GALA: Kiedyś ładne, ambitne dziewczyny często wyjeżdżały z Polski „zrobić karierę w Hollywood”. Czy pani też opuszczała kraj z myślą żeby podbić świat?

MAGDALENA MIELCARZ: Nigdy nie jechałam nigdzie, żeby „zrobić karierę”. Myślę, że to hasło należy do minionej epoki. Czuję się częścią nowej generacji, która sobie żyje, gdzie chce, trochę tu, trochę tam. Świat jest dla nas otwarty, jak chcę jechać do Nowego Jorku, to jadę. Albo do Rzymu, Paryża, Sankt Petersburga. W różnych częściach świata przeżyłam całą masę rzeczy w ciągu tych ostatnich dziesięciu lat.

GALA: Miała pani 16 lat i zamieszkała sama w Paryżu. Do tego potrzeba odwagi, ciekawości, wiary w siebie?

MAGDALENA MIELCARZ: Kiedy chodziłam do szkoły, cały czas miałam poczucie, że życie toczy się gdzie indziej, bo w Warszawie jest tak spokojnie, tak przewidywalnie, znam wszystkich ludzi, wszystkie kąty. Bałam się takiego scenariusza, że jak dorosnę, to rano będę wychodziła do pracy na osiem godzin, o piątej po południu ulubiony serial w telewizji, potem na zakupy do tego samego sklepu co zawsze, a po drodze pogawędka z sąsiadką. Chciałam bawić się w życiu, uczyć, zbierać doświadczenia, podróżować. Moim największym problemem zawsze było to, że nie mogę być w kilku miejscach jednocześnie, żeby spróbować wszystkiego.

GALA: Nowy Jork nadaje się do tego idealnie.

MAGDALENA MIELCARZ: Zobaczyłam, że życie, którego mi tak brakowało, toczy się właśnie tam. To miasto nie cichnie nigdy. Zatłoczone, zaśmiecone, głośne, cudowne. Wiele miesięcy prawie nie spałam, musiałam zaspokoić swój głód akcji. O północy mogłam wyjść do kina albo poćwiczyć w klubie fitness, posiedzieć dwie godziny na podłodze w księgarni, czytając książki i przeglądając albumy, wpaść na koncert do Brooklyn Academy of Music, popływać łódką w Central Parku. Pracowałam, zapisałam się do prestiżowego Maggie Flanigan Studio w Chelsea, chodziłam na lekcje montażu filmowego w Apple Store w Soho. Wystarczyło, że stałam na ulicy, wdychałam powietrze szeroko rozstawionymi nozdrzami i czułam, że żyję.

GALA: Najważniejsza lekcja?

MAGDALENA MIELCARZ: Że muszę zarabiać, choćby niewiele, ale muszę mieć swoje pieniądze. To mi daje poczucie wartości i odrębności. Raz miałam taki czas, że byłam bez pracy i utrzymywałam się dzięki pomocy męża. Czułam się zależna, nienawidziłam tego, mimo że mąż nigdy nie wyliczałby mi wydatków. Zresztą nie zniosłabym mężczyzny, który jest ode mnie zależny. Zniszczyłabym go. Wiem, że to nieładne, ale przejechałabym się po nim tam i z powrotem ciężarówką. Dla mnie możliwość pójścia do pracy i zarabiania jest wielkim błogosławieństwem. Praca to godność.

GALA: Ostatnio spędziła pani dużo czasu w Rosji na planie wielkiej superprodukcji, melodramatu „Taras Bulba”, w którym gra pani główną rolę.

MAGDALENA MIELCARZ: Dużo ludzi mnie pytało: „Dlaczego grasz w antypolskim filmie?”. Co ciekawe, żadna z osób, które zadały mi to pytanie, nie wiedziała, o czym jest film, nie przeczytała nawet książki. Wystarczyło, że usłyszeli, że ktoś bije się z Polakami, żeby założyć, że to musi być antypolska historia. A Polacy są tam przedstawieni jako panowie, ludzie możni, dużej kultury. Gram polską szlachciankę, która zakochuje się z wzajemnością w synu kozackiego wodza. I jak to w rosyjskiej literaturze bywa, wielka miłość kończy się śmiercią bohaterów. Cieszyłam się, że zamieszkam w Rosji, bo jej kompletnie nie znałam. Jako dziecko raz byłam w Moskwie z rodzicami, jadłam jakieś cieknące po palcach lody i widziałam gnijącego Lenina.

GALA: Nowy Jork i Sankt Petersburg to odrębne światy.

MAGDALENA MIELCARZ: Inna kultura, mentalność, inni ludzie. Zaczęło się ciekawie już na lotnisku w Warszawie, gdzie przyleciałam z Nowego Jorku. Czekałam na mojego przewodnika, panią Natalię. To Rosjanka, tłumaczka polskich filmów, przyjaciółka polskich aktorów. Godzina umówiona mija, a jej nie ma. Nie mam biletu, nie wiem, gdzie w Petersburgu mieszkam, gdzie są próbne zdjęcia, nie wiem nic. Po półgodzinie zaczynam się poważnie denerwować, nagle patrzę – idzie...

GALA: Skąd pani wiedziała, że to ona?

 

MAGDALENA MIELCARZ: Był styczeń, trzaskający mróz, pani Natalia miała ogromne słoneczne okulary, ubrana w motywy zwierzęce, to znaczy pantery, pantery, pantery wszędzie. Kobieta rosyjska musi być szykowna! Przywitałyśmy się. „Magdziuś, biez nas nikto nie poleti. Ja pod gwiazdą podróżnika urodzona jestem” – uśmiechnęła się beztrosko. W samolocie zakochałam się i w niej, i w jej rosyjskiej duszy. Nie znałam scenariusza, Natalia opowiadała mi, o czym będzie film. On ją zobaczył, ona się w nim zakochała, on zdradził ojca, ojciec mu nie wybaczył... dała się ponieść emocjom i zalała łzami. No, to ja też w ryk. Przybiegła stewardesa i pyta: „Co się stało?”. A my obie we łzach, że nic. Potem opowiedziała mi kawał swojego życia. O mamie, która pracowała daleko od Moskwy, w kuchni jakiegoś kołchozu. Raz na trzy miesiące przyjeżdżała do rodziny, żeby przywieźć woreczek cukru, który uzbierała, odkładając codziennie po odrobince. Jechała piętnaście godzin, pociągiem towarowym, większość czasu wisząc na zewnątrz, uczepiona jakiejś poręczy. To były historie z Marsa. Kobieta, która ma tak niewiele, jest jedną z najszczęśliwszych kobiet, jakie znam. Mówiła mi: „Magdziuś, ty nie bojsia. Budiet, kak my chotiem”. I tak było do końca. Natalia jest moją życiową inspiracją.

GALA: Dla aktorki przesiąkniętej pragmatyzmem i profesjonalizmem Zachodu Rosja to duże wyzwanie?

MAGDALENA MIELCARZ: W pracy wszystko szło na żywioł. „Hurra, jadiem, a kak nie pajdiot, to pierdut”, ale coś się będzie działo. Człowiek od ustawiania walk, Amerykanin, jego dziełem był „Gladiator” z Russellem Crowe’em, w połowie filmu odszedł. Był kompletnie zagubiony, nie wiedział, jak z Rosjanami pracować. Dla mnie to też było przeżycie. Pamiętam, jak grałam we Włoszech w filmie z Danielem Auteuilem. Przylatuję na lotnisko w Mediolanie, jest kierowca z kartką z moim nazwiskiem, jest mercedes, który na mnie czeka. Jedziemy do hotelu, w pokoju witają mnie kosze owoców i kwiatów. Na stole leży list od jednego z kierowników produkcji. On też mnie wita i cieszy się, że tu jestem. Tłumaczy, że mam godzinę wolnego czasu, więc lunch mogę zjeść na miejscu albo wyjść do knajpki. Obok załączona mapka z adresami najlepszych okolicznych restauracji! Na kolejnej kartce nazwiska i telefony osób z produkcji, na wypadek gdybym nagle czegoś potrzebowała. Obok telefon komórkowy z włoską kartą, żeby mnie nie narażać na prywatne koszty. Kolejna kartka to szczegółowa rozpiska każdego dnia: o tej godzinie przymiarki, o tej próby, tu przerwa, tu rozmowa z reżyserem, tu zajęcia z coachem od dialogów. Kompletnie inny świat. Świat, gdzie wszystko jest zorganizowane, objaśnione, ustawione, przewidziane, ułożone, zabezpieczone.

GALA: Trochę to nie pasuje do temperamentu Rosjan.

MAGDALENA MIELCARZ: Byłam zachwycona, bo oni są genialnymi artystami. Rosjanie mają duszę, fantazję, oddają się jej. Zachowują się tak, jakby nie było jutra. Żyjemy dziś! Jak człowiek w to wpadnie, to nie chce wracać do rzeczywistości. Dawaj, wydam ostatnie pieniądze, ale postawię wszystkim kawior. Nie w jakiejś taniej knajpce, żeby mi zostało jeszcze trochę grosza na śniadanie. O nie! Postawię najlepszy kawior i dla wszystkich. Jak idziemy na balangę, to na całość. Zna pani zabawę „niedźwiedź tam, niedźwiedź z powrotem”?

GALA: Nie.

MAGDALENA MIELCARZ: To oznaka męskości. Wypełniamy kufel piwem, palec trzymamy tak, żeby zaznaczyć jego poziom. Wypijamy za jednym zamachem, ile się da, sprawdzamy, ile ubyło, różnicę wyrównujemy, dolewając wódki. Kolejny łyk, kolejna dolewka, aż piwo zamieni się w wódkę. To był „niedźwiedź tam”. Potem na odwrót, czyli „niedźwiedź z powrotem”. Pijemy wódkę, dolewamy piwo... Nawet nie próbowałam. Tam się żyje na całość, każdą minutą. To piekielnie filmowe, uwodzące.

GALA: Ale jest też ciemna strona rosyjskiej duszy.

MAGDALENA MIELCARZ: Po kilku miesiącach zobaczyłam, że fajnie jest doświadczyć tej fantazji, ale jak myślisz tylko o dniu dzisiejszym i nic innego się nie liczy, to jest bardzo destrukcyjne. Rosjanie żyją dekadenckim życiem. Tak nie można żyć na co dzień.

GALA: Zdarzyło się pani kompletnie przekroczyć granice?

MAGDALENA MIELCARZ: Jak byłam młodsza, to przez wychowanie byłam bardzo poukładana. Miałam czujne radary. Jak tylko coś wzbudzało moją nieufność, zapalało się światło: nie, nie, nie. Nie dam się ponieść. Strasznie bałam się, że coś albo ktoś przejmie nade mną kontrolę, że nie będę dłużej swoim panem. Ale...

GALA: Raz się jednak coś zdarzyło?

MAGDALENA MIELCARZ: Dzisiaj nigdy bym tego nie zrobiła. To było moje jedyne doświadczenie z marihuaną. Agencja wysłała mnie na Majorkę, na sesję sukien ślubnych. To była wielka sesja, prestiżowe zdjęcia, zostałam zakontraktowana na dziesięć dni, za bardzo duże pieniądze. Któregoś dnia zostałam zachęcona i wypaliłam skręta z trawką. Nie podziałało to na mnie najlepiej. Dostałam kompletnej paranoi. A ponieważ nie miałam doświadczenia, nie potrafiłam sobie z tym dziwnym stanem poradzić. Zaczęłam chodzić po studiu w tych sukniach ślubnych i pytać każdego po kolei, czy sprawdził drzwi, czy są zamknięte, czy nikt mnie nie śledzi. Patrzono na mnie lekko podejrzliwie, ale nikt się nie domyślił, o co chodzi. W przerwie obiadowej nie wytrzymałam napięcia. Wyszłam w tej sukni ślubnej na ulicę, złapałam taksówkę i kazałam się zawieźć na lotnisko w Palma de Mallorca. Tego samego dnia, nie za bardzo pamiętam jak, wróciłam do Warszawy.

GALA: Puenty chyba się domyślam.

MAGDALENA MIELCARZ: Agencja wyrzuciła mnie na zbity pysk i przez trzy lata miałam totalny szlaban na pracę w Hiszpanii. Tak się przestraszyłam skutków „zabawy”, że od tej pory nie korzystam z żadnych używek, poza winem w małych ilościach. Nie jestem w stanie kijem dotknąć czegokolwiek, tak boję się utraty władzy nad sobą. Jestem za to wydarzenie wdzięczna losowi.

GALA: Rosja to zamknięty rozdział. Co pani zostało?

MAGDALENA MIELCARZ: Mnóstwo przeżyć i prezent od Natalii, kwintesencja jej duszy. Posrebrzane serce, taka okrągła bryła. Jak się ją podnosi, wydaje delikatny, nieokreślony brzęk. Trzymam je koło łóżka. Przypomina mi Natalię, za którą bardzo tęsknię. Przypomina mi o tym, że nie potrzebuję wiele, żeby być szczęśliwa. Nie muszę mieć kosmicznego domu ani samochodu, bo nie to sprawia, że mi się krew w żyłach gotuje. „Magdziuś, są trzy rzeczy, dla których warto żyć” – powiedziała Natalia. – „Miłość, twórczość, podróże. A marzenia się spełniają”.

GALA: Zastanawiam się, czy uroda, atrakcyjny wygląd mogą czasami stwarzać kobiecie kłopoty?

 

MAGDALENA MIELCARZ: Kłopoty pojawiają się wtedy, kiedy inne kobiety mają problem z twoim wyglądem. Zakładają, że twoja uroda może im w czymś zagrażać. Pamiętam premierę „Quo vadis”, lata świetlne temu. Byliśmy w Teatrze Wielkim, cała ekipa: twórcy, producenci, aktorzy, staliśmy przy wejściu, witając dziesiątki znamienitych gości. Pierwszy stał pan Jerzy Kawalerowicz, następna w kolejce byłam ja. W pewnym momencie przyszła pani z mężem, wielkim inwestorem, który znacząco sponsorował nasz film. Pani w wieku, trudno mi dziś powiedzieć jakim, nie za stara, nie za młoda, między 40 a 50 lat, niesłychanie zadbana, wspaniale ubrana, na pewno kiedyś bardzo piękna. Podeszła do pana Jerzego Kawalerowicza, podała mu rękę i patrząc na mnie z lisim uśmiechem, zapytała: „Ojejku! Czy ona jest równie głupia jak ładna?!” – jakby mnie tam nie było, jakbym była powietrzem. Strasznie mnie zabolało, że ktoś obcy, nieznający mnie wcale potrafi powiedzieć o mnie coś tak nieładnego. Wychowano mnie tak, że starszym ode mnie ludziom nie odpowiada się niegrzecznie, więc nic nie powiedziałam. Dziś zachowałabym się inaczej.

GALA: Paryż, Nowy Jork, Sankt Petersburg, Warszawa. Gdzie teraz jest pani miejsce?

MAGDALENA MIELCARZ: Jeszcze kilka miesięcy temu bez wahania odpowiedziałabym pani, że spędzę całe życie w Nowym Jorku. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Bywam bardzo zmienna. Czasami zastanawiam się, jak mogłam kiedykolwiek istnieć gdzie indziej poza Nowym Jorkiem, ale teraz... (milczenie). Nie potrafiłam przewidzieć, że to się tak diametralnie zmieni. Kiedy jestem teraz w tym mieście i non stop słyszę jeżdżące na sygnale karetki i wozy strażackie, drażni mnie to maksymalnie. Najlepiej czuję się na wsi, gdzie kury pieją. Tęsknię za Europą, za architekturą, która jest stara, za rozwalającymi się domami, bo to mi daje poczucie przynależności. Fatalnie czuję się w domach, które nie są zbudowane z cegieł. W Stanach większość domów buduje się z jakiejś, nie wiem, „podziałki”? Walniesz mocniej w ścianę i robi się dziura na wylot. Przejdzie huragan, domy składają się jak karty. Estetyka rzeczy, które mnie otaczają, działa na moją wyobraźnię. Jak mi się gdzieś nie podoba, źle się tam czuję. Byłam niedawno w Nowym Jorku na przypadkowej kolacji w nieprawdopodobnym mieszkaniu: wszędzie kwiatki – na ścianach, tapetach, zasłonach, obiciach, obrusach, w wazonach... Wnętrze urządzone oczywiście za obłędne pieniądze, przez panią domu jakby żywcem wyjętą z serialu „Żony ze Stepford”. Było tam tak duszno, że miałam ochotę złapać za kij do bejsbola i wszystko porozwalać.

GALA: Dobrze, stara architektura, wieś, domy z cegły... Ale tak naprawdę czego pani tam najbardziej brakuje?

MAGDALENA MIELCARZ: Rozmów po polsku.

GALA : Pani mąż jest Amerykaninem. Nie mówi po polsku?

MAGDALENA MIELCARZ: Kiedy poznałam Adriana, olśnieniem było odkrycie, że dwoje ludzi może mówić różnymi językami i być ze sobą dużo bliżej i rozumieć się dużo bardziej niż para, która mówi jednym językiem i jest wychowana według tych samych wzorców. Ale po kilku latach życia w Nowym Jorku poczułam, jak jestem uzależniona od naszego języka. Bardzo dobrze znam angielski, ale nigdy nie miałam z czytania tak wielkiej przyjemności, jaką mam, czytając po polsku. Teraz kończę „Furię” Salmana Rushdiego, którą wcześniej przeczytałam po angielsku. I tam jest takie zdanie o pewnej kobiecie: „Popadała w narracyjny trans. Niebezpieczna, niepohamowana potęga opowieści”. Brzmi genialnie, czuje się smak każdego słowa! Po angielsku wszystko zawiera się w stwierdzeniu: „She would plunge into narrative. The dangerous, unsupressable power of the tale”, a takie zdanie ma zupełnie inne brzmienie! O ile większa przyjemność czytać je po polsku.

GALA: Uczy pani męża polskiego?

MAGDALENA MIELCARZ: Często mówię do niego po polsku w takich drobnych, codziennych sytuacjach. Na razie jest na podstawowym poziomie dogadywania się, ale bardzo mi zależy, żeby kiedyś nauczył się mówić dobrze. Lubimy razem czytać wieczorem, np. wiersze Wisławy Szymborskiej. Mamy takie dwujęzyczne wydanie: po lewej tekst polski, po prawej angielski, siadamy obok siebie i każdy rozkoszuje się swoją wersją. A na koniec zawsze czytam na głos po polsku.

GALA: Wróci pani do Polski na dłużej?

MAGDALENA MIELCARZ: Nie wiem. Na razie przyjechałam na miesiąc do Warszawy, gram postać Julii w serialu „BrzydUla” i bardzo się cieszę, że tu jestem.

GALA: Jak się pani tu czuje?

MAGDALENA MIELCARZ: Jak w domu. Dwa dni temu jechałam taksówką na Dworzec Centralny i słuchałam w radiu Grzegorza Ciechowskiego „Nie pytaj o Polskę”, stary, ale jaki prawdziwy utwór (zaczyna nucić): „Te brudne dworce, gdzie spotykam ją, te tłumy, które cicho klną, ten pijak, który mruczy coś przez sen, że póki my żyjemy, ona żyje też. Nie pytaj mnie, co widzę w niej, nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie...”. Z uśmiechem wysiadłam z taksówki, popatrzyłam na dworzec i pomyślałam: „Boże, jak tu jest obrzydliwie brzydko! Tu jest tak brzydko, że to aż nieludzkie”. Ale z drugiej strony jest jakaś uroda w tych naszych mgłach, jakaś piękna melancholia w tej zimie, która trwa siedem miesięcy. Nienawidzę różnych rzeczy, a jednocześnie czuję się tutaj tak bardzo w domu.

GALA: Gdzie pani mieszka?

MAGDALENA MIELCARZ: Chwilowo u rodziców, ponieważ pojawiłam się w Warszawie dość niespodziewanie i moje mieszkanie jest wynajęte. Śmieję się z mamą, że chyba załatwiam sobie jakieś sprawy z przeszłości, bo jak byłam mała, ciągle mnie w domu nie było. Byłam 16-letnią dziewczynką, kiedy w Paryżu dostałam pierwszą pracę i zamieszkałam tam sama. Chyba wyjechałam trochę za wcześnie i dlatego teraz zachowuję się jak dziecko: „Mamusiu, a zrobisz mi to, mamusiu, a ugotujesz mi tamto, mamusiu, a może...”. Jest to żenujące, wiem, totalny obciach. „Ty stara krowo, ile ty masz lat?!”, patrzę na siebie i się wstydzę, ale uwielbiam to. Uwielbiam, jak mama się mną opiekuje.