MARCIN KWAŚNY Nadchodzi mój czas

Udostępnij

Dzięki roli w „Rezerwacie” wyszedł z cienia. Posypały się propozycje. Wreszcie miał ten komfort, że mógł odmawiać. Warszawska Praga nie tylko w filmie przyniosła mu szczęście. Tu zakłada teatr. Na prawym brzegu Wisły poznał wyjątkową kobietę, która została jego żoną. Nam pierwszym opowiada o swoim ślubie i weselu dla 170 gości.

MARCIN KWAŚNY Nadchodzi mój czas

Otwarcie przyznaje, że rolę weterynarza Julka Lubczyka w polsatowskim serialu „Na kocią łapę” przyjął dla pieniędzy, ale nie bez znaczenia był ciekawy scenariusz. Podkreśla, że ma własny pomysł na życie i w przyszłości chce sam sobie być sterem, żeglarzem, okrętem.

GALA: Pierwszy raz zdecydowałeś się publicznie opowiedzieć o swoim ślubie.

MARCIN KWAŚNY: To prawda. Nie zależało nam na medialnym szumie. Ożeniłem się z dziewczyną, którą poznałem na... przejściu dla pieszych na Ząbkowskiej. Ona właśnie wyszła od dentysty i kwaśno się uśmiechała, a ja myślałem, że to do mnie kieruje swój zabójczy uśmiech. Na tym przejściu zadziałała jakaś chemia... Po trzech latach znajomości oświadczyłem się jej nad brzegiem Wisły.

GALA: Na którym brzegu?

MARCIN KWAŚNY: Oczywiście na prawym, praskim brzegu. Wszystko, co dla mnie dobre i ważne, stało się na prawo od Wisły. Ślub wzięliśmy w Puszczy Białowieskiej, a wesele odbyło się w XIX-wiecznym skansenie. Było 170 gości. Huczało i wrzało. Było po prostu pięknie.

GALA: Dlaczego w puszczy?

MARCIN KWAŚNY: Bo to dla nas szczególne miejsce. Lubimy wypady do Białowieży i okolic, ponadto to rodzinne strony mojej małżonki.

GALA: Nie bałeś się deklaracji na całe życie?

MARCIN KWAŚNY: Nie. Bo dałem się usidlić mądrej i pięknej kobiecie! (śmiech) Do niedawna byłem zagorzałym przeciwnikiem małżeństwa, bo moi rodzice po 20 latach się rozwiedli. Ale kiedy poznałem Dianę, która jest architektem, coś się we mnie zmieniło. Z lekkoducha, faceta typu hulaj dusza, piekła nie ma, nagle stałem się osobą, którą cieszy coś zupełnie innego.

GALA: Co?

MARCIN KWAŚNY: Bliskość bycia z drugim człowiekiem.

GALA: Praga również jest dla was szczególna. Tutaj się poznaliście i zamieszkaliście. Dlaczego?

MARCIN KWAŚNY: Z bardzo prozaicznego powodu. Są tu najtańsze mieszkania w Warszawie (śmiech).

GALA: To dzielnica, która ma złą sławę. Doświadczył tego bohater, którego grasz w „Rezerwacie”. Został okradziony i pobity na Pradze. Czy tam faktycznie jest tak niebezpiecznie?

MARCIN KWAŚNY: Wiele sytuacji pokazanych w filmie zdarzyło się naprawdę. Kupując tu mieszkanie, niewiele wiedziałem o tej ciemnej stronie Pragi, bo przez cztery lata mieszkałem na Starówce i rzadko zaglądałem na tę stronę Wisły.

GALA: Sąsiedzi cię poznają?

MARCIN KWAŚNY: Czasem proszą o autograf.

GALA: Grasz jedną z głównych ról w nowym serialu Polsatu „Na kocią łapę”. Po ambitnym „Rezerwacie” spadłeś kilka pięter w dół?

MARCIN KWAŚNY: Pracę w tym serialu przyjąłem i dla pieniędzy, i dlatego, że miał ciekawy scenariusz. Autentycznie interesowała mnie rola weterynarza. Do tego pracuję w doborowym towarzystwie. Gram m.in. z Magdą Wójcik, Wiktorem Zborowskim czy Elą Zającówną.

GALA: Nie boisz się zaszufladkowania? Że widzowie będą cię kojarzyć wyłącznie jako weterynarza z miłego serialu?

MARCIN KWAŚNY: Nie. Uciekam przed tzw. szufladą i na razie jakoś mi się to udaje. Zagram prawnika w serialu „Na dobre i na złe”. Faceta, który jest kompletnym zaprzeczeniem weterynarza Julka.

GALA: Ale w „Tańcu z gwiazdami” ani „Jak oni śpiewają”, które są tak samo komercyjne jak seriale, nie wziąłeś udziału. Dlaczego?

MARCIN KWAŚNY: Na pewno nie dlatego, że gardzę tymi programami. Tańczyć lubię, śpiewać… też. W „Tańcu z gwiazdami” nie mogłem wziąć udziału, bo propozycja przyszła wtedy, kiedy czułem jeszcze skutki kontuzji ręki po upadku z konia. Producentom „Jak oni śpiewają” musiałem odmówić ze względu na pracę w serialu. Ale na brak zajęć nie narzekam. Ze znajomymi współtworzę Teatr Praski. Niebawem zacznie się w nim remont. Gdybym zaczął tańczyć lub śpiewać w którymś z programów, nie mógłbym zajmować się powołaniem do życia teatru. Nie po to założyliśmy fundację, której celem jest zebranie pieniędzy na Teatr Praski, żeby teraz rzucać ten projekt.

GALA: Teraz posiadanie teatru jest modne...

MARCIN KWAŚNY: Ale nie dlatego chcemy go stworzyć. To efekt burzy mózgów. Spektakl „Niedźwiedź” Czechowa, który wyreżyserowałem w rosyjskiej kawiarni Skamiejka, cieszył się tak dużym powodzeniem, że właściciel tego miejsca zaczął nam windować czynsz za wynajem lokalu. Postanowiliśmy, żeposzukamy innego miejsca. Pomogli mi ludzie z Pragi, którzy są zachwyceni „Rezerwatem”.

GALA: Założenie teatru jest piekielnie kosztowne?

MARCIN KWAŚNY: Musimy zdobyć 400 tysięcy złotych. Mamy na razie 100 tysięcy złotych. Za tę kwotę przeprowadzimy wstępne prace remontowe. Już kupiliśmy 100 foteli z likwidowanego kina w Garwolinie. Chcielibyśmy, żeby Teatr Praski ruszył na wiosnę.

GALA: Będziesz jego założycielem i aktorem w jednej osobie?

MARCIN KWAŚNY: Będę dyrektorem artystycznym. Najmłodszym w Polsce (śmiech).

GALA: To znaczy, że nie będziesz grał we własnym teatrze?

MARCIN KWAŚNY: Jasne, że będę. Po to też go tworzę. W swoim rodzimym Teatrze Kwadrat gram niewiele, więc jestem „niewygrany”. Teatr Praski będzie miejscem dla wielu sztuk. Nie tylko komediowych, ale i poważniejszych.

GALA: Masz seriale, grasz w filmach, dostajesz propozycje z zagranicy i jesteś nagradzany. Przy tym wszystkim teatr może stać się tylko dodatkowym obowiązkiem i kłopotem.

 

MARCIN KWAŚNY: Nie znoszę bezczynności. Ona mnie usypia. Lubię aktywny tryb życia. A po co mi teatr ? Bo tak naprawdę aktor rozwija się w teatrze. Aura tego miejsca jest dla mnie od dziecka szalenie pociągająca. Pierwsze kroki na scenie stawiałem w wieku lat 15, grając główną rolę w sztuce Jerzego Zawieyskiego „Rozdroże miłości”. Dwa lata później zagrałem Cypriana Norwida w Teatrze Młodego Widza u boku profesjonalnych aktorów. Potem w liceum wagarowałem, wymykając się na próby do tarnowskiego teatru i podglądając tamtejszych aktorów. Teatr jest dla mnie zwierciadłem, w którym lubię się przeglądać.

GALA: Dlaczego zostawiłeś rodzinny Tarnów i przeniosłeś się do Warszawy? Co cię tu przywiało?

MARCIN KWAŚNY: To za sprawą południowo-wschodniego wiatru (śmiech). Miałem wybór: albo Kraków, albo Warszawa. Chciałem się usamodzielnić, co wymagało życia z dala od rodziców. Kraków już znałem, a mnie w życiu pociąga to, co nie odkryte. Taka wówczas była dla mnie Warszawa. Miłość do tego miasta zaszczepił we mnie mój tato, który studiował w Wojskowej Akademii Technicznej, a ja przyjeżdżałem z mamą go odwiedzać. Tato oprowadzał mnie po Starówce. Pamiętam spacery po ulicy Freta i lody na Świętojerskiej. Wiedziałem też, że tutaj jest największy rynek. Rynek pracy.

GALA: No właśnie. Jaka była twoja pierwsza praca?

MARCIN KWAŚNY: Robiłem różne rzeczy, na przykład byłem Jamesem Bondem (śmiech). Przebrany za agenta 007 reklamowałem wódkę w knajpach. Dzięki temu poznałem większość warszawskich lokali. Wbrew pozorom ta praca bardzo mi się przydała. Pomogła mi otworzyć się na ludzi, pokonać pewnego rodzaju nieśmiałość. Występy w knajpach ciągną się za mną do dziś. Tak jest z monodramem autorstwa Marka Koterskiego „Nienawidzę”, który prezentuję w knajpie, wyreżyserowałem też sztukę, która jest grana w restauracji. Dlatego można by doszyć mi na plecach łatkę „aktor knajpiany”.

GALA: Czyli radziłeś sobie w obcym mieście całkiem nieźle…

MARCIN KWAŚNY: Tak. Choć przez tę pracę o mało nie wyleciałem ze studiów. Na pierwszym roku Akademii Teatralnej tego typu zajęcia były zakazane. Ktoś mi „życzliwy” wyciął z gazety moje zdjęcie, na którym reklamuję wódkę, i powiesił na tablicy informacyjnej w szkole teatralnej. Zdołałem je zerwać tuż przed przejściem pani dziekan. Uff, udało mi się. Potem było już łatwiej, bo na trzecim roku studiów dostałem razem z Kamilą Baar stypendium Katarzyny Frank-Niemczyckiej. Mogłem wtedy odetchnąć z ulgą. Pieniądze wystarczały mi na życie.

GALA: Czym jest dla ciebie, początkującego artysty, twój zawód?

MARCIN KWAŚNY: Aktorstwo traktuję śmiertelnie poważnie, bo to mało poważny zawód. W przeciwieństwie do życia, które jest na serio, śmiertelnie poważne, i je z kolei lepiej traktować z przymrużeniem oka.

GALA: Jak dostawałeś pierwsze role? Pomagał ci agent?

MARCIN KWAŚNY: Przygotowałem foldery o sobie, w których były zdjęcia oraz CV, i chodziłem z tym do reżyserów. Koledzy się ze mnie śmiali, że jestem taki „do przodu” i że za wszelką cenę chcę zaistnieć. Niektórzy mnie podziwiali, inni mi współczuli. A ja chciałem po prostu grać, więc jakoś te role musiałem zdobywać. Uważam, że to dobra metoda, bo jeśli sam o siebie nie zadbasz, nikt cię nie poprosi, byś łaskawie zagrał. Zaczynałem od epizodów, tzw. ogonów, ale wcale tego nie żałuję, bo to nauczyło mnie nie tylko podstaw pracy z kamerą, ale i wielkiej pokory. Film „Rezerwat” to też efekt mojego pomagania szczęściu. Pomysł na scenariusz wziął się przecież z moich osobistych przeżyć. Napisałem go wspólnie z reżyserem Łukaszem Palkowskim. A najlepiej zostać producentem (śmiech).

GALA: To twój główny cel?

MARCIN KWAŚNY: Nie. Mam ich kilka. Jestem ambitny i uparty, ale do niczego nie dążę za wszelką cenę. Nie chcę się wypalić na starcie.

GALA: Czy kiedyś zawiodłeś się na kimś?

MARCIN KWAŚNY: Tak, w szkole teatralnej. Była taka osoba, która udawała wobec mnie przyjaciela, a potem okazała się szalenie dwulicowa.

GALA: O co poszło?

MARCIN KWAŚNY: O to należałoby zapytać tę osobę. Gdyby jeszcze poszło o kobietę, to okej. Ale pierwszy raz poczułem wtedy, jakie są skutki czyjejś zawodowej zawiści. Przyjaźń w moim środowisku nie należy do częstych zjawisk.

GALA: „Rezerwat” zdobył ponad 20 nagród. Ty sam ostatnio otrzymałeś nagrodę Golden Brig za najlepszą rolę męską na festiwalu w Odessie. Czujesz, że masz swoje pięć minut?

MARCIN KWAŚNY: Nie czuję. Cieszą mnie nagrody, ale uważam, że mój czas dopiero nadejdzie. „Rezerwat” to dobry start, ale muszę się od niego odbić. Nie chcę ciągle odcinać kuponów od tego filmu. Chcę zrobić nową rzecz, dzięki której ludzie będą mieli pełniejszy obraz mnie jako aktora. Nie ukrywam, że „Rezerwat” mi się trochę przejadł.

GALA: A czujesz, że jako aktor masz w sobie odwagę?

MARCIN KWAŚNY: Tak, jestem typem aktora bezwstydnika. Nie mam żadnych oporów, jeśli chodzi o rolę, w którą mam się wcielić. Grałem Chrystusa i grałem geja. Jestem w stanie rozebrać się w scenie, jeżeli tylko jest to umotywowane w scenariuszu. Mogę wcielić się też w psychopatę lub w alkoholika.

GALA: Nie ma rzeczy niemożliwych?

MARCIN KWAŚNY: Nie ma. Tylko myślenie o nich w ten sposób czyni je takimi – jak pisał Szekspir. Zacząłem pisać scenariusze, reżyserować, a jestem przecież tylko aktorem. To też próba sprawdzenia siebie samego. To próba odpowiedzi na pytanie, co mogę. Bo przecież znamy się na tyle, na ile nas sprawdzono lub na ile sami się sprawdzimy. Marzy mi się bycie w przyszłości producentem filmowym, podziwiam Mela Gibsona, który jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Podobnie jak on jestem zodiakalnym Koziorożcem.

GALA: To dobrze wróży... Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem – jak chcesz to osiągnąć?

 

MARCIN KWAŚNY: Założyłem firmę LemmonShot, której zakres działania obejmuje produkcję spektakli, filmów i prowadzenie imprez. Ponadto wraz z grupą przyjaciół stworzyliśmy fundację artystyczną Między Słowami, której celem jest nie tylko powstanie Teatru Praskiego, ale także działanie na rzecz szeroko pojętej kultury.

GALA: Widzę, że nie idziesz na łatwiznę?

MARCIN KWAŚNY: Jeśli jest trudniej, to jest ciekawiej.

GALA: Jak traktujesz popularność? Zależy ci na niej?

MARCIN KWAŚNY: Jest ona wpisana w mój zawód, ale nie powinna być celem samym w sobie. W wielu sprawach pomaga, ale też ma swoją cenę. Na szczęście nie ma skandali z moim udziałem. Bywanie na salonach też ograniczam. Nie chcę się zatracić w lansie.

GALA: Czy Marcin Kwaśny bywa kwaśny?

MARCIN KWAŚNY: Oswoiłem się już dawno ze swoim nazwiskiem, mało tego, nawet je polubiłem. O dziwo, nie miałem w szkole żadnych ksyw typu „cytryna”, „kwach” czy „słodki”. Ci, którzy mnie lubili, mówili mi po imieniu, ci, co nie, po nazwisku. Marcin Kwaśny bywa kwaśny wtedy, kiedy nie gra. Musi więc grać, żeby się nie zakwasić.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł