MAŁGORZATA SOCHA Trzeba orać

Udostępnij

Kończy 30 lat. Mówi, że jest dumna z tej trzydziestki. Wyciszyła się, uspokoiła. „I ta zmiana mnie cieszy” – twierdzi. Pytanie o marzenie zbywa: „Wszystko, o czym w życiu marzyłam, już mam”. Możliwe? Ona twierdzi, że tak. I że jest najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Totalnie. Prywatnie, u boku przystojnego męża. Zawodowo, w nowej roli w filmie „Weekend” Cezarego Pazury.

MAŁGORZATA SOCHA Trzeba orać

GALA: Spędzisz weekend z Cezarym Pazurą?

MAŁGORZATA SOCHA: Nie, ale wszystko przed nami! A tak poważnie mówiąc, to Czarek rzeczywiście zaprosił mnie do swojego nowego projektu pt. „Weekend”. To będzie komedia huligańsko-gangsterska. Trochę w stylu „Pulp Fiction”. Próby są przed nami. Ciekawa jestem pracy z Czarkiem jako reżyserem. Będzie grał także Paweł Małaszyński i Paweł Wilczak. Dużo prawdziwych mężczyzn w kinie i ja – sierotka Marysia.

GALA: Będziesz strzelać?

MAŁGORZATA SOCHA: O, tak. Pierwsze zajęcia mam już za sobą. Nie tylko bedę strzelać, ale łamać szczęki i nogi. Jak prawdziwa kilerka. Nie mylić z „Kilerem”!

GALA: Pazura aktor zamienia się w reżysera. Z reżyserującymi aktorami łatwiej się pracuje?

MAŁGORZATA SOCHA: Oczywiście. Oni nie intelektualizują wszystkiego, znają skróty w naszym aktorskim slangu. Lubię reżyserów aktorów. Z nimi się świetnie pracuje.

GALA: A z Tobą łatwo się pracuje?

MAŁGORZATA SOCHA: Jestem kreatywna, dużo sama na planie proponuję. W „Weekendzie” gram Majkę – osobę niepozbawioną uczuć, ale jednak silną, twardą, wyrachowaną kobietę. Wcielę się w rolę zupełnie odmienną od tych, które do tej pory przyjmowałam. Mam nadzieję, że to będzie film z dreszczykiem emocji i dużą dozą humoru.

GALA: Czego nie lubisz w tym zawodzie, co Cię w nim męczy i drażni?

MAŁGORZATA SOCHA: Przyznam ci się szczerze, że nie przepadam za ciągłym poprawianiem makijażu na planie. Może wymarzona rola dla mnie to kobieta w masce albo w worku na głowie? (śmiech) Ale tak naprawdę, to uwielbiam moje „pudernice”!

GALA: Jesteś uzależniona od aktorstwa?

MAŁGORZATA SOCHA: Tak, bo wciąż chcę być zaskakiwana nowymi rolami, scenariuszami. Wciąż mam ochotę poznawać moje możliwości. W każdej roli mogę siebie odkrywać na nowo.

GALA: O co chodzi w aktorstwie?

MAŁGORZATA SOCHA: O to, żeby widz, patrząc, myślał: „Boże, jakie to jest proste, ja też bym tak potrafił”. Chodzi o to, żeby widz odczuwał taką samą przyjemność z oglądania, co aktor z grania.

GALA: Luksusy gwiazdy?

MAŁGORZATA SOCHA: Ja gwiazda?! Raczej „zwiezda”! Dla mnie luksusem jest to, że mam wolny weekend i mogę iść z mężem do kina. Nie czuję się kobietą luksusową. Mam swoje małe mieszkanie, samochody nie są celem moich marzeń. Jestem z pokolenia kredytobiorców. Ale na szczęście jestem skąpa, więc udaje mi się trochę oszczędzać.

GALA: Założenie rodziny przed Tobą.

MAŁGORZATA SOCHA: Uwielbiam dzieci i wydają mi się one czymś cudownym. Choć myślę, że na macierzyństwo mam jeszcze czas. Agnieszce Dygant świetnie się udało pogodzić życie rodzinne z zawodowym. To może i mnie się kiedyś tak uda?

GALA: Złamałaś ostatnio nogę, grałaś o kulach. Wystraszyłaś się?

MAŁGORZATA SOCHA: Tak, to okazało się problemem. Na przykład w serialu nie można mnie było fi lmować w planie pełnym, tylko w amerykańskim, czyli do kolan. To skomplikowało moje życie zawodowe, ale koledzy zachowali się świetnie i bardzo mi pomagali. Zrozumiałam, że muszę bardziej uważać na siebie, bo moje ciało jest moim instrumentem. Ono mnie czasem ogranicza. Daniel Olbrychski dał mi telefon do swojego lekarza, który bardzo mi pomógł. Ja z kolei wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych.

GALA: Odeszłaś z Teatru Ateneum. To było trudne.

MAŁGORZATA SOCHA: Skończył się Teatr Gustawa Holoubka i nie było już tam miejsca dla mnie. Nie przyjęłam roli czwartoplanowej, a w tym samym czasie dostałam propozycję zagrania w „Brzyduli”. Trzeba grać, grać, grać. Inaczej się usycha. W Ateneum nie chciałam być tylko elementem scenografi i.

GALA: Ale granie serialowe jest schematyczne.

MAŁGORZATA SOCHA: A co to znaczy „granie schematyczne” albo „serialowe”? Aktorstwo to aktorstwo.

GALA: Są jakieś powinności aktorki?

MAŁGORZATA SOCHA: Uważam, że bycie znanym zobowiązuje. Działam w Fundacji „Dr Clown”. Staram się przynajmniej raz w miesiącu bywać u dzieci w szpitalu. Zabawami odciągamy ich uwagę od choroby. Te wizyty są bardzo emocjonujące. Dzieci są przenikliwe, nie lubią udawania. Zawsze gdy się z nimi żegnamy, mówimy: „Niedowidzenia”, bo chodzi o to, żeby wyzdrowiały, żeby się tam więcej nie spotkać.

GALA: Skąd ten pomysł?

MAŁGORZATA SOCHA: To się zaczęło wtedy, gdy mój Krzysiek był w szpitalu na oddziale ortopedycznym. Zobaczyliśmy tam małego chłopca, który spędzał czas kompletnie sam. Mój mąż zakolegował się z nim, a ja podrzuciłam kredki i zabawki. Poświęciliśmy maluchowi swój czas. Widzieliśmy, jakie to dla niego ważne. Myślę, że sprawiliśmy mu dużą radość. Kiedy zadzwoniła Kasia Buttowt z propozycją wsparcia Fundacji „Dr Clown”, od razu się zgodziłam.

GALA: Właśnie kończysz 30 lat. Czego się spodziewasz na urodziny?

MAŁGORZATA SOCHA: Niczego! Wszystko o czym w życiu marzyłam, już mam. Tyle prezentów dostałam od życia, tyle razy mnie ono zaskiwało, że nawet trudno mi sobie wyobrazić, co to miałoby być. Jestem spełnioną, szczęśliwą osobą. Do twarzy mi z tą trzydziestką, prawda? (śmiech)

GALA: Owszem, ale powiedz – gdy człowiek ma już wszystko, to przestaje marzyć?

MAŁGORZATA SOCHA: Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie tych wszystkich ról, które udało mi się do tej pory zagrać.

GALA: Żyjesz bez planu?

 

MAŁGORZATA SOCHA: Tak, bo życie i tak mnie zaskakuje. I to bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że ta dobra karma będzie trwała.

GALA: Mąż nie przygotował romantycznej niespodzianki?

MAŁGORZATA SOCHA: Gdyby mi powiedział, to nie byłoby niespodzianki.

GALA: Sama upieczesz sobie tort?

MAŁGORZATA SOCHA: Zamówię. Będzie tradycyjny, ogromny, słodki, czekoladowy. Boję się jedynie, że roztopi się od liczby świeczek. Pewnie wpadną kumple. A w ogóle będę obchodziła tę trzydziestkę przez najbliższe 10 lat.

GALA: Trzydziestka to jakaś cezura? Dla aktorki, kobiety – to ma znaczenie?

MAŁGORZATA SOCHA: Czasami myślę: „Boże, to już?! Trzydziestka?!!!”. A czasami: „Wow, super, to dopiero trzydziestka. Wciąż grałam podlotki. A teraz koniec z tym. To się zmieni. Nadchodzi nowa era. Będę grać trzydziestoletnie podlotki!”. (śmiech)

GALA: Okrągłe urodziny i zero strachu?

MAŁGORZATA SOCHA: Nie, jestem dumna z tego. Jestem dwa lata po ślubie, po którym dojrzałam, uspokoiłam się. To się we mnie zmieniło. I ta zmiana mnie cieszy.

GALA: Kryzys drugiego roku małżeństwa Was nie dopadł?

MAŁGORZATA SOCHA: A skąd?! Chyba raczej euforia drugiego roku. Dobre małżeństwo jest dla mnie powodem do dumy. Ja już wiem, co jest dla mnie najważniejsze.

GALA: A co jest dla Ciebie najważniejsze?

MAŁGORZATA SOCHA: Robić swoje nie za wszelką cenę. Żyć w zgodzie ze sobą i mężem.

GALA: To jest trudne?

MAŁGORZATA SOCHA: Brzmi jak plan minimum, ale żyjemy w betonowej dżungli i czasami taki minimalny plan też jest trudny.

GALA: Zróbmy jednak bilans. Co się nie udało przez te 30 lat?

MAŁGORZATA SOCHA: Nie wyjechałam za granicę po studiach, żeby coś przeżyć, czegoś się nauczyć.

GALA: Nie odbyłaś takiej podróży inicjacyjnej.

MAŁGORZATA SOCHA: Właśnie! I teraz już pewnie tego nie zrobię. Osiadłam, jest mi dobrze i wygodnie. Już się chyba nigdzie nie ruszę. Tego trochę żałuję, bo w takich podróżach człowiek najwięcej dowiaduje się czegoś o sobie. Być może dla mnie takim ważnym momentem, który mnie ukształtował, sprawił, że dojrzałam i musiałam jasno odpowiedzieć sobie, czego ja tak naprawdę chcę w życiu, był moment podjęcia decyzji o ślubie. Wtedy poczułam, że jestem dorosła. Musiałam do tego dojrzeć i zrobiłam to. Wcześniej wszystko było beztroskie, spontaniczne, lekkie.

GALA: Małżeństwo może być przygodą życia?

MAŁGORZATA SOCHA: Tak, to przygoda na całe życie, to skok na głęboką wodę. I cały czas uczę się pływać. Żeby nie zacząć dryfować.

GALA: Co zrobić, żeby nie dać się ponieść złej fali?

MAŁGORZATA SOCHA: Trzeba słuchać siebie nawzajem, mieć dla siebie czas i uwagę. Ale nie chcę być wyrocznią do spraw związków i małżeństw, więc nie będę się wymądrzać w tych sprawach. Każdy przygląda się bardziej lub mniej udanym związkom, wyciąga z tego wnioski dla siebie.

GALA: Jaką jesteś żoną?

MAŁGORZATA SOCHA: Dam ci telefon do mojego męża, może on ci powie! A tak na poważnie, to myślę, że trzeba być wszystkim po trochu. I przyjacielem, i zołzą. Czasami przytulanką, a czasami szeryfem. Najważniejsze jest to, żeby się ze sobą przyjaźnić. Jak się przyjaźnisz ze swoim mężem, partnerem, narzeczonym, to już jest połowa sukcesu.

GALA: Możesz polegać na Krzyśku, swoim mężu?

MAŁGORZATA SOCHA: Oczywiście! On jest jak dąb Bartek. Na szczęście nie ma 700 lat (śmiech). Tak bardzo nie chciałabym go zawieść...

GALA: Małżeństwo to...?

MAŁGORZATA SOCHA: ... harówka. A nie tylko romantyczne zrywy. Błędem jest przekonanie, że wszystko co fajne kończy się po ślubie. Że potem to już tylko szlaban. Ja mam inne doświadczenie. Zobaczyłam, że po ślubie możemy przeżyć razem wiele nowych rzeczy. Najfajniesze jest to, że teraz mówimy o sobie „my”. Bardzo lubię te słowa: „razem, my”. Nie czuję się ubezwłasnowolniona, kiedy mówię: „OK, ale najpierw chciałabym zapytać męża”.

GALA: Krzysiek doradza Ci przy podejmowaniu decyzji zawodowych?

MAŁGORZATA SOCHA: Od jakiegoś czasu coraz częściej się go radzę. Czyta też scenariusze. Śmieszne, że im bardziej postać różni się ode mnie, tym on bardziej się dziwi, że mogę to zagrać.

GALA: Dostaje gorączki, gdy widzi Cię na ekranie?

MAŁGORZATA SOCHA: A skąd! Natomiast ja absolutnie nie mogłam słuchać swojego głosu. Uważałam, że w telewizorze są przestery. Wiedziałam, że człowiek inaczej sam siebie słyszy, a inaczej słyszą go inni. Ale żeby aż tak! Chciałam wyrzucić przez okno telewizor, w którym po raz pierwszy siebie usłyszałam.

GALA: Ale co Ci nie wyszło?

MAŁGORZATA SOCHA: Wiesz, że nawet nie pamiętam... Mam taką naturę, że nawet jeśli coś takiego się zdarzyło, to ja wyrzucam to z mojej głowy. Niczego się nie buduje przez rozpamiętywanie porażek. To nie daje siły na dalsze życie. Trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej.

GALA: Pieszczoszka losu?

MAŁGORZATA SOCHA: Nie, na wszystko sobie ciężko zapracowałam. Jestem „hard workerem”. Jak sugeruje moje nazwisko – trzeba orać. Nazwisko zobowiązuje, więc ja jako socha nie boję się ciężkiej pracy, mam siłę i psychiczną, i fi zyczną. Tu trzeba być odpornym zarówno na sukces, jak i brak sukcesu. Trzeba umieć dawać sobie czas. Trzeba umieć nie zwariować, kiedy już się ma ten swój czas. A kiedy się już coś osiągnęło, trzeba umieć mądrze wybierać.

GALA: Co to jest szczęście?

 

MAŁGORZATA SOCHA: Stan ducha, który mam teraz! To jest spokój. Już nie gnam tak, nie ekscytuję się, nie gonię za czymś ulotnym, nieistotnym. Nie rozpraszam się na nieważne sprawy. Nie muszę się puszyć, udawać kogoś, kim nie jestem. Jestem na innym etapie. Jestem kobietą spełnioną.

GALA: Z czego jesteś dumna jako żona?

MAŁGORZATA SOCHA: Z mojego schabowego!

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł