GALA: Powiedział pan kiedyś, że siedzi pan okrakiem na płocie pomiędzy Sopotem a Warszawą.

 DONALD TUSK: Naprawdę powiedziałem coś takiego?! Że siedzę na płocie... hmm, okrakiem? Cóż, to raczej nie byłaby dla mnie zbyt komfortowa sytuacja (śmiech).

GALA: ale to było dawno. Może tego płotu już nie ma?

DONALD TUSK: Myślę, że miejsce, w którym się siedzi, leży, chodzi czy stoi, nie ma już, w dzisiejszym świecie, fundamentalnego znaczenia. Praca premiera każdego rządu polega głównie na podejmowaniu decyzji. Pomijam staroświecką potrzebę podpisywania sterty dokumentów, bo na to wystarcza pół godziny dziennie, natomiast decyzje rodzą się głównie w rozmowach z innymi ludźmi. Dziś techniki komunikacyjne są tak zaawansowane, że można wykonywać swoje funkcje w różnych miejscach świata. Decyzje podejmuje się w kontaktach przez telefon, e-maile, telekonferencje, łącza satelitarne.

GALA: Rozumiem, że chce mi pan wytłumaczyć, że nie trzeba przeprowadzać się do Warszawy, żeby rządzić krajem?

 DONALD TUSK: Ale ja w Warszawie spędzam prawie cały swój czas. Dlatego Gosia, moja żona, choć jeszcze niedawno wydawało nam się to nieprawdopodobne, w tygodniu mieszka tu razem ze mną. Do domu wracamy tylko na weekendy.

MAŁGORZATA TUSK: Dzięki temu, że jesteśmy w Warszawie razem, potrafimy spędzić ze sobą choć część czasu tak, jak w naszym domu w Sopocie. Takim erzacem domowego życia są scrabble, w które wieczorami gramy. Mamy dwa komplety: jeden tu, drugi tam. Kiedy mąż przychodzi koło północy do domu, wyciągam scrabble i gramy, gdzieś tak pół godziny, 40 minut. Po takiej partyjce mąż mówi: „O, późno już, idę spać”.

GALA: Kto wczoraj wygrał?

MAŁGORZATA TUSK: Wczoraj akurat ja, ale nie ma reguły. Dlatego scrabble są naprawdę fajnym dopełnieniem dnia, bo jest między nami bardzo mała rywalizacja o to, kto wygra. Ciekawa jest psychiczna zależność między grającymi, bo jeden z graczy może być pasożytem, drugi bardziej kreatywny. Np. ty ustawiasz wyraz, a ta druga osoba idzie za tobą krok w krok i tylko dodaje końcówki. Układasz „pracując”, a ktoś dodaje „e” i już ma „pracujące”, wymyślasz następny, to samo. Zauważyłam, że pasożytem jest się w zależności od nastroju. Masz słabszy dzień, pasożytujesz. To śmieszny stan, nie musisz się wysilać ani myśleć, ale jednak nie ślęczysz biernie przed telewizorem.

GALA: Kiedy państwo budzą się rano, mają państwo czasem moment zawahania: gdzie jestem – w Sopocie czy w Warszawie?

MAŁGORZATA TUSK: Czasami się budzę i wydaje mi się, że zaraz pójdę do kuchni zaparzyć herbatę, ale tutaj, w Warszawie, kuchnia jest piętro niżej i ta świadomość przywraca mnie do rzeczywistości. Ale faktycznie zdarza się, że myli mi się, gdzie jestem. Może mam większy wewnętrzny komfort psychiczny niż mąż i dlatego nie sprawia mi to różnicy. To mąż rządzi krajem.

DONALD TUSK: Dojeżdżam osiemnaście lat do pracy do Warszawy, która jest tak różna od Sopotu, od Trójmiasta, że nigdy się nie mylę. Nawet o 4 nad ranem. Poza tym moje życie w Trójmieście wygląda zupełnie inaczej niż praca w Warszawie.

GALA: Czyli praca tu, życie tam. Skrupulatnie pan premier to sobie oddzielił.

DONALD TUSK: Okruchy życia, powiedziałbym, bo od kilku lat ten czas czysto prywatny, rodzinny jest ograniczony do niecałych weekendów i to też nie zawsze. Więc raczej próbujemy stworzyć sobie rodzinne złudzenie, że jest tak jak kiedyś.

GALA: A nie jest.

DONALD TUSK: Nadal jednak nasz dom jest tam. Cała moja rodzina pochodzi z Trójmiasta, Gosi rodzina, tam mieszkają nasi najbliżsi, nasze dzieci, nasz kot.

MAŁGORZATA TUSK: Moje miejsce jest tam, gdzie jest mój dom. Mój widok z okna, mój samochód. Jestem wolna dzięki samochodowi, dzięki temu, że mogę się przemieszczać w każde miejsce. W Warszawie czuję się jeszcze trochę zagubiona. Czasami wydaje mi się, że jestem tu przejazdem. Ale kiedy przyjechałam tu w poniedziałek, poczułam prawdziwą radość, że znowu jestem, że zaraz spotkam się z mężem. Włączyłam komputer, telewizor, zrobiłam herbatę. Poczułam się u siebie.

DONALD TUSK: Ja jednak z uporem wyrywam czasami te kilka czy kilkanaście godzin, żeby być w domu, w Sopocie.

GALA: Dlaczego tak panu na tym zależy?

 

DONALD TUSK: Wynika to z mojego głębokiego przeświadczenia, że najbardziej niebezpiecznymi typami polityków są ci, którzy dostają szajby na punkcie swojego zajęcia i zaczynają wierzyć w jakieś misje. Całe życie przestrzegałem przed tym, że nie ma nic gorszego niż czekanie na męża opatrznościowego. Raz na jakiś czas zdarza nam się prawdziwy mąż stanu, i Bogu dzięki, ale naszym polskim dramatem jest to, że tu co kilometr jest „mąż stanu”, a co godzinę w telewizji jakiś inny „wybitny przywódca” otwiera buzię i oświadcza, że zbawi zaraz Polskę. To jest absolutnie nieznośna sytuacja. Można być wybitnym malarzem, genialnym piłkarzem czy wspaniałym piosenkarzem, ale polityka nie jest domeną artystów, tylko urzędników. Więc ja założyłem, że te kilkanaście godzin w tygodniu, które siedzę w Sopocie, w domu, z rodziną, trzyma mnie w ryzach rzeczywistości, sprawia, że czuję się normalnym człowiekiem. To znaczy, że idziemy z żoną razem na zakupy, do kina, opiekuję się mamą, spotykam z siostrą, idziemy z naszymi dziećmi na kolację, nie korzystamy z samochodu służbowego, tylko sam prowadzę. Mogę być tylko z moją rodziną.

GALA: Naprawdę pan może czy musiał pan sobie to wywalczyć?

 DONALD TUSK: Nie było żadnych przepisów, które by mi tego zabraniały, ale musiałem faktycznie przewalczyć pewną rutynę i – oczywiście – zrozumiały niepokój oficerów BOR-u, którzy tak czy inaczej są odpowiedzialni za moje bezpieczeństwo 24 godziny na dobę, na okrągło. Długo wyjaśniałem, że istnieje taki czas, kiedy biorę „urlop” i ochrona nie jest mi wtedy potrzebna. Chyba że zakładamy, że może pojawić się sytuacja, która stwarza dla mnie zagrożenie, ale w Polsce, de facto, takich przypadków nie ma.

GALA: Nie zabrzmi to jak kuszenie losu?

DONALD TUSK: Nie, naprawdę czuję się w Polsce bezpiecznie. Uważam się za człowieka odpowiedzialnego, ale jeśli nie ma konkretnych sygnałów, że może pojawić się jakieś niebezpieczeństwo, a ja spędzam czas tylko z rodziną, to chcę mieć tę prywatność wyłącznie dla siebie.

GALA: Rozmawia pani czasami z mężem o polityce?

MAŁGORZATA TUSK: Często. Bardzo często rozmawiamy o jego wystąpieniach. Ostatnio mąż miał przemawiać u Lecha Wałęsy z okazji 25. rocznicy odebrania Pokojowej Nagrody Nobla. Mówił, że napisze sobie przemówienie w ciągu dnia, ale tego nie zrobił, więc w nocy ciągle krążył po pokoju i mówił, że wymyśla. Wracał do łóżka i po chwili znowu się zrywał, bo coś mu się przypomniało i chciał się nad tym zastanowić. Nie robił notatek, wszystko miał w głowie. Rano poprosił, żebym oglądała transmisję i oceniła, jak wypadł. Niestety, byłam czymś zajęta i zapomniałam. Kiedy włączyłam telewizor, usłyszałam tylko ostatnie zdanie: „Lechu, jesteś prawdziwym bohaterem naszym i Polski. Koniec kropka” i nagle widzę pana Wałęsę, jak łzy mu ciekną i płacze, a po chwili podchodzi do niego Dalajlama z chusteczką do wytarcia. Pomyślałam, że warto było w nocy trochę popracować (śmiech).

GALA: Czyli w Warszawie od rana do nocy pełna mobilizacja?

DONALD TUSK: W Warszawie budzę się wcześnie, koło szóstej, i kładę spać bardzo późno, nigdy przed północą. Kiedy jestem w domu, u siebie, jest dokładnie odwrotnie.

GALA: Śniadania w łóżku. À propos, które łóżko jest wygodniejsze?

MAŁGORZATA TUSK: Oba są duże i wygodne. W Sopocie ja śpię przy ścianie, a mąż z brzegu, natomiast w Warszawie łóżko stoi pośrodku sypialni, więc rano często przez moment się dziwię, że mogę bezszelestnie wyjść z niego, bo w domu muszę „przechodzić” po mężu (śmiech).

DONALD TUSK: Nigdy nie zjadłem śniadania w żadnym łóżku, bo nienawidzę okruchów na prześcieradle (śmiech). Dla mnie oznaką przyjemności życiowej jest parę rzeczy, np. to, że kiedy jestem w Sopocie, wolny od obowiązków, to mam ten komfort, że budzę się wtedy, kiedy się budzę. Bez budzika, naturalnie.

GALA: Czyli?

DONALD TUSK: Koło wpół do ósmej.

GALA: Wcześnie. Ma pan biologicznie nastawione zegary.

DONALD TUSK: Jestem rzecznikiem teorii, że jak człowiek jest zmęczony, pracuje do niczego. Akurat zajęcia premiera, każdego rządu zresztą, to praca – mniej więcej – na 12–16 godzin na dobę, w zależności od planu dnia, i wymaga to nieustającej koncentracji. Dlatego zmęczenie to najgorszy stan, jaki może mnie dopaść.

GALA: Jak się pan regeneruje, śpiąc tak krótko?

DONALD TUSK: Zabrzmi to banalnie, ale staram się prowadzić higieniczne życie. Aktywny wypoczynek, praca, sen. Muszę mieć kilka godzin na sport. Mamy w Warszawie swoją drużynę piłkarską i późnym wieczorem, dwa razy w tygodniu między 20.30 a 22, gramy. Czasami moi oponenci polityczni śmieją się ze mnie, ale dzięki temu, że uprawiam sport, mogę przez te kilkanaście godzin być w formie.

GALA: Czyli nie przyłapałabym pana drzemiącego w gabinecie?

DONALD TUSK: Cóż, parę razy pewnie by się zdarzyło, ale ja już mam swoje lata. To mnie trochę usprawiedliwia (śmiech).

GALA: Wygląda pan na 39 i pół...

DONALD TUSK: (śmiech) Dziękuję. Dostanie pani nagrodę za komplement roku.

GALA: Będę się upominać! Czy dzieci przyzwyczaiły się do tej specyficznej rozłąki rodzinnej?

DONALD TUSK: Dzieci są już dorosłymi ludźmi, ale praktycznie całe nasze życie wyglądało tak jak teraz. Byłem jak marynarz, w jakimś sensie, bo od lat miałem takie prace, że bywałem całe tygodnie poza domem. Zresztą w Trójmieście rodziny marynarskie łatwo poznać.

GALA: Po czym?

DONALD TUSK: Po tym, że ojcowie są traktowani trochę jak św. Mikołaj. Są atrakcją. Kojarzą się z czymś wyjątkowym. Pojawiają się rzadko, ale zawsze przywożą prezenty, uśmiechają się, bo szkoda im czasu i energii na strofowanie dzieci. W tym sensie zawsze czułem się uprzywilejowany, niezasłużenie, muszę przyznać, a Gosia, która opiekowała się dziećmi na co dzień, była – niestety – przegrana na starcie. Kiedy jeszcze żył nasz pies, był najlepszym dowodem tej mojej szczególnej pozycji, bo za każdym razem bezgranicznie okazywał mi swoją radość, kiedy przyjeżdżałem. Pamiętam, otwierałem drzwi do domu, pierwszy wyskakiwał Szeryf, rzucał się na mnie, wylizując mi twarz, potem przybiegały dzieci i na końcu Gosia, bo już nie miała wyboru.

GALA: Jako premier zdobył pan w oczach dzieci większy autorytet?

DONALD TUSK: One nie chcą, w żadnym wypadku, być dziećmi premiera Tuska. Każdy chce żyć na swój własny rachunek.

GALA: Dzieci patrzą na pana podejrzliwie, kiedy chce im pan pomóc?

 

DONALD TUSK: Prawdziwa odpowiedź jest niewiarygodna. Wszyscy członkowie mojej rodziny żyją tak, jakbym nigdy nie pełnił żadnej funkcji. Bywały różne przypadki, np. ktoś nie miał pracy, ale nigdy nie pomogłem, nie załatwiłem, żeby tę pracę dostał. Nie zapomniałem, że stosunkowo niedawno byłem w sytuacji człowieka, który nie ma żadnych możliwości, i sam szukałem pracy przez rok.

GALA: Rozumiem tę postawę z punktu widzenia pana jako premiera. Ale nie frustruje to pana jako ojca?

DONALD TUSK: Nasza koleżanka, moja i Gosi, prowadzi w Sopocie sklep z ciuchami. Od czasu do czasu potrzebuje sprzedawcy, więc Kasia idzie do niej dorobić. Pracuje ciężko, za naprawdę nieduże pieniądze. Serce mi się ściska, jak wraca zmęczona po tych ośmiu godzinach, więc ostatnio jej powiedziałem: „Kasieńka, ja ci dam te pieniądze, ale ty już nie idź do tej pracy, tylko skup się np. na studiach”. Kasia popatrzyła na mnie oburzona i powiedziała, że takich pieniędzy nie chce. To znaczy, bardzo chętnie przyjmie ode mnie prezent, pojedzie z nami na narty, ucieszy się z niespodzianki, ale ze swoim życiem chce się zmierzyć sama. Michał jest taki sam.

GALA: Michał ma już własny dom. Pomagał mu pan skręcać meble, wbijać gwoździe?

DONALD TUSK: Sam sobie poradził, jest bez porównania bardziej zaradny w tych sprawach ode mnie. To Michał do nas przychodzi pomagać. Być może kiedyś przyjdzie taki moment, że to on będzie musiał przez chwilę nami się opiekować? Nasza relacja z dziećmi jest dość tradycyjna. Sam staram się pomagać mojej mamie i chciałbym, żeby kiedyś dzieci pomogły Gosi czy mnie. Teraz wspieramy je finansowo, ale tylko w sytuacjach niezbędnych. Największym szczęściem moim i Gosi jest to, że dzieci chcą nadal z nami spędzać swój wolny czas. To nie my je błagamy i czekamy, tylko jest wręcz odwrotnie. I kiedy np. jedziemy razem na narty, to Gosia i ja bierzemy na siebie ciężar organizacyjny i finansowy.

MAŁGORZATA TUSK: Stosunki między rodzicami a dziećmi tworzą własne scenariusze. Bywa tak, że na coś się umawiamy, ale nagle okazuje się, że dzieci są zabiegane, zmęczone, za późno zadzwoniliśmy, więc tak naprawdę są chwile, kiedy to my lekko naciskamy na spotkanie. Ale zawsze jest miło, kiedy coś robimy razem. Ostatnio byliśmy w kinie z Kasią na „Piorunie”, czasami córka ma jakieś reminiscencje z dzieciństwa i prosi, żebyśmy poszli z nią np. na kreskówkę, i my jej ulegamy. Albo chodzimy do restauracji meksykańskiej na kolacje. Tydzień temu byli Michał z Anią i oglądaliśmy film z badań USG z malutkim chłopczykiem, który z każdym miesiącem staje się coraz większy (uśmiech).

GALA: A więc będzie wnuk. Gratuluję! Myślą państwo często o przyszłości rodziny?

DONALD TUSK: Od rana do wieczora cholernie się martwię, żeby dzieci nie chorowały, żeby były szczęśliwe. Chyba za bardzo się przejmuję tym, żeby one były szczęśliwe. Kasia, Michał z Anią w małżeństwie... Wiem, że teraz są, ale oni dopiero zaczynają. Ja i Gosia jesteśmy 30 lat po ślubie, uchodzimy za prawie idealne małżeństwo, ale tylko my oboje wiemy, ile tam było dramatu w ciągu tych lat. Ostatnio tak sobie myślałem, że bardzo bym chciał, żeby rodzina, którą założył Michał, a kiedyś w przyszłości rodzina Kasi były takie szczęśliwe jak nasza. Ale zaraz potem przyłapałem się na myśli, czy na pewno? Czy na pewno chciałbym, żeby moje dzieci przechodziły przez tyle sytuacji trudnych, bolesnych, czasami naprawdę dramatycznych? Nie wiem.

GALA: Każdy musi przejść swoją drogę.

DONALD TUSK: Ale wolałbym samemu cierpieć, byleby one nie musiały. Nie przeżyłbym, gdyby coś im się stało. Kiedy na nich patrzę, wiem już, że jest coś, czego rodzice nie mogą dzieciom dać, choćby nie wiem jak się starali – szczęścia. O to każdy musi zawalczyć sam. Dostałem wielką szansę. Gosia i dzieci mają wielki udział w tym, kiedy udaje mi się coś dobrego zrobić. Bez nich nie miałbym szansy.

MAŁGORZATA TUSK: Nikt nigdy nie powiedział, że małżeństwo jest od początku do końca usłane różami. Bywają momenty straszne: niekoniecznie zdrady, ale choroby, śmierć, zawodowe porażki. Zdarzają się sytuacje, na które nie mamy żadnego, wpływu, a z nimi też musimy się zmierzyć. Kiedy patrzę na dzieci i widzę, jakie są bezbronne i bezradne, od razu wkrada się strach, jak one sobie w życiu poradzą. Ale po chwili myślę sobie, że nasi rodzice też patrzyli na nas z lękiem i niepokojem, jak my damy sobie radę, a daliśmy. Więc pocieszam się, że nikt z nas nie wie, co go spotka, ale brnie przez te klęski i radości, uczy się i powoli buduje swoją własną drogę do szczęścia.

GALA: Jako żona premiera dostała pani sztab ludzi do pomocy?

 

MAŁGORZATA TUSK: Jest to zupełnie niepotrzebne. Nie wyobrażam sobie, żeby na państwowym etacie była zatrudniona osoba tylko po to, żeby mi mierzyć buty czy sukienki albo robić zakupy. Nie widzę nic ujmującego ani pogardliwego w tym, że sama kupuję kawałek sera, skarpety czy książkę. Jestem normalną kobietą, chodzę po ulicach, mogę wejść do każdego sklepu i za własne pieniądze, a nie za pieniądze kancelarii premiera, czyli podatnika, kupuję to, co chcę i co mi się podoba. Nawet gdybym była królową Anglii, też bym to robiła. Zresztą zostaliśmy kiedyś zaproszeni do księcia Karola na kolację w zamku w Highgrove. Tam w sieni leżały kalosze, grabie i kurtka przeciwdeszczowa, ponieważ książę Karol w wolnych chwilach sam czyści swoje grządki w ogrodzie. Honor Anglii na tym nie ucierpiał.

GALA: Jak pan ocenia pierwszy rok swoich rządów? Z perspektywy czasu czegoś by pan nie zrobił, coś zrobił inaczej?

DONALD TUSK: Nie robię żadnych kalkulacji, tym bardziej że ten rok miał nadzwyczajne tempo. Jestem bardzo zależny od tego, czy ludzie docenią, czy nie efekty mojego działania. Przede mną jedno zadanie: maksymalnie skoncentrowany robić dobrze to, co do mnie należy. Jak najwięcej pracy, trochę intuicji, odrobina szczęścia i trzeba jechać do przodu. Kadencje są krótkie, jak będzie OK, dostanę od ludzi przepustkę na następnych kilka lat.