Siedzimy na kanapie: ja, Małgorzata Tusk i kocica Pempek. W piątek w ciągu dnia w sopockim domu premiera jest jeszcze cicho. Puchata kotka patrzy na gości z lekko udawaną obojętnością. W salonie na półkach stoją setki książek, płyty, bibeloty i pamiątki z Meksyku. Wieczorem wpada Michał. Przed godziną 20, prosto z lotniska. Cmoknął mamę. Małgorzata Tusk śmieje się: „Przytulenie się do Michała jest jak obejmowanie kaktusa: staje się wtedy sztywny i nastroszony”. Zabrał klucze do swojego mieszkania, które jest kilka ulic dalej, i już go nie było (mama w czasie nieobecności Michała dokarmiała jego kota). Właśnie wrócił z Palermo, gdzie jego dziewczyna Ania jest na rocznym stypendium na medycynie. Michał jest mistrzem w wyszukiwaniu tanich biletów. Tym razem do Włoch poleciał za... 12 zł. Studiuje socjologię i pracuje w gdańskim oddziale „Gazety Wyborczej”, w dziale komunikacji miejskiej. Cieszył się jak dziecko, kiedy zdał prawo jazdy na autobusy i zasiadł za kierownicą niskopodłogowca. Wysoki, przystojny, po ojcu odziedziczył charakterystyczne „r”. Na świat patrzy z lekko ironicznym dystansem. Od przytulanek jest Kasia, nazywana przez rodzinę Gigą. W piątek wróciła do domu po 21, prosto z uczelni. Jest na drugim roku psychologii w SWPS w Sopocie. Sumienna, pracowita, na zajęciach spędza praktycznie cały dzień. Nieśmiała chyba jeszcze bardziej niż przed występem w „Tańcu z gwiazdami”. W programie u Kuby Wojewódzkiego powie spontanicznie: „Nie cieszę się, że tata został premierem”. Ma świadomość, że ponownie będzie na celowniku mediów, a już wie, że to nie jest zabawa dla niej. W domu ciepła, delikatna. O drugiej nad ranem – nareszcie – dojechał do domu Donald Tusk. Służbowym samochodem, z oficerem BOR-u za kierownicą, smutny, że sam już nie może prowadzić auta. Takie spotkania w Sopocie wkrótce będą coraz trudniejsze. Niedługo trzeba będzie przystosować się do wspólnego życia w Warszawie. Małgorzata zastrzega, że to nie będzie przeprowadzka. Spróbuje tylko stworzyć mężowi zastępczy dom, aby – niech to już nawet brzmi górnolotnie – mógł spokojnie służyć ojczyźnie. „W wyborach PO wybrały miliony Polaków. To wielka radość, ale też ogromne zobowiązanie – mówi żona premiera. – Być może ta sytuacja nałoży na mnie nowe obowiązki, na przykład pracę społeczną. Jeśli wystarczy mi czasu, chciałabym zająć się też promowaniem polskiej sztuki współczesnej. Uwielbiam ją, uważam, że jest rewelacyjna i warta każdego wsparcia”.

GALA: Niedziela wyborcza. Polacy cały dzień głosują. Wieczorem wszystkie telewizje pokazują, jak się pani uśmiecha do męża Donalda Tuska. Około północy tylko z córką Kasią wsiadacie do auta i wracacie do domu w Sopocie. 500 km drogi. O czym wtedy pani myślała?

MAŁGORZATA TUSK: Byłyśmy bardzo zmęczone. I fi zycznie, i emocjonalnie. Niesamowity dzień, ale zbyt naładowany energią. Najpierw czekaliśmy z dziećmi w hotelu sejmowym w pokoju męża, potem w sztabie wyborczym PO. O godzinie 19 znaliśmy już wyniki, wiedzieliśmy, że wygraliśmy. Niespodzianką była tak duża przewaga. W nocy wszystko do mnie wróciło. Siedziałyśmy obie na tylnym siedzeniu, za oknami było kompletnie ciemno, wokół cisza. Ogarnęło mnie wtedy miłe uczucie, że udało się zrobić coś dobrego. Wygraliśmy i mnóstwo ludzi wokół mnie czuło radość z tej wygranej. Pomyślałam, że można to porównać do najważniejszego egzaminu. Uczysz się ostro, zarywasz noce, a potem zdajesz ten egzamin celująco. Czujesz, że zasłużyłeś na tę notę, masz satysfakcję z dobrze wykonanej roboty.

GALA: Satysfakcję tym większą, jeśli pamięta pani gorzki smak porażki dwa lata temu po wyborach prezydenckich i parlamentarnych.

MAŁGORZATA TUSK: Wtedy w ostatnim tygodniu wyniki sondaży były dla nas coraz gorsze. Na dwa, trzy dni przed wyborami mieliśmy niestety już pewność, że to będzie porażka. Nastroje w mediach jednoznacznie na to wskazywały. Dziś rozumiem, że to nie był właściwy moment, żeby PO mogła wygrać. Myślę, że potrzebowaliśmy czasu, żeby zmieniło się nastawienie społeczeństwa. Trzeba było tych dwóch lat, żeby Polacy chcieli zmienić coś na lepsze, skończyć z rozrachunkami i niewdzięczną przeszłością. Dlatego wtedy, w samochodzie, miałam  poczucie prawdziwego sukcesu. Mogłabym być dumna z męża.

GALA: Nie rozumiem, mogłaby pani być, czy była?

MAŁGORZATA TUSK: Byłam. Wtedy tak. Ostrożnie podchodzę do słowa: dumny. Staram się go unikać, bo duma kojarzy mi się z poczuciem wyższości. Nie myślę w takich kategoriach ani o sobie, ani o swojej rodzinie. Tak naprawdę jestem dumna z jednej rzeczy – że mieszkam w Sopocie.

GALA: Zaraz, zaraz. A dzieci, rodzina, dom. Z tego ludzie są dumni. Sopot? Przez ten Sopot pani życie wywróciło się do góry nogami.

 

MAŁGORZATA TUSK: Z dzieci i reszty się cieszę. Jestem szczęśliwa, że mam taką rodzinę. Z Sopotem to inna sprawa. Mam wrażenie, że wszyscy w Polsce mówią o Sopocie dobrze, bo to miasto kojarzy im się z czymś przyjemnym: wakacjami, latem, morzem, odpoczynkiem. Ja tutaj jestem sobą, wolna od wielkiej polityki, dziennikarzy. Jest mi dobrze i wygodnie. Trochę trudno mi się przyzwyczaić do myśli, że muszę ten mój mały świat zostawić na jakiś czas dla Warszawy. Powtarzam sobie, że w każdej sytuacji są strony dobre i złe. Naszą przyszłość sprowadzam do konkretnych problemów, zadań do wykonania: trzeba urządzić mieszkanie, muszę znaleźć lektora do hiszpańskiego... Wtedy staję się skoncentrowana i zdeterminowana. Jest we mnie dużo energii. Choć nie zawsze pozytywnej. Nie ukrywam, że ta nowa sytuacja też mnie stresuje. Czasami czuję się tym zdołowana, czasami wściekła. Ale wiem, że sobie poradzę.

GALA: Co stresuje panią najbardziej?

MAŁGORZATA TUSK: Wiem oczywiście, że uporządkowanie spraw w naszym kraju jest najważniejsze. I moje dylematy z przeprowadzką nie są sprawą wagi państwowej. Tak po ludzku szkoda mi codziennych spacerów nad morzem. Krótkich, choćby na chwilę, by pozbierać myśli. Każdy buduje swój świat z drobnych cząstek. Dla mnie to Sopot, ulice, morze, mój dom i setki moich książek, które tworzą ciągłość mojego życia. Trudno mi wyobrazić sobie siebie bez nich.

GALA: Można je zapakować w kartony i przewieźć do Warszawy.

MAŁGORZATA TUSK: Te książki stoją zawsze w tym samym miejscu. Wiem, gdzie którą znajdę, wystarczy, że wyciągnę rękę. Jestem od nich uzależniona. Nieustannie do nich wracam. Czasami, gdy o czymś pomyślę i brakuje mi jakiegoś szczegółu, np. informacji o malutkim kościele na rynku w San Cristóbal de las Casas albo tytułu wiersza Słowackiego, sięgam po właściwą książkę i już wiem. Na tym to polega.

GALA: Dziś na partię pani męża głosowałby co drugi Polak. W Polsce bardzo potrzebujemy autorytetów. Kobiety liczą na panią.

MAŁGORZATA TUSK: Więc chyba jednak zostanę nad morzem (śmiech). Autorytetem może być profesor Bartoszewski! Są rzeczy, na których w jakiś sposób  się znam, np. na literaturze, na kinie. Znam się też na historii Ameryki Łacińskiej, najbardziej Meksyku, ale nie sądzę, żebym miała prawo do bycia autorytetem w tych dziedzinach. Nie zajmuję się tym zawodowo. Mnie to po prostu pasjonuje. Znam się jeszcze na zwykłym życiu, jakie prowadzą miliony Polaków. Taki ze mnie autorytet.

GALA: Tak łatwo się nie poddam. Ludzie mają wobec państwa jako drugiej pary w kraju oczekiwania.

MAŁGORZATA TUSK: Moja rola w tych wyborach była nieznacząca, ale rozumiem ten mechanizm. Ludzie wybrali PO, a ja z żony Donalda Tuska stałam się żoną premiera. Uważam, że mam zobowiązania wobec tych, którzy nas wybrali. Unikam wielkich słów i wielkich deklaracji. Lepiej wszystko traktować rozsądnie. Wtedy człowiek potrafi znaleźć dystans do siebie i tego, co robi. George Bush, papież, Angela Merkel oprócz tego, że decydują o losach świata, są też zwykłymi ludźmi, którzy mają takie same problemy jak my: coś ich boli, czegoś nie lubią, kogoś kochają, czegoś pragną. Są tak samo zmęczeni jak ty czy ja, kiedy muszą wstać o 4 rano, żeby pojechać na spotkanie na szczycie. Myślę, że aby poradzić sobie z jakąkolwiek odpowiedzialnością, trzeba znaleźć w sobie tę zwykłość.

GALA: Na czym polega zwykłość premiera Polski?

MAŁGORZATA TUSK: Pisze mi SMS-y: „Bardzo cię kocham” (śmiech). Uwielbia biegać. Jeśli jest w domu, z samego rana zakłada dres, adidasy i biega ponad godzinę brzegiem morza. Pamiętam pierwszy dzień, kiedy pojawili się u nas panowie z BOR-u. Była 8 rano, leżeliśmy w łóżku, Donek westchnął: „Jak bardzo chciałbym sobie pobiegać”. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, dlaczego nie może. A istotnie trudno pogodzić bieganie z kilkuosobową ochroną. Ostatecznie usprawiedliwił się sam przed sobą, że jest przeziębiony i został w domu.

GALA: Rozumiem, dlaczego zrezygnowali państwo z ochrony.

MAŁGORZATA TUSK: Czujemy się tym skrępowani. Ochrona będzie w Warszawie. Tu, w Sopocie, panowie pilnują naszego mieszkania, ponieważ mieliśmy już podejrzane osoby dzwoniące do drzwi w dziwnych sprawach. Ochrony nie będę miała ani ja, ani dzieci, które kategorycznie odmówiły. Michał był przerażony. Gdyby przyjechał z panem z BOR-u do pracy, koledzy pękliby ze śmiechu i mieli temat do żartów na długie miesiące. Mam nadzieję, że ta decyzja nie jest dla nas groźna. Przyszłość pokaże.

GALA: Ale z drugiej strony z ochroną miałaby pani łatwiejsze życie, np. do dyspozycji osobistego kierowcę. Nie było to kuszące?

MAŁGORZATA TUSK: Kocham prowadzić samochód! Jestem wtedy sama i mam absolutną władzę: wybieram muzykę, skręcam, zatrzymuję się, ruszam wszystkimi pokrętłami w środku. Rewelacja! Nie wyobrażam sobie, że dzwonię do kogoś i mówię: Proszę mnie zawieźć do sklepu, bo muszę kupić masło i schab na obiad. Mam wystarczająco wielkie wyrzuty sumienia, kiedy widzę tych panów pod naszym domem i myślę, że jest im zimno, są zmęczeni, niewyspani i głodni. Nie muszę sobie ułatwiać życia.

GALA: To znaczy?

MAŁGORZATA TUSK: Nie potrafi łabym żyć z tabunem ludzi: panią do sprzątania, gotowania, ogrodnikiem, kierowcą, sekretarzem... którym przygotowuję zadania do wykonania. Lubię drobne trudności dnia codziennego: zakupy, tankowanie, sprawy w urzędach. Lubię, jak mi się coś nie udaje, a ja z tym walczę i to pokonuję. To mi sprawia przyjemność.

GALA: Z jakimi strachami pani walczy?

MAŁGORZATA TUSK: Potwornie boję się latać. Tak bardzo, że kiedy wysiadam z samolotu, jestem cała mokra. Ale najbardziej boję się przemocy fi zycznej. Niekontrolowana siła drugiego człowieka przeraża mnie.

GALA: Czy mam rozumieć, że ma pani jakieś dramatyczne przeżycia?

 

MAŁGORZATA TUSK: Nie. Ale opowiem taką historię. Większość życia marzyłam, żeby pojechać do Meksyku i zobaczyć wszystkie kościoły, które opisywałam w pracy magisterskiej. Udało się rok temu. Było nas ośmioro, małym busem przejechaliśmy środkowy i południowy Meksyk. To była moja najważniejsza podróż. Pierwsze wrażenie było uderzające: pomyślałam, że życie w kraju, który kocham, jest straszne. W wielu miejscach panuje niewyobrażalna bieda. Tysiące ludzi mieszka na ulicach, w budach z papieru. Wszędzie snują się gromady brudnych, opuszczonych przez rodziców dzieci, które żebrzą o trochę jedzenia. Ale z drugiej strony urzekła mnie ogromna przestrzeń, jakiś rodzaj samotności. Przejechaliśmy setki kilometrów z południa w stronę Pátzcuaro i nie widzieliśmy nikogo: żadnego domu, człowieka, tylko niekończącą się przepiękną naturę. Problem zaczął się w Oaxace. Od kilku tygodni strajkowali nauczyciele, domagając się podwyżek. W końcu ogłosili głodówkę i zainstalowali się w namiotach przed magistratem. Poparli ich miejscowi ludzie. Biedota wykorzystała zamieszanie i zaczęła rabować sklepy, napadać na turystów. W czasie jakiejś przepychanki z policją wdarli się na posterunek i powiesili policjanta. Wtedy gubernator ogłosił, że wysyła wojsko.

GALA: I wtedy do miasta wjechaliście wy?

MAŁGORZATA TUSK: Chcieliśmy pojechać na lotnisko, ale już było za późno. Wokół grupy młodych chłopaków budowały barykady. Brali wszystko, co popadnie: stoły, lady sklepowe, samochody, walizki, ławki z parku... Kazali nam natychmiast wysiąść z busa. Nie wiem, jakim cudem udało się wyszarpać nasze bagaże. W pewnym momencie podjechał autokar pełen turystów z Niemiec. Kierowca nie chciał otworzyć drzwi, więc wybili szybę, przystawili mu karabin do głowy i zaczęło się piekło. W autobusie ludzie wpadli w histerię. Byłam przerażona. Właśnie takich sytuacji się boję: brutalnych, pełnych gwałtu, które wymykają się spod kontroli. Na szczęście nikogo nie zabili. Po paru dramatycznych godzinach, lawirując pomiędzy butelkami z benzyną i barykadami, przedarliśmy się na lotnisko. Potem, już w samolocie, pomyślałam, że w takim buncie jest sens. My też w Polsce walczyliśmy o swoje. Byłam całym sercem z tymi ludźmi, bo oni żyją w strasznej nędzy i mają moralne prawo walczyć, żeby było im lepiej. Ale chyba nie mogłabym być rewolucjonistką.

GALA: Nie wierzę, przecież jest pani twarda.

MAŁGORZATA TUSK: Raczej racjonalna. Nie lubię rozpaczać. Nie roztkliwiam się ani nad sobą, ani nad innymi. Oczywiście, czasami dochodzisz do granicy wytrzymałości i musisz sobie powiedzieć: Boże, jaka jestem biedna, jak mi ciężko, jakim jestem Kopciuszkiem.

GALA: Kilka dni temu miała pani urodziny.

M.T.: 50. (śmiech) Jest mi dobrze. Zaprosiłam przyjaciółki, zrobiłam kolację. Podałam schab pieczony z warzywami, czerwone wino. Dostałam mnóstwo książek i spędziłyśmy fantastyczny wieczór.

GALA: Od wielu lat tworzycie silną babską grupę i te przyjacielskie więzi są coraz silniejsze. A jak jest z miłością? Jak dojrzewa małżeństwo po 30 latach wspólnego życia?

MAŁGORZATA TUSK: Myślę, że jest coraz fajniej. Z wiekiem dwoje ludzi coraz bardziej uczy się siebie, na przykład tego, w jaki sposób nie wchodzić w konfl ikty. Już wiesz, że warto się starać, zrobić wysiłek dla tej drugiej osoby, bo się wam wspólnie opłaca. Uwielbiam chodzić do kina. Donek na początku tego nie znosił, bo miał klaustrofobię i w ciemnej sali po prostu źle się czuł. W końcu jakoś przemógł się, głównie po to, żeby ze mną być, sprawić mi przyjemność. I przekonał się, że to świetna rozrywka. Albo narty. Przez lata jeździłam do Szczyrku z dziećmi sama. Kiedy mówiłam: może pojedziesz z nami, Donek odpowiadał, że narty to beznadziejna dyscyplina, że jak grasz w piłkę, to ciągle coś się dzieje, a tu czysta nuda. Wdrapujesz się na górkę, zjeżdżasz, wdrapujesz się, zjeżdżasz... Ale pewnego razu pojechał, bo nie chciał się z nami rozstawać. Mając 40 lat, nauczył się jeździć na nartach i dziś, obok piłki i biegania, to jego ulubiony sport, który na dodatek możemy uprawiać razem.

GALA: A pani wkład w to wspólne dobro?

MAŁGORZATA TUSK: Nie mam nic przeciwko temu, że w niedzielę wieczór gra z kolegami w piłkę. Mogłabym powiedzieć, że to jest dzień, który powinien spędzać z rodziną, ale teraz uważam, że ta niedziela z kolegami mu się należy. Zajmuję się robieniem remontów. Donek zazwyczaj jest w Warszawie, więc każdy remont w naszym domu ciągnąłby się latami. Zamiast się wkurzać, mieć pretensje, sama się tym zajęłam. Dzięki temu nauczyłam się, że dobra organizacja to podstawa.

GALA: Najprzyjemniejsza wspólna podróż?

MAŁGORZATA TUSK: Oboje jesteśmy historykami i uwielbiamy Kretę. Byliśmy tam wielokrotnie. Wynajmujemy samochód i jeździmy po całej wyspie. Ostatnio znaleźliśmy fantastyczne miejsce na południu. Mały domek, 14 metrów, tuż obok ruin minojskiego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Po drugiej stronie wioska: trzy domy i jedna tawerna. Świetnie się tam czujemy. Donek biega po okolicznych jaskiniach i znajduje trupy różnych zwierząt, zazwyczaj kóz kri-kri, które słyną z tego, że chodzą po drzewach. Kąpiemy się w morzu, opalamy na piasku, czytamy książki, rozmawiamy, chodzimy na dzikie figi.