GALA : Przerobiła pani na balet „Annę Kareninę” Lwa Tołstoja z muzyką męża Rodiona Szczedrina. Czy znalazła pani tu, w Warszawie, talenty na miarę europejską?

MAJA PLISIECKA: Cały zespół Teatru Wielkiego, nie tylko baletowy, trzyma wysoki poziom, a nie wszędzie tak jest. Na dodatek zawsze byłam pewna, że jest tu wspaniała publiczność, i nie pomyliłam się.

GALA: Pani sama przed laty tańczyła rolę Kareniny – tragicznej kochanki – w opowieści o miłości, która źle się kończy.

MAJA PLISIECKA: Ta historia jest uniwersalna i – mam nadzieję – poruszająca dla widzów wszędzie: w Moskwie, Kopenhadze, Wilnie, teraz w Warszawie... Inna rzecz to wyraz artystyczny. Jeśli sztuka nie porusza serca, jest niepotrzebna. Emocji nie da się objaśnić. One są albo ich nie ma. Dlatego ja sama najbardziej lubię tańczyć dla ludzi, którzy wcześniej nigdy nie widzieli baletu albo są w teatrze po raz pierwszy.

GALA: Przeżyła pani ze swoim jedynym mężem Rodionem Szczedrinem wiele lat. On to pięknie określił: „Gdy się kocha drugiego człowieka, to wielkie szczęście. Życie z człowiekiem niekochanym to tortura”.

MAJA PLISIECKA: 2 października tego roku minęło 50 lat naszego małżeństwa. Wszystko o nas, naszej miłości napisałam w autobiografii „Ja, Maja Plisiecka”. Wiem, że już dawno ją przetłumaczono na język polski. Najlepiej to, co sądzę o naszym związku, wyraża zdanie: „Sama powinnam sobie zazdrościć”.

GALA: Pracowała pani z największymi choreografami epoki: Petitem, Alonso, Béjartem, tańczyła mnóstwo wspaniałych solówek. Są role, których pani nie zatańczyła i teraz tego żałuje?

MAJA PLISIECKA: Żal to uczucie dziwne, bo bezproduktywne. Lepiej myśleć o tym, co mam w dorobku. A ja tańczyłam Carmen, Mewę, Kareninę, Rajmundę, Śpiącą Królewnę, Odettę-Odylię w „Jeziorze łabędzim”... Wszystkie weszły do światowego kanonu. Czego tu żałować?