Kiedy na dwa tygodnie przed śmiercią, przygotowując się do przeprowadzki, Piotr pakował swoje „biuro” do kartonów, oboje z Magdą usłyszeli huk dobiegający z górnego piętra ich dwupoziomowego mieszkania. Kiedy poszli sprawdzić, co się stało, w jednym z pokoi zobaczyli wyrwę w ścianie. Z kawałkiem tynku spadło ich wspólne zdjęcie. „Dom się z nami żegna” – skomentował Piotr. A dom żegnał się z nim. Wtedy Magda nie zwróciła na to uwagi. Dzisiaj przypomina sobie więcej takich znaków od losu. Jako racjonalistka stara się od nich dystansować.

Zanim postanowili żyć razem, los zderzał ich ze sobą kilkakrotnie. Poznali się we Wrocławiu w latach siedemdziesiątych. On studiował polonistykę, ona kulturoznawstwo. Był chłopakiem koleżanki Magdy. Dużo rozmawiali, głównie w Ossolineum, gdzie Piotr przesiadywał całymi dniami. Na bal absolwentów kulturoznawstwa przyszedł już nie z dziewczyną, bo tamten związek się rozpadł, ale z kolegą z roku, Waldkiem Krzystkiem. Magda z Piotrem ten wieczór spędzili razem. Jej znajoma powiedziała wtedy: „Zobaczysz, będziecie małżeństwem”. Ponownie spotkali się podczas egzaminów wstępnych na reżyserię w łódzkiej Filmówce. Odpadli oboje. Piotr, bardziej zdeterminowany, wkrótce dostał się na Wydział Radia i TV na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Napisał do Magdy list z prośbą, żeby namówiła siostrę, Agnieszkę Holland, na spotkanie ze studentami tego wydziału. Agnieszka się zgodziła, ale postawiła warunek: pojedzie tylko wtedy, gdy będzie jej towarzyszyła Magda. Niewiele brakowało, a do spotkania by nie doszło, gdyż spóźniły się na pociąg. „Pojedziemy stopem” – postanowiły. – „Ale jeśli ktoś zabierze nas w ciągu dziesięciu minut”. Zabrał. Spotkanie ze studentami było udane. A w Magdę i Piotra uderzył piorun. Agnieszka do Warszawy wróciła już sama. Wkrótce Magda również dostała się na reżyserię. Ślub odbył się jeszcze w tym samym roku. Niedługo potem urodził się ich syn Antek, dzisiaj 28-letni kompozytor ze sporym dorobkiem, ojciec siedmioletnich bliźniaczek Antosi i Mileny. W osiem lat po Antku przyszła na świat Gabrysia, dziś studentka Uniwersytetu Warszawskiego.

GALA: Czarne skórzane spodnie, włosy do ramion i promieniująca z całej postaci serdeczność. Tak zapamiętałam Piotra. Zawsze był wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy najważniejsze. Może za bardzo był?

MAGDA ŁAZARKIEWICZ: Miał wizerunek gwiazdy rocka, za którą na imprezach często brali go paparazzi (śmiech). Lubił im pozować, to były wygłupy. Był niezwykle aktywny. Wszystko robił, jak mówił, „na piątym biegu”. Taki sposób życia. Ludzie się przyzwyczaili, że on jest w ciągłym ruchu, że jest intensywnie obecny. Dlatego jego odejście było szokiem. To się kompletnie nie łączyło z jego wizerunkiem. Piotr nigdy nie chorował. Nigdy nie był w szpitalu, raz w życiu miał robiony zastrzyk. Na widok strzykawki mdlał (śmiech). I nikomu nie przyszło do głowy, żeby zajmować się jego zdrowiem, a już jemu samemu najmniej. Nie było żadnych symptomów choroby. Tyle że żył niehigienicznie, w pośpiechu, palił dużo papierosów, pił mocną kawę. Ale na to się zwykle nie umiera.

GALA: Piotr przedostatni dzień życia też spędził w biegu. Rano pokazywał swój najnowszy film „0_1_0” w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, miał próbę spektaklu „Prawo Mc Governa” w Starej Prochowni, potem do późna prowadził próbę czytaną sztuki Havla w „Gazecie Wyborczej”. „Był zrelaksowany, wesoły” – wspominał Maciej Kowalewski, który jako jeden z ostatnich widział Piotra. A następnego dnia nie żył.

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Tego dnia nie było mnie w Warszawie, wyjechałam z siostrą na Mazury. W przeddzień jego śmierci rozmawialiśmy kilkakrotnie. Ostatni raz o drugiej w nocy. Nie odebrałam żadnego sygnału, że się źle czuje, że coś jest nie tak. Przeciwnie, był szczęśliwy, że próba w „Gazecie” się udała, przyszli wszyscy, jego ukochani aktorzy, było mnóstwo ludzi. Z perspektywy tego, co się stało, niektóre sytuacje nabierają symbolicznego znaczenia. Kilka osób mówiło, że nie mogło się rozstać z Piotrem. On się zawsze wylewnie żegnał, ale tym razem szczególnie. Mam podobne uczucie. Wyjeżdżałam z Warszawy w środę. We wtorek wieczorem Piotr pokazywał swój film w kinie. Miałam wrócić do domu przed jego wyjściem. Zadzwoniłam, że nie zdążę, a on powiedział coś, na co wtedy nie zwróciłam uwagi: „To już się nie zobaczymy...”. I teraz to wciąż brzmi mi w uszach.

GALA: Podczas tej czytanej próby Izabella Cywińska przepraszała, że nie może zostać do końca, a Piotr na to: „Ale nie zapomnij mnie uściskać przed wyjściem”. Sztuka nosiła tytuł „Odejścia”. Los daje nam znaki?

 

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Jest mnóstwo takich znaków. Wieczorem 18 czerwca na próbę sztuki Zbigniewa Hołdysa przyszedł fotografik Tomek Sikora. Piotr zaaranżował zdjęcia: przy stole na tle muru posadził trzech młodych, półnagich aktorów. Sam stanął za nimi i nad ich głowami zrobił gest błogosławieństwa. Aparat zarejestrował wszystkie jego fazy. Na końcu Piotr pochyla się nad chłopcami i rozpościera ramiona. Zdjęcia są niesamowite, trudno ich nie odczytać jako znaku. Jest także ostatni film Piotra, opowieść o losach siedmiu par, dziejąca się w ciągu 24 godzin. Te historie łączy postać spikera radiowego, który zapowiada wielką nawałnicę. W ostatniej sekwencji filmu burza przychodzi – jest jak katharsis, oczyszcza. Kiedy po pogrzebie Piotra wychodziliśmy z cmentarza, rozpętała się dokładnie taka sama wielka nawałnica, z piorunami i ulewnym deszczem.

GALA: Coś przeczuwałaś?

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Nie miałam żadnych przeczuć. To dla mnie zdumiewające, ponieważ mieliśmy ze sobą niesłychanie silną łączność. Nasze małżeństwo polegało na bezustannym dialogu. W ciągu dnia kilkakrotnie do siebie dzwoniliśmy, często w tym samym momencie. A ja nie odebrałam żadnego sygnału! Piotr wstał, zjadł śniadanie, wykąpał się, ubrał i wyszedł z domu. Po paru minutach wrócił. Pani Ani, która przyszła sprzątać, powiedział, że boli go żołądek. Położył się na sofie w salonie, chwyciły go torsje. Upierał się, żeby nie wzywać lekarza. Po czym poszedł na górę i położył się na swoim łóżku, czego nigdy w ciągu dnia nie robił. Pani Ania proponowała, że może jednak wezwie pogotowie, ale Piotr dalej nie chciał o tym słyszeć, więc go przykryła, podała krople miętowe i zeszła na dół. Po kilku minutach wróciła. Już nie żył.

GALA: Czy spodziewałaś się, że Piotr cieszy się aż tak wielką sympatią? Jego pogrzeb był wielką manifestacją jedności z tobą i rodziną. W kościele Kamedułów na Bielanach po mszy i niesamowitej homilii, którą wygłosił ksiądz Wojtek Drozdowicz, artyści śpiewali, grali, wspominali Piotra, m.in. Maria Peszek, Zbigniew Hołdys, Krzysztof Majchrzak. Na forach internetowych pojawiło się dużo pięknych słów: ciepły, serdeczny, spieszący z pomocą, prostolinijny, odważny, uczciwy, pełen wiary w ludzi.

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: To dla mnie wielki dar, bo w tej mojej trudnej sytuacji poczucie pustki jest okropne. Od ludzi, nie tylko mi najbliższych, odebrałam wielki ładunek serdeczności. Jak również, co niezwykłe w naszym zabieganym, niechlujnym w stosunkach międzyludzkich życiu, wsparcie konkretnym działaniem. Powstało dużo inicjatyw, żeby uczcić pamięć Piotra, łącznie z książką wydaną przez jego przyjaciół. Piotr niezwykle hojnie obdarowywał ludzi. Nawet podśmiewaliśmy się z niego, że bez opamiętania rozdaje swoje rady. On uwielbiał bezinteresownie ludzi łączyć, pomagać im. Siedział z kimś do rana w montażowni, doradzał. I teraz okazało się, że energia, którą tak spontanicznie rozdawał, wraca. To krzepiące. Bo mogłoby się wydawać, że współczesny świat nie zauważa takich gestów, unieważnia je. A jego wysiłek został nie tylko zauważony, ale i w ludziach powstała potrzeba, żeby mu tę energię oddać. Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak wiele znaczył dla tylu osób. I że codziennie wykonywał wielką duchową pracę. Spotkanie, które odbyło się po pogrzebie Piotra w podziemiach kościoła Ojców Kamedułów, przybrało formę niezwykłego koncertu. Ci, z którymi Piotr się zetknął, mieli potrzebę powiedzenia wiersza, zaśpiewania piosenki. To było coś więcej niż stypa. Wszyscy mówili, że wyszli stamtąd naładowani energią. Nie smutkiem, rozpaczą, tylko energią. Nawet nasze dzieci.

GALA: Jak zniosły śmierć ojca?

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Bałam się, że świat im się zawali. Tak mocno byli ze sobą związani. Ale okazało się, że Piotr wyposażył ich w taką dawkę bezwarunkowej miłości, dał im taki ładunek siły, że nie wyszli z tej tragedii złamani. Przeciwnie, stali się bardziej dojrzali, wzmocnieni. Ta śmierć ich nie podcięła. Był troskliwy w stosunku do dzieci. Dbał o ich rozwój duchowy, edukację filmową i muzyczną. Od lat współpracował z Antkiem. Świetnie się dogadywali.

GALA: Piotr miał również inne dzieci, tzw. dzieci Łazara. To grupa młodych aktorów, m.in.: Maria Peszek, Maria Seweryn, Rafał Mohr, Darek Toczek i Rafał Maćkowiak. Byli gotowi iść za nim w ogień.

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: (śmiech) Rzeczywiście tak było. On im dawał poczucie bezpieczeństwa, całkowicie akceptował ich działania. To ich otwierało, sprawiało, że byli gotowi na ryzyko, pójście na całość. Piotr kochał ludzi, włączając w to aktorów i przyjaciół. Nigdy o nikim nie powiedział złego słowa. Czasami żartowaliśmy, że jest takim świętym Franciszkiem, który wszystkich rozgrzesza i widzi w nich tylko dobre strony.

GALA: Nie było żalu do męża i ojca o to, że poświęca czas innym?

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Gabrysia, nasza córka, podczas pożegnalnego spotkania powiedziała, że jako dziecko żałowała, iż nie wychowuje się w rodzinie, w której rodzice po pracy zajmują się tylko domem i dziećmi. Złościło ją, że w naszym życiu był ciągle obecny film i praca. A w pewnym momencie zrozumiała, jak wielkie to bogactwo. Z kolei Antek mówił, że miłość, którą otrzymał od Piotra, polegała na dawaniu sobie wolności. Ta zasada obowiązywała również w naszym związku. Nie byliśmy ze sobą sczepieni. Najtrudniej było, gdy dzieci były małe. Udawało się dzięki pomocy naszych wspaniałych mam. Czasem żartowałam, że tak naprawdę wyszłam za mamę Piotra (śmiech). On często wyjeżdżał, gdyż dużo pracował również poza Warszawą. Ale jak już byliśmy razem, to intensywnie.

GALA: Jaki okres wspólnego życia uważasz za najszczęśliwszy?

 

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Chyba ostatni, gdy zostaliśmy sami. Najpierw na studia w Krakowie wyprowadził się Antek, potem Gabrysia. Między mną a Piotrem bywało różnie. Nie chciałabym, żeby powstało mdłe wrażenie, że był ideałem, a nasze małżeństwo było bezproblemowe, że kochaliśmy się i żyliśmy jak papużki. Bo tak nie było. To był normalny związek, który przeżywał trudne i lepsze momenty. Jak w życiu. Jednocześnie podstawowe spoiwo było silne, nigdy się na nim nie zawiodłam i myślę, że on też. Mieliśmy do siebie zaufanie. Nie musieliśmy się wzajemnie kontrolować, sprawdzać. Była między nami ciągła potrzeba rozmawiania ze sobą, wzajemnie stymulująca wymiana, najbardziej istotna sfera w naszym związku. W ostatnim okresie miałam poczucie, że Piotr dojrzał zawodowo, wszedł na swoją drogę. Jego ostatni piękny film jest tego świadectwem.

GALA: Nie było syndromu wypalonego gniazda?

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Fajnie się poczuliśmy, zaczęliśmy myśleć o sobie. Piotr miał zredukowany program potrzeb materialnych (śmiech). Kompletnie nie zwracał na to uwagi. Jego świat to filmy, książki i płyty. I na to wyłącznie wydawał pieniądze. Dużo wysiłku kosztowało mnie, żeby go namówić na dom. To było moje marzenie – dom z ogrodem, w którym można siedzieć, przyjmować gości. W którym dzieci miałyby swój kąt, żeby zawsze mogły tam przyjechać. Długo się do tego przymierzaliśmy. Wreszcie sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy w Wawrze dworek z 1928 roku do remontu. Piotr też cieszył się tym domem. Przypominał mu dom dziadków w Miasteczku Śląskim, w którym spędził część dzieciństwa. Mieliśmy poczucie, że wreszcie budujemy przystań. A teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym w nim zamieszkać.

GALA: Jesteś bezdomna.

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Ale się tym nie przejmuję. Na razie mieszkania użyczyli mi przyjaciele. Dom będę musiała sprzedać. Etap takiego tułactwa przywraca uczciwą perspektywę życiu. Bo przecież jesteśmy tu tylko na jakiś czas, a żyjemy, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Z mojego dramatu staram się wyciągać wzbogacające elementy. Chińskie przysłowie mówi: „Jak upadasz, pamiętaj, żeby nie wstawać z pustymi rękoma”. Więc mam poczucie, że dźwigam się, nabierając coś w garście. Jednocześnie przeżywam dramat, bo wszystko skończyło się jak za ucięciem noża. Zamknęło. Nasz dom, wspólne życie, jak w dobrym scenariuszu filmowym. Piotr spakował się do 80 kartonów i odjechał, zostawiając mnie z tym dobytkiem.

GALA: W tych garściach są też rzeczy, które Piotr zostawił, projekty, scenariusze...

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Nie chciałabym przyjąć roli kogoś, kto coś za niego kończy. Być może podejmę się jednej tylko rzeczy, jego ukochanego projektu, z którym się nosił od lat. To film oparty na prawdziwym wydarzeniu, kiedy stary człowiek, broniąc się przed chuliganami, śmiertelnie ich ranił. Robię bilans życia. W warstwie materialnej nie osiągnęliśmy wiele, ale to nigdy nie było naszym celem. Piotr kiedyś powiedział, że „nie mieliśmy jaguara. Nawet bardzo nie mieliśmy jaguara” (śmiech). To prawda. Najważniejszą schedą po nim jest poczucie, że byłam z kimś bliskim, na kim się nigdy nie zawiodłam, i że mam wspaniałe, utalentowane dzieci. I to, że dużo osób nas ceniło, kochało, dla których byliśmy ważni jako para. Zostałam hojnie obdarowana przez życie.

GALA: Żałobę można przeżywać jako rozpacz, depresję, pogodzenie się z losem aż po bunt i rodzaj wyzwolenia...

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Najtrudniejsze są powroty do pustego domu. Niedawno leciałam do Japonii na premierę swojej sztuki o Januszu Korczaku. Przed podróżą opanowała mnie rozpacz. Zdałam sobie sprawę, że jadę na drugi koniec świata i nikt nie będzie na mnie czekał. W oswojeniu samotności pomaga mi kotka, która przyplątała się do nas latem w Bretanii. Piotr też ją uwielbiał. Jest niezwykle czuła. Gdy jestem w trudnym stanie, od razu się przy mnie zjawia, ociera, mruczy. Wspierają mnie dzieci i przyjaciele. Pomagają przetrwać. Ale najlepszą terapią jest praca. Kiedy intensywnie pracuję, zapominam. Zmierzenie się ze śmiercią Piotra polega też na tym, żeby w metafizycznym sensie pozwolić mu odejść. Tłumaczę sobie, że gdyby jakimś cudem udało się go uratować z zawału, a musiał być rozległy, skoro tak mocno uderzył, oznaczałoby to miesiące rekonwalescencji, totalnej zmiany stylu życia. Dla Piotra byłoby to męką. Moja rozpacz jest silna. Ale staram się ją kontrolować. Dać jej upust, ale nie popaść w depresję, rodzaj wymówki przed życiem. A łatwo jest się ześliznąć po tej równi pochyłej. W dorosłym życiu nie zmierzyłam się z odejściem kogoś bliskiego. Wydawało mi się, że w takim momencie będę chciała się odizolować, przeżyć to sama. Jest odwrotnie. Otworzyłam się na ludzi, mam potrzebę mówienia o tym z nimi.

GALA: Jaki był najbardziej wzruszający moment w państwa związku?

MAGDALENA ŁAZARKIEWICZ: Obserwowanie Piotra w roli dziadka. Niezwykle kochał wnuczki, Antosię i Milenkę. Objawiły się w nim cechy, których nie okazywał wcześniej. Bo kiedy nasze dzieci były małe, byliśmy młodzi i bardzo zabiegani. Ostatniej zimy pojechaliśmy z dziewczynkami na dwa tygodnie do Zakopanego. Piotrek był absolutnie szczęśliwy, uczył je jeździć na nartach, opiekował się nimi jak najczulszy opiekun. Zobaczyłam, jaki jest cierpliwy i troskliwy. Jak pięknie się spełnia w tej roli.