MAŁGORZATA BRAUNEK Mogłabym jeszcze pofrunąć

Udostępnij

Ma nadzieję, że Tybet uzyska autonomię. Od ponad 30 lat jest buddystką, medytuje. Mocniej niż kiedykolwiek kocha męża Andrzeja. Od dawnej Małgosi, która była gwiazdą, dzielą ją lata świetlne. Nam Małgorzata Braunek opowiada o swojej niezwykłej pracy w hospicjum onkologicznym i ostatecznym pożegnaniu z matką.

MAŁGORZATA BRAUNEK Mogłabym jeszcze pofrunąć

Urokliwa uliczka w Wilanowie. Małgorzata Braunek mieszka z mężem Andrzejem Krajewskim w małym domu z drewnianym ogrodzeniem. Trudno uwierzyć, że skończyła 60 lat. Jest w niej coś młodzieńczego i radosnego, często się uśmiecha, twarz bez makijażu. Mówi, że nie lubi siebie umalowanej. Rozmawiamy w salonie. Drewniana podłoga, drewniany sufit, miękkie kanapy. Dużo obrazów, zdjęć, kwiatów. Na oknie stoi mała fontanna. „Oczyszcza przestrzeń” – tłumaczy mi Andrzej.

Z każdego miejsca patrzą na mnie figurki Buddy. Piękna kryształowa kula odbija się w lustrze. Kryształ symbolizuje czysty umysł, a lustro odbija rzeczywistość taką, jaka jest. Ciepłe, przyjazne wnętrze. Mówię, że mogłabym tu zamieszkać. „Nie wszyscy są tego zdania” – śmieje się Małgorzata. „Kiedyś agent nieruchomości powiedział, że jeżeli zburzymy dom, to wartość działki będzie większa”. Małgorzata bardzo przeżywa to, co dzieje się w Tybecie.

„Kiedy wybuchły protesty i zostały brutalnie stłumione, bałam się, że świat się tym nie przejmie, zaprotestuje i za chwilę zapomni. Teraz jestem bardzo podbudowana, że tak się nie stanie. Nie wiadomo, jak będzie wyglądała olimpiada w Pekinie”. Małgorzata chce wierzyć, że to początek przełomu. Ma nadzieję, że protesty w Tybecie doprowadzą jeżeli nie do niepodległości kraju, to choćby do odzyskania autonomii. Pierwszy raz pojechała tam z mężem Andrzejem 30 lat temu. I do dziś pamięta wrażenie, jakie wywarli na niej Tybetańczycy. „Doświadczyłam, czym jest prawdziwy spokój i cisza” – mówi.

GALA: Dlaczego śpi pani z zapaloną nocną lampką?

MAŁGORZATA BRAUNEK: To nawyk jeszcze z dzieciństwa. Miałam 6 lat, kiedy tata wyszedł po kilku latach z więzienia stalinowskiego. Pojechaliśmy na wakacje z przyjaciółmi do Białego Dunajca. Było cudownie. Mieszkaliśmy w góralskiej chałupie na poddaszu, na które wchodziło się po drabinie. Pamiętam, że którejś nocy nagle się obudziłam. Kompletnie ciemno, wołam: „Mamo, tato”, nic, cisza. Wstaję po omacku, idę do ich łóżek, a tam nikogo nie ma. Zbiegłam na dół w straszliwej histerii, wręcz panice.

GALA: Czuła pani, że zawalił się świat.

MAŁGORZATA BRAUNEK: Byłam przekonana, że stało się coś tragicznego, że tym razem przyszli nie tylko po ojca, ale i po mamę. Myślałam, że straciłam rodziców. Biegłam przez Biały Dunajec, krzycząc wniebogłosy. W jednej z góralskich chałup zobaczyłam światło i zaczęłam walić w drzwi w totalnym amoku. I co się okazało? To był dom góralki, u której mieszkali przyjaciele rodziców.

GALA: Nieprawdopodobne...

MAŁGORZATA BRAUNEK: Góralka utuliła mnie, powiedziała, że mamie i tacie nic złego się nie stało, po prostu poszli gdzieś z przyjaciółmi. Od tamtego czasu nie było mowy, żebym zasnęła przy zgaszonym świetle. Przez wiele lat terroryzowałam rodziców, nie pozwalałam im wieczorem wychodzić z domu. Do dziś, gdy nie ma męża, nie lubię zasypiać przy zgaszonym świetle. I już z tym nie walczę.

GALA: Z jaką myślą obudziła się pani dziś rano?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Zawsze budzę się z myślą: „Co mi się śniło?”. Dziś pamiętam tylko, że mówiłam do siebie: „Muszę zapamiętać, co mi się śni”. Ważne sny staram się zapisywać.

GALA: Wierzy pani w sny?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Absolutnie wierzę, bo wiele z nich mi się sprawdziło. Przestrzegały mnie przed chorobami, śmiercią bliskich. Często mam zupełnie nieprawdopodobne sny. Śnią mi się cudowne miejsca, w których nigdy nie byłam. Niektóre są tak nierealne, że zastanawiam się, czy istnieją gdzieś we wszechświecie, bo tu na Ziemi na pewno nie.

GALA: Mogłaby pani opisać jakiś sen?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Wyszłam na plażę, morze było wyżej, zawieszone jakby na piaskowych stalaktytach. Jak fantastyczne rzeźby tworzące jaskinie. Albo inny... Idę wzdłuż krystalicznie czystego potoku i wiem, że ta droga dokądś prowadzi. Nagle potok skręca i okazuje się, że wpływado morza. Przepiękna, wręcz nieziemska plaża, a na niej owocowe drzewa, obsypane białym kwieciem.

GALA: Każdy dzień zaczyna pani od medytacji?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Medytuję już prawie 30 lat. Zawsze rano po obmyciu ciała zasiadam do obmycia umysłu. Robię kilka oczyszczających oddechów i siedzę pół godziny w pozycji półlotosu. Medytacja jest dla mnie czymś oczywistym, rutynową czynnością, tak jak poranne picie herbaty. W jej trakcie mogę nawet odebrać telefon, chwilę porozmawiać.

GALA: Buddyzm mówi, że wszystko, czego potrzebujemy, mamy w sobie. A my ciągle chcemy więcej...

MAŁGORZATA BRAUNEK: Podejrzewam, że każdy z nas choć raz w życiu musiał poczuć, że ma w sobie wszystko, cały wszechświat. Takie momenty trwają jednak krótko. Tylko nieliczni uwolnili się całkowicie od potrzeb, porzucili dobra doczesne. Mamy z mężem takiego przyjaciela. Jest Amerykaninem, pochodzi z bardzo bogatej rodziny, wszystko rozdał innym. Nie ma nawet żadnego stałego miejsca na ziemi, mieszka u przyjaciół. Z jednej strony on sam nie ma niczego, ale korzysta z tego, że inni mają. Myślę, że nie chodzi o to, żeby w ogóle nie mieć, ale żeby potrafi ć się powstrzymać przed gromadzeniem, móc sobie powiedzieć: „Stop, mnie to wystarcza, nie jest mi potrzebny jeszcze większy dom, kolejna limuzyna czy dziesiąty płaszcz”. Sama najchętniej kupuję w second-handach. Aczkolwiek mam słabość do butów.

GALA: Wydałaby pani na nie np. 1500 zł?

 

MAŁGORZATA BRAUNEK: Nie, choćby były najpiękniejsze. Ubrania są na ogół produkowane gdzieś w Indiach czy Chinach za kilka dolarów i potem, tylko dlatego, że ktoś im przyczepi znaną metkę, kosztują fortunę. Dla mnie to jest nieprzyzwoite wobec ubogich. I nie jest wytłumaczeniem, że koncerny dają zatrudnienie.

GALA: Potrafi pani żyć chwilą, nie martwić się, co będzie jutro?

MAŁGORZATA BRAUNEK: By żyć chwilą, trzeba być całkowicie wolnym, a ja czasami też się zamartwiam. Stała troska to moje dzieci i wnuczek. Jestem matką kwoką, chciałabym, żeby przeżyli życie bez raf i stresów, byli szczęśliwi, bezpieczni. Teraz już nie mam specjalnych powodów do zmartwień, ale były w naszym życiu dwa bardzo ciężkie lata. Wnuczek jest alergikiem i jego organizm właściwie niczego nie przyjmował. Rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Nadaje mojemu życiu sens.

GALA: Od ponad trzydziestu lat jest pani w szczęśliwym związku.

MAŁGORZATA BRAUNEK: Szczęściem jest, że odnaleźliśmy się. Zburzyłam całe swoje dotychczasowe życie, żeby być z Andrzejem. Oboje wiedzieliśmy, że nasze uczucie jest tak silne, że nie damy rady bez siebie żyć. Mamy wspólną drogę duchową, lubimy ze sobą rozmawiać, podróżować. To niebywale silna więź.

GALA: Jeszcze silniejsza niż na początku?

MAŁGORZATA BRAUNEK: O tak, zdecydowanie! Na początku oboje mieliśmy poczucie, że miłość to wolność, wobec tego nie mogliśmy powiedzieć: „Będziemy do końca życia razem”, a teraz nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie być razem. Mam świadomość, że jesteśmy śmiertelni... I wiem, że gdy jedno z nas odejdzie, to będzie bardzo trudne i bolesne...

GALA: Był taki czas w pani życiu, kiedy była pani wolontariuszką w hospicjum onkologicznym. Najpierw odwiedzała pani wnuka, a potem przychodziła do chorych. Niebywałe spotkanie dwóch światów, początku i końca...

MAŁGORZATA BRAUNEK: Jeździłam tak każdego dnia na rowerze, przez dwa lata. Przestałam przychodzić do hospicjum, kiedy Kaj poważnie zachorował. Wówczas poczułam, że ciągłe przebywanie z ludźmi umierającymi zaczęło być zbyt trudne, że przestaję być użyteczna. Totalnie zatapiałam się w chorobę, jeszcze moment, a przestałabym normalnie funkcjonować. Śmierć większość z nas napawa potwornym lękiem, udajemy że jej nie ma, nie chcemy pamiętać o przemijaniu, że ono należy do życia. Zauważyłam, że nawet jak do kogoś mówię: „Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy”, to słyszę: „No przestań, nie mów tak”. A taka jest prawda. Refleksja, że jesteśmy śmiertelni, powinna nam czasem towarzyszyć. Dopiero wtedy zaczynamy naprawdę doceniać życie, głęboko odbierać rzeczywistość. Proszę mi wierzyć, osoba z taką świadomością potrafi się cieszyć każdym dniem, bo wie, że jest nam darowany.

GALA: Spotkała pani w hospicjum ludzi pogodzonych z odchodzeniem?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Właściwie większość była pogodzona, przyjmowali swój los bez strachu. Ale o śmierci rzadko kto chciał rozmawiać. Jak szłam do hospicjum, to miałam wyobrażenie, że będę tam duchowo pracować, rozmawiać, tłumaczyć. A później się nauczyłam, że z człowiekiem umierającym trzeba po prostu być, bez żadnych oczekiwań i planów. Robić to, czego ode mnie oczekuje. To niezwykłe doświadczenie. Jestem niebywale wdzięczna, że mogłam je przeżyć.

GALA: Wcześniej towarzyszyła pani w odchodzeniu mamie...

MAŁGORZATA BRAUNEK: Trwało to ponad rok. Mama była całkiem pogodzona. Taki wręcz książkowy przykład, jak można wspaniale odchodzić. Zupełnie się wtedy zmieniła. Odeszła już jako inna osoba. Można z nią było rozmawiać o śmierci. Pamiętam, jak mój mąż ją zapytał: „Myślisz, jak tam będzie po drugiej stronie?”. Mama: „Nie myślę”. Andrzej mówi: „Ale wiesz, że może czekać na ciebie Pan Jezus, Władek – czyli mąż – może być też twoja mama, siostry”. A mama na to: „To będzie bardzo miło z ich strony”. Mama tak bardzo w ostatnim okresie życia złagodniała, przestała być osobą wymagającą, ciągle czegoś chcącą. Piękne rzeczy powiedziała mi na trzy miesiące przed śmiercią. Że mi tak bardzo dziękuje. Przepiękna lekcja dla mnie. Trudno mi o tym mówić, chociaż od śmierci mamy minęło już osiem lat... Wezwałyśmy pastora (matka aktorki była protestantką – przyp. red.). Stał przy łóżku. Mama, zwracając się do niego, patrząc na mnie, powiedziała: „Bardzo chciałabym księdza poprosić, żeby podziękował mojej córce Małgosi za wszystko, co dla mnie zrobiła, za miłość, którą mi okazuje, za całe życie”.

GALA: Piękne...

MAŁGORZATA BRAUNEK: Mama odchodziła tak lekko, delikatnie, bez najmniejszego zakłócenia.

GALA: Ma pani świadomość jej obecności?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Nie, rozpłynęła się kompletnie. Miałam tylko, wkrótce po jej śmierci, jedno niezwykłe doświadczenie. Mama zmarła o 7 rano i trzy dni po tym, nagle, punktualnie o siódmej, słyszymy dzwonek do furtki. Zerwałam się, podchodzę do okna i nikogo nie widzę. Następnego dnia o tej samej porze znowu dzwonek. Trzeciego również. Mówimy z Andrzejem: „Co się dzieje? Jeżeli to mama, to daje sygnał, że czegoś chce”. Pomyślałam: Boże, przecież ja jej nie dałam butów. A moja mama była wielką elegantką. Poleciałam natychmiast do domu pogrzebowego z jej ulubionymi butami i przestała dzwonić.

GALA: Jaki jest pani Bóg?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Nie nazywam Go. Budda, gdy był pytany o Boga, milczał. Czuję, że jest. Siłą, źródłem, energią. Myślę, że samo nazywanie już Go ogranicza. Jest wielką tajemnicą, która jest początkiem i końcem wszystkiego. Nauka coraz bardziej zbliża się do tej tajemnicy, ale nigdy jej nie odkryje. Na tym to polega. Boga można doświadczyć, ale nie można go poznać naszym ograniczonym umysłem.

 

GALA: Kiedy patrzy pani na swoje zdjęcia sprzed 30 lat, ogląda „Lalkę” czy „Potop” z panią w roli głównej, to co pani myśli?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Mam takie dziwne odczucie. To oczywiście jestem ja, ale od tamtej Małgosi dzielą mnie lata świetlne. Bardzo się cieszę, że się zmieniłam. Zewnętrznie i wewnętrznie jestem innym człowiekiem. Zmarszczki mnie nie przerażają. Nie boję się upływu czasu, w przemijaniu tkwi sens życia.

GALA: Jaka była tamta Małgosia?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Bardzo zamieszana, niespokojna, poszukująca. Nie uważam, że to było złe. Część mojej drogi... Wiele wtedy przeżyłam. Dzięki temu stałam się bardziej tolerancyjna. Nigdy, patrząc na młodych ludzi, nie powiem: „No nie, za moich czasów”... Nieprawda, za moich czasów też robiliśmy różne głupstwa. Ja czasami byłam w awangardzie...

GALA: Jest coś z tamtego życia, za czym pani tęskni?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Za większą spontanicznością w relacjach z ludźmi i ze światem, którą jeszcze mam, ale widzę wyraźnie, że to powoli dobiega końca. Wkradło się więcej rutyny. W grupie naszych przyjaciół, jak byliśmy młodzi, to chcieliśmy się po prostu spotkać, a teraz już musi być kolacja i trzeba zasiąść przy stole. Po tym widzę, że się starzejemy. Chciałabym wciąż umieć czerpać przyjemności z nieoczekiwanych rzeczy, które nam się zdarzają. Jest jeszcze we mnie duch, który by pofrunął.

 2000 r. Z drugim mezem Andrzejem Krajewskim od 30 lat kazde wakacje spedzaja w letniskowym domku w Debkach. 1997 r.: z matka, na trzy lata przed jej smiercia. ❞ Z mężem łączy mnie niebywale silna więź. Nie dalibyśmy rady bez siebie żyć ❞ Mozesz przekazac 1% podatku Fundacji Hospicjum Onkologiczne sw. Krzysztofa w Warszawie KRS 0000128039 Konto PEKAO SA 84 1060 0076 0000 3200 0046 0719

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł