T jak tajemnica.

Bardzo chcemy ją poznać. Próbujemy do niej dotrzeć na wszelkie możliwe sposoby. Ale prawdziwa tajemnica jest niepoznawalna. Niemożliwa do poznania. I taką musi pozostać. Zaakceptowanie tego w tajemniczy sposób nas wyzwala. Dla mnie tajemnicą jest całe nasze życie, nasz byt, nasza egzystencja tutaj. Od narodzin do śmierci.

B jak Bóg.

Jest najgłębszą tajemnicą. Może być doświadczany, przeczuwany, odczuwany, ale nigdy nie będzie przez nas do końca poznany, odkryty, nazwany. Nie zgłębimy tajemnicy Boga. To jest Wielkie NIE WIEM. Nasz rozum tego nie zrozumie.

P jak pokora.

Jest coś w naszej egzystencji, przed czym musimy się pochylić z pokorą i po prostu to przyjąć. Nie dotyczy to tylko spraw wzniosłych, ale całego naszego życia. Chcemy mieć nad nim kontrolę, a tak naprawdę nie ma szansy. To jest tylko nasze wielkie złudzenie, że panujemy nad swoim życiem. Zdanie sobie z tego sprawy uczy nas pokory. Pokora jest dla mnie nierozerwalnie związana z akceptacją życia i śmierci. Z akceptacją tajemnicy.

L jak lęk.

Intuicyjnie wiemy, że nie możemy zapanować nad naszym życiem. Planujemy, ale nigdy tak naprawdę nie wiemy, co będzie za miesiąc, za tydzień, a nawet za chwilę. Nie chcę powiedzieć, że nie należy planować. Nawet trzeba, ale nie powinniśmy zapominać, że każdy następny moment jest dla nas niewiadomą. Albo nasze plany się ziszczą, albo nie. Albo będziemy mogli pójść dalej, albo nie. I to rodzi w nas lęk. Bo tak bardzo chcemy, żeby nasze życie było przewidywalne. Żeby nasze plany i marzenia się spełniły. Dlaczego boimy się śmierci? Bo jest wielką niewiadomą. A my chcielibyśmy wiedzieć, co jest po tej drugiej stronie, czy coś w ogóle jest. Ale lęk też jest czymś dobrym. Ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, każe nam coś robić, próbować zgłębiać tajemnicę.

C jak cud.

Jest na każdym kroku. To nie znaczy, że ja cały czas żyję w jakimś uniesieniu (śmiech). Ale kiedy zastanawiam się, jak działa ludzki organizm, jakikolwiek organizm, to myślę, że to jest cud. Komórki, krążąca krew, genotyp. Sam fakt narodzin. Niesamowite! Wszyscy żyjemy w jakimś nieprawdopodobnym połączeniu ze sobą i naturą. Jeżeli spojrzymy w niebo, widzimy kolejny cud. Planety, gwiazdy są od setek milionów lat. Każdego dnia działają bezbłędnie. Kto coś tak doskonałego zrobił, jak to wymyślił? A cuda natury? A cud naszej ludzkiej potrzeby kreatywności? Mieliśmy ją już w jaskiniach. Inaczej nie wykrzesalibyśmy ognia, nie zaczęlibyśmy polować. Mamy jakiś cudowny instrument pozwalający nam przetwarzać rzeczywistość, rozwijać ją i dzielić się z innymi. Świat jest cudowny!

M jak miłość.

Jest bezinteresownym dawaniem. Miłość otwiera nas całkowicie. Kiedy kochamy, przestajemy być tak bardzo zwróceni ku sobie. Czysta miłość nie stawia warunków. Nie mówi: „Jak ty mnie będziesz kochać, to ja będę kochać ciebie” albo: „Jak się zmienisz, to ja wtedy ciebie pokocham”. Miłość daje niesamowitą przestrzeń i wolność drugiemu człowiekowi. Pozwala mu być takim, jakim jest. Pewne afrykańskie plemię ma piękny zwyczaj. Kiedy rodzi się dziecko, wszyscy się zbierają i witają go słowami: „Bądź tym, kim jesteś”. Wyrażają w ten sposób miłość i akceptację. Ten ktoś już jakiś jest. A my nie będziemy go lepić i ugniatać według naszego wyobrażenia, tylko wspierać, pomagać w jego drodze, rozwoju. Wzbogacać naszym doświadczeniem, miłością, a nie zabierać mu jego samego, niszczyć i próbować stwarzać kogoś innego. Miłość do mężczyzny? Spotykamy Go i wiemy, że to jest On. Jestem bardzo szczęśliwa, że coś takiego mnie spotkało. Że było mi dane. 36 lat temu. To przeżycie czysto mistyczne, w którym przekraczamy siebie. Miłość obejmuje wszystko, rozprzestrzenia się. Nie możemy już powiedzieć, że kochamy tylko Jego, ale dzięki Niemu kochamy wszystko i wszystkich.

D jak dziecko.

 

Jest naszym nauczycielem. Uczy nas pokory. Jest spontanicznością. Tak pięknie potrafi się cieszyć. Moja wnuczka Jagusia miała pół roku, kiedy dostała pierwsze buty. Była nimi tak zachwycona, że nie mogła oderwać oczu. Dziecko to stan naszego umysłu, który oby trwał jak najdłużej. Jeżeli ocalimy je w sobie, nie będziemy zamykać się w sztywnych poglądach, zasadach. Dziecko w nas jest stale otwarte na poznawanie, zdziwienie. Dla mnie jest czymś pięknym, że mogę cały czas obcować z dziecięcością i odnajdywać ją w sobie. Widzę, że dziadkowie są bliżsi temu dziecku w sobie niż rodzice. Niesłychany jest umysł dziecka. Stale mnie zaskakuje. Mój wnuczek Kaj, kiedy był bardzo mały, poważnie chorował. Obserwowanie go było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Kiedy skóra go bolała, drapał się, płakał. Kiedy ból odchodził, szybko się uspokajał, zapominał. A my, dorośli, kiedy cierpimy, doznajemy jakiejś krzywdy, to ją pielęgnujemy. Tak bardzo utożsamiamy się ze swoim ja, które cierpi, że nie potrafimy przestać cierpieć. Dziecko nie projektuje bólu na przyszłość. Nie zastanawia się, czy zawsze będzie cierpiało. Dziecko jest w tym momencie, w którym jest. Tu i teraz. W mojej praktyce buddyjskiej staram się wrócić do bycia w tym właśnie momencie i bycia całkowicie tym momentem. My to nadal w sobie mamy, chociaż zostało to stłumione poprzez wielką identyfikację z naszym ja, którego się kurczowo trzymamy.

M jak milczenie.

Milczenie to nie tylko brak rozmowy, to też uwolnienie naszego umysłu od myślenia. Dla mnie milczenie jest absolutną koniecznością. Bez zamilknięcia w sobie nie możemy tak naprawdę niczego usłyszeć. Czasami tylko pozornie rozmawiamy z drugą osobą. Nie słyszymy, co ona do nas mówi, tylko słyszymy to, co chcemy usłyszeć. Prawdziwe słuchanie jest w głębokim milczeniu. W naszej praktyce nazywamy to słuchaniem sercem. Otwarte serce słucha. Każdego dnia rano, już od ponad trzydziestu lat, siadam na podłodze, unieruchamiam swoje ciało i nie myślę o niczym przez pół godziny. Dwa razy w tygodniu medytuję w grupie przez trzy godziny, a raz w miesiącu przez osiem godzin. Nie wyobrażam sobie już bez tego mojego życia.

N jak nadzieja.

Bardzo trudno byłoby nam żyć kompletnie bez nadziei. Ale jeśli przywiązujemy do niej zbyt wielką wagę, to też nie potrafimy żyć. Bo żyjemy wtedy nie w rzeczywistym świecie, tylko w całkowicie iluzorycznym. Ciągle na coś czekamy. W nadziei jest pewna trudność. Z jednej strony jest czymś dobrym, pozwala nam polepszać swoje życie, zmieniać je. Dzięki niej się rozwijamy, dążymy do celu. Ale z drugiej strony musimy też pozwolić sobie, że czasami te nasze nadzieje się nie spełniają. Kiedy najbliższy nam człowiek jest śmiertelnie chory, mamy nadzieję na jego wyzdrowienie i robimy wszystko, żeby mu pomóc, wesprzeć go. Wkładamy ogromny wysiłek, bo mamy nadzieję. Jeżeli nam się nie uda, przeżyjemy ogromne rozczarowanie. Zawsze, jeżeli coś jest dla nas ważne, powinniśmy robić wszystko, co w naszej w mocy, ale też nie przywiązywać się do tego. Ostateczny rezultat nie zależy tylko od naszych starań.

U jak uśmiech.

Właśnie zaczęliśmy się zastanawiać z mężem i moimi uczniami, czy nie byłoby dobrze wyjść do ludzi z bardzo prostą akcją, żeby zaczęli się uśmiechać. Stale warczymy na siebie, we wszystkich widzimy nieprzyjaciół. Kiedy się ze sobą spotykamy, najpierw zaczynamy narzekać. Wszystko jest źle, nic nam się nie udaje. Gdzieś zgubiliśmy radość życia. Jesteśmy niepogodzeni ze sobą, w wewnętrznym konflikcie i stąd ponurość naszych twarzy. Dalajlama kiedyś powiedział: „Żyjemy nawykowo, więc dobrze byłoby zastąpić jeden nawyk drugim”. Jeżeli Polacy zaczęliby świadomie zastępować nawyk narzekania uśmiechem, o ile przyjemniej nam wszystkim by się żyło. Wyobraźmy sobie uśmiechających się do siebie ludzi w tramwaju, metrze, sklepie, pracy. To zupełnie inna rzeczywistość. Zaczniemy inaczej ze sobą rozmawiać. Bo uśmiech łagodzi konflikty.

M jak matka.

Kiedyś wyjeżdżałyśmy z dwiema moimi przyjaciółkami i naszymi dziećmi w góry. Czasem dojeżdżali mężowie. Jeden z nich uczył dzieci jazdy na nartach. My trzy nie jeździłyśmy. Przyprowadzałyśmy dzieci pod górę i stałyśmy pod Nosalem kilka godzin na mrozie z kanapkami i ciepłą herbatą w termosie, bo wtedy na stoku nie było restauracji. Dzieci zjeżdżały, a my na dole pakowałyśmy im do buzi kanapki. Tak stałyśmy dzień za dniem (śmiech). Mówiłyśmy: „No tak, to jest serce matki”. Jak myślę: matka, widzę nas we trzy stojące pod górą. Śnieg, mróz, zawieja, a my z kanapkami, termosikami (śmiech). I nie narzekałyśmy. Do dziś lubię to miejsce pod Nosalem. Jeżdżę tam teraz z Kajem.

S jak starość.

Przestajemy panować nad swoim ciałem. Żądamy, żeby było bardziej sprawne, a tu kolano, biodro odmawiają nam posłuszeństwa. To wszystko jest mądrze wymyślone. Starość zaczyna nam doskwierać, organizm wyczerpuje się i dzięki temu powoli przygotowujemy się na rozstanie z życiem. Jeżeli to zaakceptujemy, pogodzimy się, że tak już jest, łagodnie przyjmiemy śmierć. Przestaniemy tak bardzo walczyć z upływającym czasem. Usiłujemy go zatrzymać, udowodnić sobie operacjami plastycznymi, że ciągle możemy mieć ciało trzydziestolatki. A to złudzenie. Ale jeżeli komuś ta iluzja przynosi szczęście i dzięki niej, zamiast narzekać, uśmiecha się do wszystkich, to OK.

W jak wspomnienie.

One gdzieś we mnie są, czasami nagle coś sobie przypominam. Ale nie kultywuję wspomnień, nie zagłębiam się w nie. Nie mam takiej potrzeby. Nauczyłam się żyć w tym momencie, w którym jestem. Staram się nie przywiązywać do tego, co było, zostawiać to za sobą. Niedawno spotkaliśmy się z moim rokiem ze szkoły teatralnej na naszym 40-leciu. Bardzo było śmiesznie, kiedy my, sześćdziesięciolatkowie, zaczęliśmy wspominać studenckie czasy. Zachowywaliśmy się, jakbyśmy znowu mieli dwadzieścia kilka lat (śmiech). Nawet coś sobie wyjaśnialiśmy, za coś siebie przepraszaliśmy. Wspomnienia są po to, żeby znowu przyniosły nam radość tamtej chwili.

Ż jak życie.

To jest temat na całe życie (śmiech). Nasz przyjaciel Andrzej Kotkowski, kiedy prowadzimy bardzo poważne rozmowy o życiu, tak je podsumowuje: „Mamo, powiedz, jak żyć” (śmiech).