Można mnie kochać lub nienawidzić. Nic pomiędzy” – deklaruje odważnie. W tym, co mówi, czuć wiarę we własne możliwości i pewność siebie, która może drażnić. A ja mam wrażenie, że Magda po prostu czuje, że nadchodzi jej czas. Poza „Kryminalnymi” niebawem zobaczymy ją w komedii romantycznej „Nie kłam, kochanie” obok Piotra Adamczyka, Marty Żmudy-Trzebiatowskiej, Grażyny Szapołowskiej i Beaty Tyszkiewicz. Ma być też jedną z gwiazd superprodukcji „Kochaj i tańcz”. Gdy opowiada o planach, widać, że wkłada w pracę wiele serca. Ale jest w tym też spora dawka autoironii.

GALA: Słyniesz z tego, że lubisz się wygłupiać. Czy potrafisz śmiać się także z siebie?

MAGDALENA SCHEJBAL: Uwielbiam, ale jeszcze więcej frajdy sprawia mi śmianie się z kolegów na planie „Kryminalnych”. Nabijam się z nich, gdy udają macho. A oni nie pozostają dłużni, kiedy zdarza mi się być słabą kobietką, taką: popatrz, jaka jestem biedna i „taka mała” (śmiech). Wszyscy mamy w sobie dużo autoironii.

GALA: Zawsze ją miałaś?

MAGDALENA SCHEJBAL: Nie, musiałam się nauczyć, podobnie jak pewności siebie. Bo w dzieciństwie byłam zahukana i zakompleksiona. Do tego stopnia, że przychodziłam do szkoły przygotowana, wszystko umiałam, a mimo to nie byłam w stanie zgłosić się do odpowiedzi. Zamiast podnieść rękę, siedziałam jak sparaliżowana. I wszystko brałam do siebie. Poniekąd zostało mi to do dzisiaj.

GALA: Dyplomacji też już się nauczyłaś?

MAGDALENA SCHEJBAL: Bywa ze mną ciężko. Już w liceum moja przyjaciółka twierdziła, że mnie można albo lubić, albo nienawidzić. Trochę przesadziła, ale nie da się ukryć, że jestem dziewczyną z charakterem. I nie będę się z tego tłumaczyć. A co do dyplomacji: zawsze dążę do dialogu, to taka naleciałość zawodowa.

GALA: Przestałaś się buntować?

MAGDALENA SCHEJBAL: Jeśli bunt ma się w sobie i jest on po prostu cechą charakteru, to zostaje w człowieku do końca życia. Bywa kłopotliwy, bo na przykład wszyscy chcą iść na pizzę, a ty na sushi i wtedy robi się problem.

GALA: Ja nazwałabym to uporem.

MAGDALENA SCHEJBAL: Jak zwał, tak zwał, ale to właśnie ta cecha, którą ja z uporem będę nazywała buntem, nie pozwala mi godzić się na więcej niż dwanaście godzin na planie. Pomaga też zachować zimną krew w relacjach z pracodawcami, a czasem zbudować rolę. I pozwala też być nieprzeciętnym. Ostatnio dużo wśród nas ludzi, którzy garną się do aktorstwa, ale nie bardzo wiedzą, czym to się je. A wracając do buntu: trudno się buntować w konformistycznym społeczeństwie, gdzie strach przed odrzuceniem, utratą pracy czy sklasyfikowaniem jako „trudny we współpracy” jest silniejszy od poczucia sprawiedliwości. To tak jak z tak zwanym fochem. Facetom jest łatwiej uznać, że dziewczyna ma „focha”, niż pomyśleć, że może coś jest na rzeczy. Analogicznie łatwiej uznać kogoś za buntownika, niż zobaczyć w nim osobowość, charakter, sprawę, która za nim stoi.

GALA: I nie uderzyła ci woda sodowa do głowy?

MAGDALENA SCHEJBAL: Nie uderzyła. Jestem taką Magdą, jaką zawsze byłam i jaką ludzie mnie znali: dowcipną, spontaniczną i wrażliwą. Sukces sukcesem, ale potrzeba jeszcze wewnętrznej zgody na wszystko, co mu towarzyszy: na splendor, media i środowisko nieprzychylnych, na plotki. Trzeba mieć dużo cierpliwości i „zrozumienia” dla paparazzich pod domem i dla sąsiadek w oknach, patrzących ukradkiem, kiedy jestem na spacerze z psem. Wciąż trudno mi się do tego przyzwyczaić.

GALA: Nie dziwię się.

MAGDALENA SCHEJBAL: Dawniej, jeszcze przed tym szaleństwem, byłam mniej skrępowana i nie potrafiłam się ugiąć, nawet jeśli ktoś miał rację. Dzisiaj muszę uważać na to, co i komu mówię. Gdy wybieramy się z siostrą na zakupy do centrum handlowego, Kaśka często kopie mnie w kostkę, kiedy zdarzy mi się głośno przekląć. Dawniej nawet bym o tym nie pomyślała albo byłoby mi to obojętne.

GALA: Dorosłaś?

MAGDALENA SCHEJBAL: Jako dziecko byłam cichym cielątkiem, jako nastolatka – dzikusem, a teraz? Nie wiem.

GALA: Często powtarzałaś, że chciałabyś zagrać w komedii. Czy rola w „Nie kłam, kochanie” była spełnieniem tych marzeń?

MAGDALENA SCHEJBAL: To była fajna przygoda i kolejne wyzwanie. Mam nadzieję, że film będzie bardziej śmieszny niż romantyczny, choć kanwą są miłostki dwóch dziewczyn.

GALA: Jeszcze chwila, a staniesz się specjalistką od komedii, bo podobno wywalczyłaś główną rolę w „Kochaj i tańcz”?

MAGDALENA SCHEJBAL: Też czytałam, że zdobyłam tę rolę. I to nie urodą, lecz talentem (śmiech).

GALA: Twój śmiech świadczy o tym, że naprawdę masz do siebie dystans.

MAGDALENA SCHEJBAL: Mam też świadomość, że nie jestem typową pięknością. Mam specyficzną urodę, charakter i przez to pewnie specyficzny talent.

GALA: Ale nawet gdy ma się taką samoświadomość i poczucie humoru, trudno czytać o sobie, że jest się aktorką jednego serialu?

 

MAGDALENA SCHEJBAL: Niech piszą, co chcą, byle po nazwisku. A poważnie: nie uważam się za aktorkę jednego serialu, choć teraz nią jestem i trudno udawać, że jest inaczej. Ale specjalnie mnie to nie bodzie. Może dlatego, że od fanów i widzów słyszę piękne słowa. Dziękują, że stworzyłam nowy typ bohaterki. Nie chcę, żeby zabrzmiało zarozumiale, ale w końcu Stanisław Mikulski dla pewnego pokolenia, bez względu na to, ile zagrał ról, już zawsze będzie Hansem Klossem. Fajnie jest grać kultową postać!

GALA: Pytanie, czy już na zawsze chciałabyś zostać Basią?

MAGDALENA SCHEJBAL: Dla niektórych na zawsze nią pozostanę. Ale jestem pewna, że ludzie będą mieli okazję zobaczyć mnie jeszcze w wielu rolach. Wiem, że przynajmniej moi fani tego chcą.

GALA: Fani chcą także wiedzieć o twoim życiu prywatnym, a ty chronisz je jak – nie przymierzając – niepodległości.

MAGDALENA SCHEJBAL: Wiele moich koleżanek i kolegów aktorów, ludzi show-biznesu, złości się, że gazety wypisują na ich temat niestworzone historie. Uważam, że niektórzy dają ku temu pretekst. Ja robię różne rzeczy, ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Dlatego nie dzwonię do gazet i nie informuję, że byłam tu czy tam, nie rozwodzę się na łamach ani nie rodzę dzieci na oczach tłumu. Jestem osobą publiczną i wiem, że będą pisali. I często sami na siłę znajdują powód, jak ostatnio. Niosłam deski ze sklepu, ktoś zrobił mi zdjęcie i powstał cały artykuł w jednej z codziennych gazet. Paranoja!

GALA: Często się śmiejesz, więc chyba jesteś szczęśliwa?

MAGDALENA SCHEJBAL: Tak. Dlatego, że mówię sobie, że jeszcze mogę wytrwać w tej rzeczywistości, w której jestem. Natomiast trzeba iść dalej i w końcu zdecydować, czy chcę być sama, czy nie? Czy chcę zakładać rodzinę? Nie da się wciąż żyć z dnia na dzień, na wariackich papierach. Tym bardziej że za chwilę przecież będę miała 30 lat.

GALA: Na planie „Kryminalnych” pracujesz głównie z mężczyznami. Czy przez to lepiej ich rozumiesz?

MAGDALENA SCHEJBAL: Coś ty, wciąż są dla mnie zagadką! (śmiech). Przez chwilę wprawdzie wydawało mi się, że już wszystko na ich temat wiem, ale szybko okazało się, że to nieprawda. Jednak dzięki temu, że tak często przebywamy razem, chyba łatwiej jest mi się godzić z różnymi sytuacjami życiowymi dotyczącymi mężczyzn. Bo choć dalej ich nie rozumiem, to akceptuję takimi, jakimi są.

GALA: Akceptujesz także to, że jest spora grupa mężczyzn, którzy wystrzegają się jak ognia kobiet wiedzących, czego chcą, samodzielnych – czyli takich jak ty?

MAGDALENA SCHEJBAL: Ich problem. Wprawdzie nie wyobrażam sobie życia bez mężczyzn, ale już przestałam się od nich tak chorobliwie uzależniać. I już nie szukam rozpaczliwie ani miłości, ani akceptacji. A kiedyś koleżanki śmiały się, że nie umiem żyć bez faceta.

GALA: I pewnie od razu chciałaś, żeby to był rycerz na białym koniu?

MAGDALENA SCHEJBAL: Oczywiście. Widziałam w wyobraźni mój warkocz spuszczony z okna wieży, żeby on mógł się po nim wspiąć i mnie wyswobodzić. Codzienność jest bardziej prozaiczna.

GALA: Ale chyba warto mieć ideał?

MAGDALENA SCHEJBAL: Nie mam ideału faceta. Śmieję się z dziewczynami, że byłam z tak różnymi chłopakami, że gdyby miały mi znaleźć narzeczonego, byłby problem. Dla mnie ważne jest poczucie bezpieczeństwa oraz to, żebym po powrocie do domu miała komu opowiedzieć o swoim szalonym życiu. Bo trudno ciągle katować nimi mamę.

GALA: Twój zawód ułatwia czy utrudnia związki?

MAGDALENA SCHEJBAL: Aktorstwo oznacza trudność w budowaniu jakichkolwiek związków, nie tylko damsko- męskich, ale też międzyludzkich. Część koleżanek z dzieciństwa odwróciła się ode mnie, bo jestem „na świeczniku”, a one gdzieś w swojej codzienności. Inne odeszły, bo myślą, że blichtr mnie pochłonął. Był też mężczyzna, który nie uniósł mojej popularności, ale przede wszystkim dlatego, że sam czuł się gwiazdą. A dwie gwiazdy na jednym metrze kwadratowym to było dla niego za wiele. Na szczęście zostali przy mnie jeszcze sprawdzeni przyjaciele, którym dziękuję za to, że są, że znoszą także moje gorsze chwile i akceptują mnie taką, jaka jestem.

GALA: Czy w ogóle chciałabyś coś w sobie zmienić?

MAGDALENA SCHEJBAL: Chciałabym zdobyć umiejętność mądrego poruszania się w show-biznesie, żeby sobie nie szkodzić i czerpać pełną satysfakcję z pracy zawodowej. Na początek pewnie łatwiej będzie zmienić coś w sobie, niż zmieniać świat, choć mama twierdzi, że w zmienianiu świata na lepsze jestem specjalistką.

GALA: Właśnie o satysfakcję zawodową poprosiłabyś złotą rybkę, gdybyś miała taką szansę?

MAGDALENA SCHEJBAL: Nie. Poprosiłabym o to, żebym mogła stąd zniknąć na jakiś czas i pojechać z plecakiem w świat. Albo o to, żeby na jeden dzień stać się naprawdę wielką gwiazdą, taką, która lata własnym jumbo jetem.

GALA: Zwariowałaś? Bycie gwiazdą to prawdziwe przekleństwo. Wystarczy przeczytać biografię Marilyn Monroe albo popatrzeć na Britney Spears.

MAGDALENA SCHEJBAL: Cholera, masz rację. Nie chcę skończyć tak jak one. Jako dojrzalsza Magda Schejbal poprosiłabym ją w takim razie o zdrowie, żebym mogła zrealizować te wszystkie nieziszczone dotąd marzenia. I jeszcze o to, żebym się nigdy nie zmieniła.