Niemal nie znika z ekranów. W kinach oglądamy „Ogród Luizy”, w którym gra wrażliwego gangstera (nagroda specjalna na festiwalu filmowym w Gdyni). W „Rozmowach nocą” jest romantycznym kucharzem, w trzeciej serii „Pitbulla” – podkomisarzem Desperskim. Świetnym. Spotykamy się w ulubionym miejscu Marcina Dorocińskiego, warszawskiej Café Kulturalna. Tu przychodzą jego koledzy z Teatru Dramatycznego, studenci. Marcin przyszedł wcześniej, wyłania się z głębi zapełnionej sali. To lubi najbardziej – być wśród ludzi. Mówi cicho, z rozmysłem cedzi słowa. Rozkręca się dopiero po godzinie. I właściwie dopiero wtedy zaczyna się rozmowa…

GALA: Lansuje pan niemodną dziś zasadę nierozpychania się łokciami i wbrew podręcznikom psychologii – wygrywa.

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie potrafię się rozpychać. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją walczyć o swoje. Gdybym to potrafił, może byłbym dalej. Ale z drugiej strony, jak się człowiek tak rozpycha, to może mu coś ulatuje?

GALA: Kiedy zrozumiał pan, że nie trzeba się napinać?

MARCIN DOROCIŃSKI: Zawsze taki byłem. Warto walczyć o rzeczy najważniejsze, jak obrona czyjegoś życia, niedopuszczenie do wyrządzania komuś krzywdy. A reszta, poczynając od zabawek, poprzez sport aż po karierę, nie jest tym, za co można by dać się zarżnąć. Walczę z chamstwem i ogólnym znieczuleniem. Trzeba reagować, gdy ktoś wygląda na pijanego, a okazuje się nieprzytomny albo bezdomny.

GALA: Pochyla się pan nad bezdomnymi? Rozmawia, daje pieniądze na wódkę?

MARCIN DOROCIŃSKI: Często z nimi rozmawiam. Pieniądze też daję. Podchodzi koleś i mówi: „No co ci będę ściemniał, na wódkę chcę”. Czasami odpowiadam tak samo: „No co ci będę ściemniał, nie dam ci”. A czasami daję. Zależy od energii, jaka płynie od człowieka.

GALA: Powiedział pan, że chciałby być dobrym człowiekiem. Co to znaczy?

MARCIN DOROCIŃSKI: Dobrze o tym mówi prof. Bartoszewski: warto być przyzwoitym. Może się nie opłaca, ale warto.

GALA: Kończy pan 35 lat. Czuje się pan mężczyzną czy wciąż chłopcem?

MARCIN DOROCIŃSKI: Chłopcem. Lubię się wygłupiać. Nie czuję tych 35 lat ani tego, że powinienem inaczej się zachowywać.

GALA: A co to znaczy: być mężczyzną?

MARCIN DOROCIŃSKI: Bycie mężczyzną wyraża się stosunkiem do rodziny, ale polega też na wielu mniej istotnych sprawach. Jestem przeciwny klasyfikacjom, dookreśleniom. Mam swoje drogowskazy, wartości absolutne – miłość i wiarę. Tego się trzymam.

GALA: Jak ważna jest miłość?

MARCIN DOROCIŃSKI: Najważniejsza. Wszystko się z niej bierze, z miłości do człowieka, pracy.

GALA: Jako dziecko miał pan wzorzec męskości? Ojciec, brat, postać literacka?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tata był kowalem. Harował, żebyśmy mieli za co żyć. Nie miał czasu się nami zajmować. A od starszych braci dzieliła mnie zbyt duża różnica wieku, siedem i osiem lat, bym miał okazję im się przypatrywać. Moim bohaterem był kolega, który teraz siedzi przy sąsiednim stoliku (ukłony dla Andrzeja Szeremety! – przyp. A.S.). Gdy w przedszkolu chodziłem do maluchów, on był w starszakach. Kiedy dorosłem do starszaków, on przeniósł się do szkoły. To był gość! Jako pierwszy z Kłudzienka dostał się do szkoły aktorskiej. A dziś jesteśmy w tym samym teatrze. Potem duże wrażenie robiły na mnie filmy: „Miasteczko Twin Peaks”, serial „Crime Story”, a kiedy miałem kilkanaście lat, „Taksówkarz”. Chciałem mieć zieloną kurtkę, czerwoną chustę i wygolić sobie głowę. Nie rozumiałem, o co mi chodzi.

GALA: O co chodziło?

MARCIN DOROCIŃSKI: O zrobienie czegoś równie sugestywnego, o bycie kimś innym. Przemawiało do mnie z ekranu coś, czego nie potrafiłem nazwać. Jakaś ogromna energia. Wczuwałem się w postaci, ciągnęło mnie do tego świata. Jestem szczęśliwy, że gram! Sam mogę przemawiać do innych. Jeśli zrobię to dobrze, a ktoś to odczyta i odbierze wzruszenie albo radość, jestem szczęśliwy.

GALA: Co panu dały Milanówek, Kłudzienko, Grodzisk? Ile radości, a ile lęków?

MARCIN DOROCIŃSKI: Samą radość. Mimo że w domu była bieda. Wychowywałem się w Kłudzienku, osadzie składającej się z trzech bloków wybudowanych wśród pól przy Instytucie Mechanizacji i Elektryfikacji Rolnictwa. Osiedle było ogrodzone, mieliśmy wszystko, co potrzebne dzieciom do szczęścia: basen przeciwpożarowy, w którym pływaliśmy latem, boisko, mnóstwo zieleni. Codziennie rano zakładowy bus zawoził nas do szkoły w Grodzisku. Miałem mnóstwo przyjaciół.

GALA: Pana dwaj starsi bracia byli policjantami, pan grywa policjantów. Jako dzieci bawiliście się w stróżów prawa?

MARCIN DOROCIŃSKI: Zazwyczaj graliśmy w piłkę. Siłowa konfrontacja z nimi szybko się dla mnie kończyła. Podobnie jak najmłodszego brata ze mną: zaczynało się od żartów, a potem on zawsze płakał. Aż któregoś razu na moją zaczepkę – uderzenie w bark – odpowiedział tym samym. Zrozumiałem, że dorósł. Poza tym ojciec nie pozwalał na bicie się w domu. Za to kiedyś pobiłem się z kolegą na boisku. Wydawało mi się, że zwyciężyłem, ale zawołano mnie do toalety i tam z zaskoczenia dostałem straszny wpier… Odtąd unikam bójek, są bez sensu. Zła energia zawsze wraca.

GALA: Buntował się pan?

 

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie. W technikum nosiłem długie włosy, nie rozumiałem, dlaczego nauczyciele się o to czepiają. Nie pluję na ziemię, nie chodzę pijany po szkole, więc co im przeszkadzają włosy? Czy to powód, żeby we mnie rzucać kluczem?! Nigdy nie byłem buntownikiem bez powodu. Ani też kimś, kto ze sztandarem w ręku woła: „Idźcie za mną!”. Chociaż… w sporcie – tak.

GALA: Wstępuje w pana bojowy duch?

MARCIN DOROCIŃSKI: Wręcz diabeł, krzyczę wtedy strasznie, przeklinam. Ale tylko na boisku. Po zejściu zawsze przepraszam, bo nic do nikogo nie mam. Adrenalina. Myślę, że stoją za tym dziecięce marzenia. Często mi się śniło, że gram na dużym stadionie; jest kilkadziesiąt tysięcy osób, a ja strzelam ważną bramkę. Zabrakło mi samozaparcia i cierpliwości do treningów, żeby wcielić te sny w życie.

GALA: Ma pan jeszcze jakieś niezrealizowane chłopięce marzenia?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie mam. Wiele z nich spełniłem dzięki harcerstwu. Naszym terenem był las. Budowaliśmy z chłopakami obozy, były biegi na orientację, strzelanie z kbks-u, rzucanie kamieniem do celu, śpiewanie. Lubiłem to. W ogóle niewiele mi potrzeba do szczęścia: czyjś uśmiech, miły gest, dobra kawa. Najbardziej mnie kręci przebywanie wśród ludzi.

GALA:. Jest pan narcyzem?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie, wolę dawać, niż zabierać. Egoistą jestem tylko, grając w piłkę nożną. Wydaje mi się, że wiem najlepiej, jak trzeba zagrać. Natomiast w teatrze czy filmie, choćbym był przekonany, że jakaś rola jest idealna dla mnie, nigdy nie zabrałbym jej koledze.

GALA: A w domu, gdy przygotowuje się pan do roli, wszystko jest temu podporządkowane? Żona na paluszkach, Staś cichutko?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie, gdy już zrobię w domu wszystko, co powinienem, wychodzę na balkon, czytam, rozmyślam. Przy małym dziecku jest dużo pracy. Czasami jestem tak zmęczony, że zasypiam nad scenariuszem.

GALA: Dla filmu jest pan gotów wiele poświęcić. Spiłował pan sobie jedynkę do roli Despera w „Pitbullu”. Nie żal było zęba?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie, to mi pomogło zobaczyć Despera. Zawsze zaczynam od zewnętrzności. Przed zdjęciami do „Ogrodu Luizy” powiedziałem reżyserowi, Maćkowi Wojtyszce: „Będę wyglądał, jak chcę, co ty na to?”. A on: „Bardzo proszę”. Więc wymyśliłem fryzurę. Kolega Andrzej Bierut, który jest fryzjerem i strzyże mnie do każdej roli, dopilnował, żeby to tak wyglądało. Przyglądam się potem sobie w lustrze i mówię: Zaje…, o to mi chodziło. Robię jakieś miny i zaczynam widzieć tamtego człowieka. Do „Rozmów nocą” musiałem przytyć, a do „Boiska bezdomnych” trochę pić, żeby mieć opuchniętą twarz. Pracuję na sobie, oglądam siebie, żeby coś skorygować. Czasem się karcę: K…, jak ja wyglądam?! Jestem narcyzem od święta. Na co dzień staram się nie przeglądać w lustrze i myśleć o sobie trochę słabiej.

GALA: Co ceni pan w kobietach?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie potrafię tego określić. Na pewno ciepło. Kobiety są fajne przez to, że są.

GALA: Żona jako recenzentka podcina panu skrzydła czy podbudowuje?

MARCIN DOROCIŃSKI: Jest obiektywna. Zawsze wiem, co powie, i bardzo się z tym liczę.

GALA: Jak znosi pan porażki?

MARCIN DOROCIŃSKI: Ciężko. Pracuję kilka miesięcy nad rolą, a potem ktoś napisze, że gram do d… A czasem coś zwyczajnie mi nie wyjdzie. Najtrudniej było tuż po szkole, gdy nic nie robiłem. Żeby nie zwariować, znalazłem jakąś pracę. A potem się jej wstydziłem, bo niepotrzebnie mnie spalała. Prowadziłem prezentację szamponu albo golarki, stałem na bramce w klubie Blue Velvet, byłem kelnerem w Quchni Artystycznej, co akurat mi się podobało. I pytałem siebie: Skoro już zagrałem i podobno jestem zdolny, dlaczego nie gram? Narastała frustracja. Teraz wiem, że jeśli ktoś ma talent, dostanie swoją szansę.

GALA: Nigdy nie chciał pan porzucić aktorstwa?

MARCIN DOROCIŃSKI: Miałem takie myśli. Zastanawiałem się nad wyjazdem do Australii i jeżdżeniu na tirach. Ale podświadomość mówiła: Przecież to fajne, co robię. Kocham to coraz bardziej. Wierzyłem, że przyjdzie mój czas.

GALA: Role policjantów i gangsterów przełamuje pan kreacjami nieśmiałych romantyków. To świadome sterowanie karierą?

MARCIN DOROCIŃSKI: Mam dużo szczęścia, ale i wybieram. Staram się nie robić tego, co mnie nie pociąga. To szczęście jest okupione pracą po kilkanaście godzin dziennie, notorycznym przemęczeniem i nieobecnością w domu. Ludziom się wydaje, że aktorstwo jest łatwe, barwne. Nie mają pojęcia, ile wymaga siły psychicznej i wyrzeczeń. Gdyby wiedzieli, nie zamieniliby się na życie z aktorem.

GALA: Nie zdarzyło się panu przy entym dublu zbuntować się i zejść z planu?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nieraz miałem ochotę, ale nigdy tego nie zrobiłem. Jestem odpowiedzialny.

GALA: Nawet gdy w „Pitbullu” przed intymną sceną po raz dwudziesty musiał pan w obecności ekipy robić nago pompki?

MARCIN DOROCIŃSKI: To nie było fajne, ale jestem za to wdzięczny Patrykowi Vedze (reżyserowi – A.S.). Odarł mnie wtedy ze wszystkiego. Miałem gdzieś cały świat, nie liczyło się nic poza tą sceną. Rządziła mną złość pomieszana z rozpaczą, zniechęceniem i wściekłością. Nie widziałem dookoła niczego, wszystko robiłem automatycznie, ale coś we mnie pękło. Aktorzy-fanatycy uważają, że w takich momentach dotyka się nienamacalnego. Pokładów wstydu, marzeń. Po tej próbie pozbyłem się blokad, gotów jestem eksperymentować.

GALA: Kiedyś cieszył się pan, że zamknięto seriale, w których pan grał, bo nie pozwalały się rozwijać. Po co panu teraz „Hela w opałach”?

MARCIN DOROCIŃSKI: Żeby się sprawdzić jako aktor komediowy. Jak również dla pieniędzy. Te odcinki kręciłem półtora roku temu, żeby wyjść z długów. A przy okazji poznałem wielu świetnych ludzi, m.in. reżysera Patricka Yokę.

 

GALA: W telewizji oglądamy właśnie trzecią serię „Pitbulla”, gdzie gra pan agresywnego policjanta. Jakie to uczucie mierzyć do kogoś z broni?

MARCIN DOROCIŃSKI: Celując do kogoś na planie, przeżywam zaledwie część promila emocji, które towarzyszą temu, kto trzyma pistolet z prawdziwymi nabojami. O tym uczuciu nie mam pojęcia. Myślę, że może być i podniecające, i straszne. Gigantyczna adrenalina.

GALA: Chodzi pan na wódkę z kolegami?

MARCIN DOROCIŃSKI: Zapraszam do domu. Teraz mam mniej czasu, ale kiedyś zdarzało się to często.

GALA: Mówię o męskich spotkaniach, nie w domu z rodziną…

MARCIN DOROCIŃSKI: W domu też się można zmasakrować. A bliżej do łóżka (śmiech).

GALA: A w ogóle jaki pan jest? Spokojny?

MARCIN DOROCIŃSKI: Raczej tak, ale potrafię być szalony. Lubię dać się uwieść historyjce.

GALA: Mówiliśmy o męskich wzorcach. Pana synek, Staś, ma półtora roku. Jakie wartości chciałby pan mu przekazać?

MARCIN DOROCIŃSKI: Wstydzę się mówić o takich rzeczach.

GALA: Wstyd powiedzieć, że chciałby pan, by był uczciwym człowiekiem?

MARCIN DOROCIŃSKI: To oczywiste. Chciałbym, żeby poszedł w moje ślady, wyznawał takie same zasady jak ja. Potem zrobi, co zechce.

GALA: Przywiązuje pan wagę do stanu posiadania? Willa w Konstancinie za kilka milionów, co pan na to?

MARCIN DOROCIŃSKI: Gdyby mnie było stać, dlaczego nie. Ale można też fajnie mieszkać na starej Ochocie. Bogactwo mnie nie kusi, ale samochody bardzo. Często je zmieniam. Teraz jeżdżę starym mercedesem. Podoba mi się w nim, że jest duży, ma mocny silnik i styl.

GALA: A co pana wzrusza?

MARCIN DOROCIŃSKI: Dzieci i zwierzęta. Sukcesy polskich sportowców. Ale jako widz nie nastawiam się na nic. Chcę się dać oczarować.