Reaguje na bodźce, sam oddycha, a nie, jak do tej pory, za pomocą respiratora. Można go karmić, porusza oczami, głową, rękami, nogami” – mówi opiekujący się Maciejem Zientarskim doktor Andrzej Chmura ze Szpitala im. Dzieciątka Jezus w Warszawie. „Choć stan zdrowia nie polepszył się od momentu przebudzenia, i tak mamy powody do optymizmu. Uraz mózgu od momentu wypadku zmniejsza się i jest szansa, że uda nam się powrócić do takiego stanu, w jakim pan Zientarski znajdował się przed wypadkiem”.

Dziennikarz leży na oddziale intensywnej opieki chirurgicznej, a przy jego łóżku cały czas czuwają najbliżsi, między innymi ojciec Włodzimierz i siostra Joanna, podobnie jak Maciej – eksperci od spraw motoryzacyjnych. „Rodzina twierdzi, że Maciek ich rozpoznaje, jednak z punktu widzenia medycznego nie wydaje mi się to możliwe. Oczywiście na tym etapie leczenia, na jakim znajduje się pacjent”.

Dziennikarz trafił na oddział 27 lutego z ciężkimi obrażeniami głowy, klatki piersiowej, kręgosłupa i kończyn, po tym jak kierowane przez niego ferrari wypadło z drogi i z ogromną prędkością uderzyło w filar wiaduktu na ulicy Puławskiej. Auto rozpadło się na części i stanęło w płomieniach. Na miejscu zginął Jarosław Zabiega, dziennikarz „Super Expressu”, przyjaciel Zientarskiego.

Po przewiezieniu do szpitala stan cudem ocalałego z wypadku zdiagnozowano jako ciężki, ale stabilny. Konieczne były cztery operacje, m.in. wątroby, a także rehabilitacja lewej strony ciała. Dziś jest już dużo lepiej. „Zrobiliśmy duże postępy. Efekty już są widoczne” – zapewnia dr Chmura.

Pomimo przebudzenia ze śpiączki z Maciejem wciąż nie można nawiązać kontaktu. „Zmiana powinna niebawem nastąpić. Trzeba dać pacjentowi trochę więcej czasu. Nie zapominajmy, jaki był jego stan jeszcze półtora miesiąca temu” – kończy Andrzej Chmura.