GALA: Stajesz się powoli legendą Sopotu. Miałaś 25 lat, kiedy tu zadebiutowałaś.

MAGDA MOŁEK: Tu właściwie wypłynęłam na szerokie wody mojej pracy w mediach. Był rok 2002, Opera Leśna w Sopocie i moje pierwsze pojawienie się w telewizji publicznej. Tak mnie wprowadzono na ogólnopolską antenę. Wcześniej przez kilka lat pracowałam w mediach, ale nikt mnie nie kojarzył, dla szerokiej publiczności nie istniałam.

GALA: Czyli Sopot ma dla ciebie znaczenie szczególne.

MAGDA MOŁEK: Każdy następny festiwal jest symbolicznym powrotem do tamtego wieczoru. To już się nigdy nie zdarzy – te emocje, szansa, nadzieja. Mam swoją teorię, przeciwną do tej sformułowanej przez pewnego „klasyka”: nieważne, jak się kończy, ważne, jak się zaczyna. Do dziś pamiętam tamtą paraliżującą tremę, ale też ciekawość dziecka, dzięki czemu wszystko chłonęłam. W środowisku dziennikarskim śmiano się, że TVP wpadła na genialny pomysł na promocję mojej osoby. Chwyt marketingowy miał polegać na tym, że na konferencji prasowej ogłoszono, że mnie okradziono. Tyle, że to była prawda! Pierwszy koncert był w piątek wieczorem, rano okradziono samochód stylistów. Wszystko! Kreacje, buty... Nie miałam w czym poprowadzić tego festiwalu. Rozpoczęło się rozpaczliwe szukanie czegokolwiek, co nadaje się do włożenia na wieczór. Na koncercie, na powitanie Artur Orzech przedstawił mnie mniej więcej tak: „To jest Magda Mołek, która tu debiutuje, zresztą w dość dramatycznych okolicznościach, ponieważ rano ukradziono jej wszystkie sukienki. Na szczęście coś znalazła, więc nie stoi przed państwem na golasa”. Wtedy ja, w tej swojej naiwności, dodałam łamiącym się głosem: „Bardzo proszę tego złodzieja, który zabrał moje sukienki, żeby je oddał. Jutro też prowadzę koncert”. Chyba nikt nie potraktował mnie wtedy poważnie, na pewno nie złodziej, ale kompletnie rozbroiłam publiczność. Amfiteatr był mój.

GALA: Ponad 40 lat w Sopocie był ten jedyny festiwal, na który czekała cała Polska. Obecnie w lecie są trzy różne festiwale, publiczność czuje się zagubiona. Nie masz poczucia pewnego zamieszania?

MAGDA MOŁEK: Mówisz o legendarnym mieście nad polskim morzem, które działa jak magnes. Różne instytucje marzą, by zrobić tu swoje święto, ale Sopot Festival i konkurs o Bursztynowego Słowika jest jeden, wciąż ten sam. Może nie ma takiej rangi jak niegdyś, ale nadal ma wielką wartość – co roku kreuje gwiazdę. To tutaj Doda dostała Słowika Publiczności, Andrzej Piaseczny po latach stagnacji powrócił w fantastycznej formie, a Feel, nikomu wcześniej nieznani chłopcy z garażu, zostali megagwiazdą.

GALA: Jednak to dość specyficzna grupa gwiazdorska, przyznasz.

MAGDA MOŁEK: Chcesz powiedzieć, że wszystko ociera się o popkulturę? Moi znajomi, zawodowo związani z muzyką klasyczną, za każdym razem gdy wracają do kraju z podróży do np. Stambułu, Berlina czy Mediolanu, są sfrustrowani, bo mają poczucie, że w naszym kraju w muzyce poważnej niewiele się dzieje. Nikt się tym nie interesuje, nie organizuje tylu festiwali co na świecie, bo ponoć nie ma odbiorcy, a za to jest masowe ssanie na kulturę pop. Nie wiem, dlaczego tak jest. Ale z gustami się nie dyskutuje. Sto lat temu była tylko klasyka, chodziło się do filharmonii, opery, teatru. Dziś mamy nieograniczone możliwości, więc publiczność wybiera to, co chce. Dla niej produkuje się takich, a nie innych artystów. Takie czasy. Nie obrażałabym się na ludzi za takie, a nie inne wybory...

GALA: ...że podoba im się, jak śpiewa Feel.

MAGDA MOŁEK: Tak. Niedawno wróciłam z Hiszpanii. W Bilbao byłam w Muzeum Guggenheima. W jednej z sal, w gablotach, za kuloodpornymi szybami, na manekinach wisiały sukienki, a raczej kreacje galowe z lat 40. Były to, owszem, bardzo piękne, ale tylko kiecki. Z jedwabiu, z drapowaniami, falbanami, jakie dziś ma na sobie każda hollywoodzka aktorka na czerwonym dywanie. Coś, co 60 lat temu uchodziło za dzieło sztuki, wtargnęło do kultury masowej. Dziś widziałam taką sukienkę w telewizji, wczoraj w kolorowej gazecie na stronach mody. Jest dostępna dla wszystkich, stała się sztuką użytkową. I to mi się podoba.

GALA: A mnie podoba się twoja niezależność. Plotek, Pudelek, Kundelek odpuściły ci wreszcie, więc robisz swoje.

MAGDA MOŁEK: Róbmy swoje! Do słów piosenki pana Wojtka Młynarskiego jestem mocno przywiązana. Ale przyznaję, że przez ostatni rok wiele się nauczyłam. Poczułam, jak wielką przyjemność sprawia mi dopuszczanie do głosu prawdziwych emocji, a nie sztywnego profesjonalizmu. Poluzowałam krawacik! Śmieję się sama z siebie. Zobaczyłam, że życie i praca mogą być po stokroć przyjemniejsze, kiedy mój wewnętrzny żandarm Mołek nie gani mnie co chwilę za to, że coś mi nie wyszło. Popełniam błędy – językowe, merytoryczne, bo nie jestem robotem, tylko żywą istotą. Bywam zmęczona, zestresowana, czasem po prostu się zagapię, więc zwyczajnie coś mi się źle zmiksuje i wychodzą z tego niezłe kwiatki. Jak nie rozumiem, to pytam. Jeśli dalej nie rozumiem, nie wstydzę się i pytam raz jeszcze, a nie udaję, że wiem.

GALA: Kiedy poluzowałaś ten krawacik?

 

MAGDA MOŁEK: Momentem przełomowym był ubiegły rok, trzy dni przed koncertem w... Sopocie. Miałam tremę jak nigdy! Byłam zestresowana, niespokojna, nie wierzyłam w siebie. Teraz już wiem, że chwile zwątpienia ma się przynajmniej parę razy w życiu. Niby wszystko się układa, jesteś zdrowa, masz świetną pracę, otaczają cię cudowni ludzie, a mimo to coś nie gra. Dziwne uczucie...

GALA: Zaskoczyłaś mnie. Pamiętając ostatnie lata, myślałam, że najgorszy czas miałaś wtedy, gdy paparazzi spali pod twoim domem i grzebali w workach na śmieci.

MAGDA MOŁEK: Nie wspominam tamtego okresu z rozrzewnieniem. Rozwodziłam się, zmieniałam pracę, budowałam swoje życie na nowo. Niestety, w towarzystwie niepożądanych gości. Odczułam na własnej skórze wyniki badań socjologów, którzy już dawno uznali rozwód i zmianę pracy za jedne z najbardziej stresogennych wydarzeń w życiu. Miałam jedno i drugie naraz. Momentami czułam się osaczona. Cokolwiek zrobiłam albo czego nie zrobiłam, gazety o tym pisały. W świat poszedł komunikat o mnie, z którym się w ogóle nie zgadzałam. To nie byłam ja. Masz rację, wtedy dostałam po głowie najbardziej, na wszystkich frontach i to był najgorszy czas, ale... konsekwencje dopadły mnie z opóźnieniem.

GALA: Żandarm Mołek trzymał cię ciągle w garści?

MAGDA MOŁEK: I nie pozwalał się rozczulać, więc pozornie trzymałam się mocno. Ale doszłam do ściany. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie prawdy, że jesteśmy tacy, jakimi widzą nas inni. Wiem też, jak bardzo zafałszowany obraz człowieka można wykreować. Jedno z drugim się kłóci, ale kiedy rusza medialna machina, trudno ją zatrzymać. Kiedy kolejny raz przeczytałam o sobie jakąś kompletną bzdurę, zrozumiałam, że nie mogę już dłużej pozwalać na to, by o tym, jaka jestem, naprawdę decydowali inni. Zadziałało! Przez ostatni rok dostałam mnóstwo e-maili z wyrazami sympatii od widzów „Dzień Dobry TVN”. Polubili mnie i Andrzeja Sołtysika. I bardzo się z tego cieszę, bo od początku wierzyłam w nasz duet. Andrzej ciągle się uśmiecha, jest wiecznym optymistą. Trudno nie zarazić się tym od niego. Mocno wierzę, że wraca do nas to, co dajemy inym.

GALA: Kiedy to zrozumiałaś, nagle – jak mówisz – doszłaś do ściany. Ale wtedy też pojawiłaś się na tej estradzie.

MAGDA MOŁEK: Odpuściłam, świetnie się bawiłam i zeszłoroczny festiwal uważam za jeden z najfajniejszych w moim życiu. Zrozumiałam, że praca to przecież także zabawa, ale nie będzie nią, jak nie przestanę tak się spalać. Poszłam wreszcie z ekipą po pracy na wino, przegadaliśmy cały wieczór. Minął ten niepokój. I okazało się nagle, że to nie jest, parafrazując innego klasyka, „Sopot albo śmierć”.

GALA: Brzmi mocno.

MAGDA MOŁEK: Dla mnie już nie! Znów cieszę się tym, co robię. Mój program („W roli głównej” w TVN Style – przyp. red.) to dla mnie nie tylko kolejny krok do przodu w zawodzie. Skoro oczekujesz od swojego rozmówcy szczerości i otwartości, sama też taka musisz być. Musiałam się otworzyć, przyznać, że czasami nie ja, ale ktoś inny ma rację. Nasłuchałam się wielu historii o ludzkich losach: jedne dziwne, inne przerażające, jeszcze inne pouczające albo śmieszne. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy popełnia błędy, ale wygrywają ci, którzy dają sobie do tego prawo. Zawsze przegra ten, kto obwinia siebie albo innych. Po tych rozmowach czasem chcę, potrzebuję być długo sama. Żeby to cudze życie w sobie przetrawić, zmontować je dwa razy, psychicznie dla siebie samej, a potem na wizję. To niewiarygodna spalarnia emocjonalna: mnóstwo łez, złości, wzruszeń, śmiechu...

GALA: Jednym słowem, ostatni rok to wielka lekcja.

MAGDA MOŁEK: Przypomina mi się takie zdarzenie. Pędzimy trzypasmową Autostradą Słońca, jesteśmy na południu Francji, w okolicach Prowansji. Remek prowadzi, ja drzemię oczywiście, bo jestem śpiochem kompletnym, i nagle czuję gwałtowne hamowanie. Wybudzam się natychmiast i widzę samochód jadący po naszym pasie... w naszym kierunku! Zamarłam. W takiej chwili nie masz nawet czasu na reakcję, myślisz tylko o tym, że zaraz w niego walniesz. Wszyscy zaczęli gwałtownie zjeżdżać na prawo. Na szczęście nie było gigantycznego ruchu, nikt nie jechał zbyt szybko i jakoś to płynnie poszło. Było strasznie gorąco, ze 40 stopni. Prawdopodobnie kierowca zasłabł, odbił się od bandy i zakręciło go o 180 stopni. Powoli przejechaliśmy obok tego feralnego auta. Prowadziła kobieta, miała ręce z całej siły zaciśnięte na kierownicy, obok niej pasażer krzyczał histerycznie. Kobieta była w kompletnym szoku. Jak w transie, miała szeroko otwarte oczy i powoli obracając głowę, patrzyła z niedowierzaniem, a właściwie zdziwieniem, jakby chciała powiedzieć: dlaczego oni wszyscy jadą w złą stronę?! To było tragiczne i komiczne jednocześnie. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Mam poczucie, że moje życie tak właśnie się gwałtownie zakręciło, tylko że długo nie mogłam go potem ogarnąć i pojąć.

GALA: Na tej fali spełniłaś wreszcie swoje wielkie marzenie.

 

MAGDA MOŁEK: Moje wielkie greckie marzenie! Pojechałam z mamą do Grecji na wakacje. Od wielu lat o tym marzyłam! Zawsze byłyśmy bardzo blisko, wiedziałam, że mama jest w świetnym momencie swojego życia i dobrze nam zrobi, jak wyrwiemy się gdzieś obie. Znalazłam wyspę, ustaliłam, co, gdzie i kiedy. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam: „Za miesiąc – dałam jej czas, żeby ochłonęła – tego i tego dnia wyjeżdżamy”. Zabrzmiało jak komunikat, więc mama, która ma poczucie humoru, odpowiedziała: „OK, przyjmuję do wiadomości”. Cieszyłyśmy się jak dzieci! Mama kocha świat, kocha smakować życie. Patrzyłam na nią i to mi się udzielało. Zajadałyśmy się greckimi przysmakami, wylegiwałyśmy się na plaży, robiłyśmy zakupy na targu, zwiedzałyśmy, piłyśmy wino. Wieczory i noce były całe tylko dla nas. Wiem już, że odziedziczyłam po niej umiejętność cieszenia się codziennym życiem.

GALA: Powoli zbliżasz się chyba do ideału. Nie poznaję cię.

MAGDA MOŁEK: Myślenie pozytywne kreuje pozytywne działanie. Wiem, to brzmi jak „W McDonald’s spotkajmy się”, ale ja wierzę, że jak dobrze myślisz o sobie, o świecie, to prowadzi to do fajnego życia. Na początku wakacji siedziałam w ogrodzie, było ciepło, zachodziło słońce, nagle poczułam silny, słodki zapach lipy. Przypomniało mi się dzieciństwo, powiew radości, beztroski, bezpieczeństwa. Pomyślałam: „Boże, ale ktoś jest szczęściarzem, ma taką lipę w swoim ogrodzie”. Postanowiłam sprawdzić, co dokładnie u nas rośnie. Wiedziałam, że mamy jabłonie, orzech, kasztanowca, ale reszcie drzew nigdy się nie przyglądałam. Zaczęłam sprawdzać. No i co? To u nas rosną trzy dorodne, pachnące oszałamiająco lipy. Przez trzy lata nie wiedziałam, co mnie otacza! Nie chciałam czy nie umiałam tego dostrzec?