Jako mała dziewczynka Marcelina Zawadzka chciała być pilotem lub karateką. Została jednak modelką, potem Miss Polonia, a teraz prowadzi dwa programy telewizyjne. Mówi, że zamierza wykorzystać swoją szansę. Do pełni szczęścia brakuje jej jedynie czasu. Na odpoczynek i na to, by się zakochać.

Gratuluję Telekamery!

Marcelina Zawadzka: Dziękuję. To dla mnie wielkie wyróżnienie i niespodzianka. Kiedy dostałam nominację, podeszłam do niej z dużym dystansem, szczególnie gdy zobaczyłam, że razem ze mną nominowani byli np. Antek Królikowski i Adam Zdrójkowski. Nie sądziłam, że mam z nimi jakiekolwiek szanse. Jednak jadąc na galę rozdania Telekamer, zaczęłam się jakoś przedziwnie denerwować. A kiedy usłyszałam swoje nazwisko, kompletnie się rozkleiłam.

Ze wzruszenia?

Nie tylko. Gdy półtora roku temu zaproponowano mi prowadzenie „Pytania na śniadanie”, zostałam rzucona na głęboką wodę. Nie mam wykształcenia w tym kierunku, nie miałam prawie żadnego doświadczenia w prowadzeniu programu na żywo. Mam w sobie wiele pokory i jestem świadoma, że muszę ciągle się uczyć. Jestem krytyczna wobec siebie i stale towarzyszy mi poczucie, że coś mogłam zrobić lepiej. Dlatego statuetka Telekamery, po pierwsze, była dla mnie szokiem. A po drugie, poczułam wdzięczność, że widzowie docenili mój wysiłek. To było mi potrzebne, żeby uwierzyć w siebie – w pracy w telewizji jest się ciągle ocenianym, a ja nie najlepiej to znoszę.

Nie przyzwyczaiłaś się do tego przez te wszystkie lata, kiedy pracowałaś jako modelka, i potem, kiedy zostałaś Miss Polonia?

No właśnie nie. I nie sądzę, że kiedykolwiek się przyzwyczaję. Znalazłam jedynie metodę, by mnie to za mocno nie dotykało. Po prostu nie czytam żadnych komentarzy na swój temat, nie przeglądam plotkarskiej prasy.

Trzeba mieć skórę nosorożca, by pracować w show-biznesie.

Tak, a ja jej nie mam. Oczywiście przyjmuje konstruktywną krytykę i jest dla mnie cenna, ale nieprzyjemne komentarze potrafią podciąć skrzydła, szczególnie gdy sama jestem wobec siebie krytyczna. Dlatego staram się na niektóre rzeczy przymykać oko. Robię swoje najlepiej, jak potrafię, i na tym się skupiam.

Czujesz, że masz teraz swoje pięć minut?

To moje pięć minut trwa już od jakiegoś czasu. Teraz, po otrzymaniu Telekamery, zauważyłam, że ludzie mają do mnie więcej pytań, chcą o mnie więcej wiedzieć. Dla mnie to duża szansa jako prezenterki, dziennikarki i zamierzam ją wykorzystać w 100 procentach.

Jak myślisz, za co ludzie przyznali Ci tę nagrodę?

Trudne pytanie... Myślę, że widzą we mnie dziewczynę z sąsiedztwa. Nie stwarzam dystansu, nigdy na antenie nie zrobiłam nikomu żadnej przykrości, podchodzę do moich rozmówców z sympatią i szacunkiem. Uwielbiam ludzi, każda rozmowa sprawia mi wielką przyjemność, jestem ciekawa każdego człowieka. Nie jestem typem ostrej dziennikarki, nie przypieram ludzi do muru – zależy mi na ich komforcie. Poza tym taka też jest formuła programów, które prowadzę. Myślę, że widzowie to doceniają.

Marzyłaś o pracy w telewizji?

Nie. Jako dziecko marzyłam o zupełnie innych rzeczach.

Jakich?

Chciałam zostać pilotem. Uprawiałam pływanie na smoczych łodziach, trenowałam karate, miałam takie chłopięce hobby. Mój tata marzył o synu. Kiedy się urodziłam, miał już dwie córki i chyba mentalnie weszłam w rolę wymarzonego syna. Zresztą cała rodzina do dziś mówi na mnie Marcel (śmiech). A mi bardzo podobały się te męskie klimaty. Lubiłam rąbać z tatą drewno na naszej działce w Borach Tucholskich, gdzie spędzaliśmy każde wakacje. Chodziłam z nim na ryby, na grzyby, budowałam szałasy. Mieliśmy bardzo dobre relacje.

A jak tata zareagował, gdy ze świata typowo męskich aktywności weszłaś w zupełnie inny świat – modelingu?

Był bardzo dumny. Do dziś jest moim największym fanem. Za każdym razem, gdy przyjeżdżam do rodziców do Malborka, widzę, że zbiera z gazet wycinki na mój temat. To dla mnie bardzo ważne – czuć, że bliscy mnie doceniają. Szczególnie że rodzice nie był w stosunku do nas zbyt wylewni (śmiech).

Odebrałaś surowe wychowanie?

Pochodzę z domu silnych kobiet. Mój tata był marynarzem, dużo czasu był poza domem, przestał pływać dopiero, gdy się urodziłam. Moje siostry i mnie wychowywała babcia. Miała bardzo silną osobowość i bardzo trudny charakter. Przeżyła dwie wojny światowe, myślę, że te doświadczenia uczyniły z niej taką osobę. Była kobietą nie do zdarcia, ale też bezkompromisową. Na pewno jej surowość miała duży wpływ na to, jaka jestem.

Na czym polegała ta surowość?

Przejawiała się w różnych rzeczach. Podam ci przykład. Miałam kilkanaście lat i przyszły do mnie koleżanki. W pewnym momencie babcia stwierdziła, że zachowałam się w nieodpowiedni sposób, i wtedy je wszystkie wyrzucała z domu – właściwie bez słowa wyjaśnienia. Pamiętam tego typu sytuacje do dziś. Na pewno nie można powiedzieć, że byłam rozpieszczonym dzieckiem. (śmiech)

Skarżyłaś się mamie?

Tak, ale ona nie miała na babcię żadnego przełożenia. Odpuszczała.

A Ty potrafiłaś się przeciwstawić babci?

Żartujesz? Z babcią nie było dyskusji. Żadnej. Nie znosiła sprzeciwu. Mieszkanie pod jednym dachem z tak silną osobowością ukształtowało w pewnej mierze mój charakter. Kiedy byłam młodsza, nie miałam siły przebicia i nie wierzyłam za bardzo w siebie i swoje możliwości.

Dziś już wierzysz?

Na pewno bardziej. Pracowałam nad poczuciem własnej wartości. Teraz jest mi ze sobą dobrze i lubię siebie.

Co Ci dało tę pewność siebie?

Na pewno praca. Szczególnie ta w „Pytaniu...”, w telewizji na żywo. Pamiętam przełomowy moment, kiedy poczułam się mocna. To był sylwester 2015, który po raz pierwszy prowadziłam na żywo w TVP wspólnie z Tomkiem Kammelem. Kiedy było po wszystkim, pomyślałam: „Boże, jeśli dałam radę to zrobić, teraz mogę wszystko!” (śmiech). Pewności siebie dodała mi także niezależność i stabilność finansowa. Poza tym zrozumiałam, skąd się ta moja niepewność siebie wzięła, i zaczęłam nad tym pracować.

Sama?

Tak. Ale nie jest tak, że nie uznaję pomocy specjalistów. Wtedy można łatwiej pozbyć się problemów. Moja siostra rozmawiała z psychologiem, a ponieważ byłyśmy podobnie wychowane, wytłumaczyła mi kilka schematów. Pracowałam nad swoimi problemami i dziś jest mi dobrze.

Nad czym musiałaś najbardziej pracować?

Że nie muszę się ze wszystkiego tłumaczyć innym i nie muszę za każde niepowodzenie winić siebie.

Gdybyś miała określić swój obecny stan na dziesięciostopniowej skali szczęścia, jaką liczbę byś wybrała?

Mam taką naturę, że wiele rzeczy mnie cieszy, a naprawdę mało dołuje. U mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna! Dlatego wybrałabym 10. No, dobra, 9, bo teraz desperacko potrzebuję odpoczynku. Marzę, by wyjechać choć na kilka dni do mojej przyjaciółki do Barcelony lub do Paryża. Nie odbierać telefonów, pobyć z bliską mi osobą, odpocząć.

Czy kiedykolwiek Twoja szklanka była do połowy pusta?

Pamiętam taki jeden moment w wakacje – byłam bardzo zmęczona nagraniami i przygotowaniami do „Pytania...” dzień po dniu, poczułam, że nie mam już siły. Zaczęły mi drętwieć ręce, ciało odmówiło posłuszeństwa, myślałam, że nie dam rady.

I co wtedy zrobiłaś?

Wyjechałam na przekładany od dłuższego czasu urlop. Spędziłam trzy tygodnie u mojej koleżanki w Stanach. Oderwałam się od codziennych problemów, zmieniłam tryb dnia i wszystko wróciło do normy.

Czego jeszcze chcesz od życia?

Niczego, jestem szczęśliwa! Ostatnio miałam kłopoty ze zdrowiem i kiedy okazało się, że wszystko jest w porządku, że mam dobre wyniki, poczułam, że naprawdę mam w życiu wszystko. I  jak ci już mówiłam, cieszy mnie wiele rzeczy: że jest ładny dzień, że gdzieś leci dobra muzyka. Myślę, że niektórzy ludzie rodzą się z predyspozycjami do bycia szczęśliwymi i ja właśnie taka się urodziłam. A jeśli jeszcze w niedługim czasie uda mi się wyjechać na obóz motocyklowy, to będzie pełnia szczęścia!

No właśnie. Co Cię tak pociąga w motocyklach?

To moja wielka pasja! Kiedy zaczynam dzień od jazdy na motorze, wszystko od razu wygląda lepiej (śmiech). Motocykl daje mi poczucie wolności. Wiem, że brzmi to banalnie, ale w moim wypadku to prawda.

Nigdy się nie bałaś?

Oczywiście, że się bałam, na przykład kiedy wjeżdżałam na tor, którego nie znałam wcześniej. Ale po mieście jeżdżę bardzo ostrożnie, jestem przewidująca. Czasami wyjeżdżam z moimi znajomymi – Markiem Dąbrowskim, Jackiem Czachorem. To oni nauczyli mnie jeździć na motorze i namówili do udziału w rajdach samochodowych. Okazało się, że mam do tego jakiś talent, a przede wszystkim zapał, i teraz jeżdżę z nimi na rajdy.

Masz jakieś sukcesy na koncie?

Tak. Jechałam na przykład w rajdzie Baja Poland w Drawsku Pomorskim. Na 27 załóg z moim pilotem Maćkiem Mortonem zajęliśmy 14. miejsce. Uważam to za swój sukces, przecież ścigałam się z profesjonalistami. Chciałabym bardzo rozwijać tę pasję. Mam wiele rajdowych planów i marzeń.

Dakar?

Tak, to wielkie marzenie. Na Dakar pojechałabym nawet niekoniecznie jako uczestniczka. Mogłabym jechać kamperem, by asystować zawodnikom. Wystarczyłoby mi poczuć klimat tego rajdu, porozmawiać z zawodnikami i zmęczyć się z nimi przez te 14 dni. Bardzo lubię rajdowe towarzystwo i ten niepowtarzalny klimat. Tam mogę być sobą.

Kiedy rozmawiałyśmy trzy lata temu, naszą rozmowę podsumowałaś zdaniem: „Sukces już osiągnęłam, teraz czas na miłość”.

Teraz mogłabym powiedzieć to samo (śmiech).

Wtedy byłaś świeżo po rozstaniu z Kubą Przygońskim. Nie związałaś się z nikim przez ten czas?

Próbowałam zbudować z kimś związek, ale nie jesteśmy już razem. To nie był najlepszy czas – nasza relacja zbiegła się z początkiem mojej pracy w „Pytaniu...” i udziałem w „Tańcu z gwiazdami”. Dużo działo się wtedy w moim życiu, byłam bardzo zestresowana, non stop zajęta – widzisz, znów biorę winę na siebie. (śmiech) A poważnie: znalazłam się wtedy w trudnym momencie, sama dla siebie byłam nie do wytrzymania, nie mówiąc o osobach wokół mnie. Nie wszyscy chcieli to znosić i ja to rozumiem. Potem chodziłam na różne randki, ale żadna nie przerodziła się w nic poważnego. Zresztą mam wrażenie, że faceci teraz są dość bierni – czekają na ruch ze strony kobiet, pierwszy krok. Ja nie mam na to czasu i możliwości – nie chodzę do klubów, na imprezach pokazuję się głównie służbowo.

Teraz ludzie poznają się przez aplikacje w smartfonach...

Tak, słyszałam. Ale to nie dla mnie, ja wolę tradycyjną drogę poznawania ludzi. Najlepiej chyba, jakby ktoś mnie zeswatał (śmiech). A tak na serio, to wierzę, że wszystko dzieje się w swoim czasie, a ja nie czuję się teraz gotowa na poważne zobowiązania.

Jaki mężczyzna odpowiadałby Marcelinie?

Na pewno taki, który by mnie nie ograniczał. Który rozumiałby, że chcę pojechać na obóz motocyklowy, był otwarty na moje szalone pomysły. I musiałby mieć swoją pasję! Nieważne jaką.

Na przykład zapalony ornitolog?

Super! Serio. Ostatnio w „Pytaniu...” rozmawiałam z chłopakiem, którego pasją jest szydełkowanie. On mnie zachwycił. Wspaniale opowiadał, co szydełkuje, jak to robi. Uwielbiam takie wariactwa.

Pasję już mamy, a wygląd ma znaczenie?

No właśnie niekoniecznie. Nawet wzrost nie ma znaczenia. Przy moich 180 cm i szpilkach, które lubię nosić, rzadko który facet jest wyższy. Może to zabrzmi banalnie, ale naprawdę dla mnie na pierwszym miejscu jest osobowość. To, by fajnie spędzać czas razem, nawzajem się inspirować i motywować, jest najważniejsze.

Gdzie widzisz siebie za 10 lat?

Zawodowo mogłabym być tu, gdzie teraz. Jest mi bardzo dobrze. Ale wierzę, że wiele jeszcze przede mną, i jestem otwarta na wyzwania!

A prywatnie?

Za 10 lat? Będę miała 38... Tak, mogłabym już wtedy mieć męża i kilkuletnie dziecko...

Czyli nie nadajesz się na singielkę?

Nie, zdecydowanie nie. Nawet mieszkać sama nie umiem. Po przeprowadzce do Warszawy mieszkałam z moją siostrą Karoliną. Ostatnio kupiłam mieszkanie, przeprowadziłam się i nie do końca sobie z tym radzę. Czuję, że kiedy siedzę sama w domu, kompletnie tracę czas. Nie jestem typem samotnika. Najbardziej cenię sobie w życiu relacje z ludźmi. Z siostrami, rodziną, moimi przyjaciółmi jeszcze z Malborka i tymi z Warszawy. Ludzie są dla mnie najważniejsi.

Rodzice pytają, kiedy wyjdziesz za mąż?

O tak, od dawna. W każde święta pytają, kiedy przywiozę im kandydata na zięcia. Moja siostra Agnieszka ma męża, a Karolina i ja nie. Najbardziej rozczula mnie tata, który każdego nowego mężczyznę w domu wita z otwartymi ramionami. W każdym widzi same zalety i snuje już plany o naszej przyszłości – nawet gdy to tylko kolega! (śmiech) Ja nie czuję presji, by związać się z kimś na poważnie np. przed trzydziestką. Ale wiem, że życie potrafi być zaskakujące, więc nie wykluczam tej opcji.