GALA: Małgorzata Szumowska napisała scenariusz filmu „33 sceny z życia” na podstawie własnej historii: śmierci rodziców, zdrady, rozstania z mężem. W Krakowie wszyscy doskonale ją znali.

MACIEJ STUHR: Gośka przyszła na premierę „Aniołów w Ameryce” i tam mi powiedziała, że się odezwie. A potem przysłała scenariusz.

GALA: Pan go przeczytał i...

MACIEJ STUHR: Poczułem się zakłopotany. Przeczytałem go przed rozmową z Gośką i na tę rozmowę szedłem z duszą na ramieniu. Nie wiedziałem, co mi wolno. Pomyślałem sobie: nie będę za dużo pytał, raczej będę obserwował, co ona sama mi o tym powie. I nagle poczułem, że rozmawiam ze scenarzystką pewnej historii. Gośka miała do tego ogromny dystans, chociaż teraz kłamie w wywiadach...

GALA: ...że ten film nie jest o niej?

MACIEJ STUHR: Kłamie okrutnie, ale próbuje się ratować i ja to rozumiem. Nie może ugrzęznąć w tym, żeby zacząć teraz opowiadać, kto tu jest kim, kto kogo gra, bo to sprowadziłoby dyskusję o tym filmie na nikczemny poziom. Ale prawdę mówi, kiedy podkreśla, że musiała się do tego zdystansować i że to jej się udało. Na naszym pierwszym spotkaniu ona o tym opowiadała bez cienia jakiejkolwiek wątpliwości, zawstydzenia, bólu czy traumy. Ona o tym opowiadała jak o fikcyjnym scenariuszu. Mało tego, mówiła na przykład przy jakiejś scenie: „Słuchajcie, bo to było tak, wiecie, że jak myśmy wyszli z tej kostnicy, to zaczęliśmy się śmiać”. My po sobie, lekkie przerażenie, ale jeśli ona tak mówi? „Dobrze, Gośka, spróbujemy tak”. Po czym próbowaliśmy grać, ale cały czas jakieś ciarki nas przechodziły, w końcu przylatywała do nas Gośka i mówiła: „Słuchajcie, cholernie sztucznie gracie”. Nigdy w życiu nie słyszałem tyle razy, że sztucznie gram, jak przy tym filmie. Ale też reżyserka miała z czym konfrontować to, co widziała na planie.

GALA: Niejednemu z nas trudno będzie taką bezwzględną prawdę o człowieku zaakceptować.

MACIEJ STUHR: Wie pani, kiedy pierwszy raz trochę odetchnąłem? Po festiwalu filmowym w Locarno, gdzie Gośka dostała nagrodę. Podejrzewałem, że to może być ważny film, bo czegoś takiego nie czytałem w życiu. „Ludzkie oko nie słyszało – jak mówi Szekspir – ludzkie ucho nie widziało”, co tam się działo. I to było w tej historii niezwykle fascynujące. Jednak myśmy z duszą na ramieniu kręcili ten film. Mimo fascynacji scenariuszem czułem, że stąpamy po kruchym lodzie. Cały czas na dwoje babka wróżyła: albo ten film wywoła mocne reakcje, albo nas zmiotą z powierzchni ziemi. Przez fakt, że to się naprawdę stało, że ten scenariusz napisało życie, wykoleił się pociąg, którym jadą wszyscy scenarzyści świata. Kiedy scenarzysta siada przed pustą kartką i ma napisać scenę pt. „Matka umiera” albo „Przed pogrzebem ojca”, to natychmiast, choćby jeszcze słowa nie napisał, już jest w głębokiej dupie, za przeproszeniem, ponieważ wszystkie wyobrażenia, jakie ma, prowadzą na manowce.

GALA: W stronę banału?

MACIEJ STUHR: Kilka dni temu byłem na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie był przedpremierowy pokaz tego filmu. Po seansie zaczęła się ciekawa dyskusja z widzami. Jedna dziewczyna powiedziała do Gośki tak: „Wie pani, bo mnie się ten film bardzo podobał i zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale ja strasznie często płaczę w kinie i się wzruszam, a tutaj w ogóle nie płakałam. Nic”. I to jest właśnie to! Jeśli scenarzysta pisze film o śmierci, natychmiast pociąga za sznurki, które zna, a jak nie zna, może o nich poczytać w podręczniku pt. „Jak pisać scenariusz filmowy”. Pociąga je i ma jak w banku, że my będziemy w kinie ryczeć. Ale życie takie nie jest i to jest najśmieszniejsze.

GALA: Co tej dziewczynie odpowiedziała reżyserka?

MACIEJ STUHR: W sumie to ja zgłosiłem się do odpowiedzi i powiedziałem mniej więcej, że ten scenariusz był wstrząsający, bo nikt by tego nie wymyślił. TO SIĘ STAŁO i nikt nie może powiedzieć: „Przepraszam bardzo, ale w życiu tak nie jest”. Nie, drogie panie, właśnie tak było. Ale jak to? Dyskoteka na stypie? Widocznie czasami człowiek jest w takim stanie, że w sytuacji tak strasznej jak śmierć matki właśnie coś takiego mu wyjdzie z duszy. W ludziach jest głęboko zakorzenione przekonanie, że rzeczywistość, która nas otacza, wygląda w określony sposób. I nie bardzo chcemy się zgodzić z faktem, że ona czasami wygląda zupełnie inaczej. Jak to możliwe, żeby upić się z ojcem i śmiać się z umierającej za ścianą matki?! Ależ tak nie wolno! To niedopuszczalne! TAK-NIE-MO-ŻE-BYĆ! Okazuje się jednak, że może tak być i bywa. Życie nauczyło mnie, żeby nie wychwalać swoich dzieci publicznie, bo zawsze jest się skażonym i bezkrytycznym, ale uważam, że to jest chyba najważniejszy film, jaki w życiu zrobiłem. Summa summarum.

GALA: Skoro ten film to samo życie, porozmawiajmy trochę o jego bohaterach...

 

MACIEJ STUHR: To są trochę tacy ludzie, jaki jestem ja i moi koledzy. Mówię o grupie społecznej, w której poruszam się na co dzień. Szymon Majewski opowiadał mi kiedyś, że się boi jednej rzeczy w życiu: że przyjdzie do niego kiedyś jakiś nauczyciel, wskaże go palcem i powie: „Ty! Ty nic nie umiesz!”. Cały czas boi się, że ktoś go zdemaskuje, i to jest jego trauma. Poszedłbym krok dalej – jesteśmy takim pokoleniem, że jeśli nadejdzie kiedyś jakiś straszny prokurator, to wskaże nas palcem i powie: „Wy! Wy nie wiecie, na czym życie polega. Żyjecie w totalnej iluzji”. I trudno byłoby nam odeprzeć ten argument. Nie przeżyliśmy wojny, głodu, mamy pieniądze, wychowaliśmy się w dobrym domu, skończyliśmy dobre krakowskie liceum i tak dalej. Musimy sobie tworzyć jakieś zastępcze problemy, żeby nam nie było w życiu za dobrze, ale średnio nam to wychodzi. Jak patrzę na siebie i moich kolegów, mam wrażenie, że to widać na naszych twarzach.

GALA: Co konkretnie? Dziecinność?

MACIEJ STUHR: Czy pani wie, że Roman Giertych jest niewiele starszy ode mnie? Niech pani spojrzy na jego twarz. To jest człowiek, który wie, na czym polega życie! A teraz niech pani spojrzy na mnie, na Majkę Ostaszewską, na Krzyśka Warlikowskiego, na Magdę Cielecką, na Jacka Poniedziałka... Cały czas mam wrażenie, że dzwonię do dziewczyn i chłopaków z liceum, a rozmawiam z kolegami z zespołu. A jednocześnie jest we mnie nieustannie podskórny lęk, że kiedyś życie jakoś to przewróci. Że wystarczy lekki podmuch losu, który może strasznie to wszystko zweryfikować: na co nas stać, do czego jesteśmy zdolni w sytuacjach skrajnych, kim naprawdę jesteśmy. O tym jest film Gośki. Perfidia tego filmu polega na tym, że ona nie stawia przed bohaterami zadań nie do przejścia. Daje zadania, które każdy człowiek pokona: śmierć matki, psa, ojca, zdrada, rozwód... Chodzi o to, że taka oczywistość losu, kiedy nas spotka, jest strasznie demaskatorska. Nagle okazuje się, że to, co myśleliśmy o sobie, naszych związkach, o uczuciach do rodziców i partnera, było w pewnej mierze fikcją.

GALA: Jest w tym filmie śmierć, zdrada, rozstanie, a w ogóle nie „słychać” emocji.

MACIEJ STUHR: Na tym polega oryginalność tego filmu: żadnych dramatycznych scen, krzyków, kłótni, awantur. Tu wszystko rozmywa się podskórnie pomiędzy bohaterami. To cecha tzw. inteligencji, ludzi z nadmiarem świadomości. Recytowałem pewnie już pani mój ulubiony cytat: „Nadmiar świadomości odbiera odwagę czynu”. Inteligent, nawet jak chce walnąć swoją żonę inteligentkę, to zanim ją walnie, tyle myśli przepuści przez głowę, tyle sobie wyobrazi konsekwencji tego czynu, że żona już dawno mu ucieknie, a jemu odechce się bić. W tym filmie on i ona żyją w wielkiej zażyłości. Lubią się, czują się przyjaciółmi, dobrze się rozumieją, mają swoje gierki, ciumkania, są takimi dzieciuchami. On jest kompozytorem, pracuje z orkiestrą, jeździ za granicę, robi karierę, a ponieważ ją robi, to go nie ma. Jak ona coś robi, też jej nie ma, więc nie widzą w tym problemu. Nie na tym polega związek, żeby się trzymać za rączkę 24 godziny na dobę. Ale kiedy nadchodzi katastrofa w życiu bohaterki, umierają rodzice, jego nadal nie ma.

GALA: Małżeństwo się rozpada.

MACIEJ STUHR: Chwilę to trwa, ale nie ma odwrotu. Oboje nawet nie mają do siebie pretensji. Czują, że życie tak się zakręciło, że nie można tego uratować. Ona wiąże się z bardzo dziwnym facetem, który nic nie mówi, wszyscy się z niego śmieją, właściwie nie wiadomo, kim jest.

GALA: Ale jest. I był przy niej cały ten trudny czas.

MACIEJ STUHR: To jest prawdziwa, lekko wstrząsająca konstatacja, którą Gośce udało się w tym filmie zawrzeć. Myślę, że wielu mężczyznom będzie bardzo trudno pogodzić się z tym, że czasami dla kobiety sam fakt, że mężczyzna JEST, jest ważniejszy od tego, JAKI jest. Co z tego, że wspaniały wojownik, ma jeszcze wspanialszą dzidę, skoro go nie ma. Dopiero przy tym filmie zauważyłem, że mężczyźni nie mają świadomości tego. Ale ten problem istnieje, co widzę zresztą po swojej rodzinie. Jest dobrze, kiedy jestem. Nie ma wtedy znaczenia, że nie opowiadam zabawnych dykteryjek, których zresztą i tak w domu nie opowiadam, bo żona się z nich nie śmieje. Ale jestem. Po prostu. Co z tego, że gdzieś tam na drugim końcu Polski odnoszę sukces...

GALA: ...i wszyscy pieją nad pana talentem.

MACIEJ STUHR: ...co jest miłe, fajne i stanowi niezły powód do dumy, ale nie ma mnie wtedy tam, w domu, z żoną i córką. Na szczęście nie każde małżeństwo z tego powodu od razu się rozpada. Ale pamiętam, pomyślałem w którymś momencie że mnie też mogłoby się coś takiego jak w tym filmie zdarzyć, przy nieszczęśliwym zbiegu okoliczności. Hipokryzją byłoby mówić, że wszystko jest nam dane na zawsze i niektóre rzeczy w ogóle nas nie dotyczą.

GALA: „33 sceny z życia”, pan skończył 33 lata, mocne podsumowanie na ten szczególny wiek.

MACIEJ STUHR: Miałem zupełnie, absolutnie niewiarygodny rok. Niech pani sobie wyobrazi, że byłem cztery razy na wakacjach!

GALA: Powie mi pan, jak to się robi?

MACIEJ STUHR: Trzeba spotkać dobry austriacki bank i przestać robić to, czego się nie chce robić, a wtedy okazuje się, że nie robi się nic. Tak w dużym skrócie odpowiadam, ale coś w tym jest. Pomyślałem sobie, że to dobry wiek, dobra okazja, żeby wreszcie robić tylko to, na co mam ochotę, co jest ważne. I okazało się, że praca nie zajmuje mi już całego czasu.

GALA: Co zostało na liście?

MACIEJ STUHR: Zostałem pracownikiem Nowego Teatru Krzyśka Warlikowskiego i wiążę z tym ogromne nadzieje.

GALA: To bardzo hermetyczne środowisko, trudno było panu się tam wedrzeć?

MACIEJ STUHR: W „Aniołach w Ameryce” była rola do obsadzenia, Krzysiek wymyślił, że mu pasuję, a zespół nie miał problemów, żeby mnie zaakceptować.

GALA: Można pogodzić ich życie towarzyskie i pana życie rodzinne?

 

MACIEJ STUHR: Zapoznałem z nimi moją rodzinę. Przyprowadziłem Matyldę, przyprowadziłem Samantę, dziewczyny dołączyły do grupy. Nasz dom stał się bazą i mnie się to podoba, bo przypomina mi dzieciństwo w Krakowie, gdzie dom rodziców był bazą dla ich przyjaciół ze Starego Teatru.

GALA: Kiedy ostatnio przyjmował pan gości?

MACIEJ STUHR: Po koncercie, który inaugurował działalność Nowego Teatru. Byłem z córką, więc musiałem odwieźć Matyldę do domu. Pada pytanie: „Słuchajcie, co robimy? Gdzie idziemy?”. Więc mówię: „Muszę do domu, ale zapraszam”. W ten sposób 15 osób, głodnych, niezapowiedzianych, zwaliło się do nas do mieszkania. Dobrze, że miałem w domu trochę wina, bo jakbym miał dużo, to bym teraz nie miał dużo, a tak to nie mam tylko trochę. Goście wyszli o 3 nad ranem, a myśmy z żoną jeszcze posprzątali. Następny dzień był trochę ciężki, ale – niestety – byliśmy tym zachwyceni. Myślę, że Matylda jest tu jedną z przyczyn.

GALA: Kto jest jej ulubieńcem?

MACIEJ STUHR: Magda Cielecka. Uwielbia ją, bo ma piękne blond włosy. W wielkich łaskach był też Jacek Poniedziałek, kiedy występował w „Jak oni śpiewają”. „Tatusiu, on jest taki zabawny. W sobotę grał ze mną w pokoju w piłkę i we frisbee jednocześnie”. Muszę jej jakoś wytłumaczyć, że tak świat nie wygląda, że w każdym domku siedzą ludzie z telewizora. Ostatnio moja córka przeżywała fascynację Bollywood. I ma tam swojego faworyta. Któregoś dnia mówi do mnie: „Tatusiu, a jak ten pan będzie kiedyś w Polsce, to przyjdzie do nas?”. To się zaczyna robić niebezpiecznie naturalne, że to, co ona widzi w telewizji i jej się podoba, czasem przychodzi do naszego domu.