ale mnie nie wiążą żadne małżeństwa i obowiązki rodzinne. Ja wciąż jestem nienasycony ludźmi. Każdego dnia budzę się z radością, że znów kogoś poznam. Może z tego powodu jestem ciągle samotny? Jest we mnie wielkie marzenie bycia w zespole czy społeczności, ale nigdy nie umiem w nią wejść, bo tak naprawdę przeżywam świat raczej indywidualnie.

GALA: Do kina chodzi Pan sam?

MACIEJ NOWAK: Często tak. Tylko raz w życiu przez te 45 lat całowałem się w ostatnim rzędzie kinowej sali. Było naprawdę cudnie, ale nie jest to dla mnie przyjemność, której bardzo szukam.

GALA: Ojciec jest z Pana dumny?

MACIEJ NOWAK: Trzeba by go o to zapytać. Ale przyznaję, że trzymam w telefonie SMS-a, którego wysłał mi, kiedy miałem ostry dół i myślałem, że już nawet rodziców zawodzę. Że pewnie chcieliby mieć wnuki, a ja zajmuję się głupotami. Napisałem do ojca: „Czy ja jestem Waszym rozczarowaniem?”. Na co odpowiedział: „Raczej oczarowaniem”.

GALA: Uwierzył Pan?

MACIEJ NOWAK: Myślę, że istnieje jakiś naturalny niepokój rodziców o dzieci, które niekoniecznie realizują różne normy społeczne, zapewniające bezpieczeństwo i normalne życie. Bo ja takiego normalnego życia nie prowadzę. Lubię troszeczkę ten mój egoizm, na który pozwala mi fakt, że nie mam dzieci i rodziny.