GALA: Proszę powiedzieć, co takiego trzeba mieć, żeby zostawić bezpieczny dom w Polsce i zapuścić się np. na bezdroża Tanzanii: odwagę, ciekawość?

MARCIN KYDRYŃSKI: Pieniądze.

GALA: Brzmi mało romantycznie.

MARCIN KYDRYŃSKI: Wszystko inne młodzi ludzie mają niejako z definicji: ciekawość, odwagę, zachłanność na nowe doznania, skłonność do wiercenia się. Potem to mija, ale mam też nadzieję, że nie wszystkim i nie zawsze. Nie chciałbym jednak uchodzić za wszystko wiedzącego w tej kwestii, ponieważ ostatnio doszedłem do wniosku, że należę do ostatniego pokolenia, które potrafi podróżować romantycznie. Fascynująca była dla nas próba dotknięcia świata własnymi rękami, wchłonięcia go w nozdrza. Mnie samo myślenie o tym, jak wydostać się z Polski, zajmowało mnóstwo czasu. Teraz, po naszej rozmowie, mogę wsiąść w samochód, pojechać do Lizbony i nikt mnie nie zatrzyma. Wiem też, że jak nie pojadę dziś, to mogę jutro albo kiedyś, a w zasadzie to może w ogóle nie muszę jechać, bo po co, skoro...

GALA: ...wszystko bez problemu możemy zobaczyć w internecie.

MARCIN KYDRYŃSKI: Przyznaję, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć z olśnienia, zdumienia i nutki przerażenia po tym, jak odkryłem Google Earth. Wciąż mi się wydaje, że to jest jednak trochę niemożliwe, ale potem łapię się na tym, że spędzam całe popołudnie przed ekranem komputera, wędrując uliczkami Timbuktu w Mali albo takiego małego miasteczka Wadi Halfa, w którym kiedyś wylądowaliśmy, przeprawiając się przez Jezioro Nasera w Sudanie. Mój syn powiedział mi ostatnio: „Wiesz, tato, co ja będę oglądał jakieś piramidy czy Wielki Kanion, skoro ja już to w telewizji widziałem?”. Więc jeśli on odkryje Google Earth, to nie zarzuci plecaka na plecy i nie będzie chciał odrobinę się zeszmacić, lekko splugawić podróżą, co było naszym udziałem przez lata. W tej chwili jest tak, że biorę słuchawkę telefonu, który mam w kieszeni, i dzwonię z najdalszego stepu Tanzanii do mojej mamy na Boże Narodzenie. A pamiętam dobrze, jak czekaliśmy trzy dni, koczując w miasteczku Bahir Dar w Etiopii, na połączenie z Warszawą.

GALA: Co pan czuł po powrocie do domu np. po sześciu miesiącach życia w Afryce?

MARCIN KYDRYŃSKI: Bardzo lubiłem patrzeć na Pałac Kultury, dlatego sprzeciwiam się wszelkim postulatom, żeby go usunąć albo – jak sugerowała Krystyna Janda – obłożyć ligniną i zasiać na nim rzeżuchę. Jestem do niego przywiązany. W czasach, kiedy dużo podróżowałem, miałem okres rozedrgania emocjonalnego. Nie byłem w stanie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż miesiąc, więc często wracałem i dosłownie na lotnisku, jak samolot dotykał ziemi, myślałem: „No dobrze, to teraz w trzy tygodnie spróbuję zebrać jakąś gotówkę i co dalej?”. Nie przepadam za sobą z tamtego okresu. To było takie nerwowe, histeryczne zachowanie, z wątkiem rozpaczliwym po jakichś nieudanych miłościach. Ale to geograficzne lekarstwo nie zdało egzaminu.

GALA: Od wielu lat nie wyrusza już pan w długie podróże, ale udało się jeszcze zabrać do Afryki całą rodzinę.

MARCIN KYDRYŃSKI: Jestem odpowiedzialnym ojcem, tak mi się przynajmniej wydaje, więc długo przygotowywałem ten wyjazd, żeby nikomu z mojej rodziny włos z głowy nie spadł. To miało być solidne safari. Wynająłem gigantycznego jeepa, kierowcę, który był też tłumaczem i przewodnikiem. Postanowiłem ich przewieźć po wszystkich moich ukochanych miejscach w Kenii. Wszystko miałem precyzyjnie zaplanowane: czysta woda, dobre jedzenie, winko wieczorem... Nikt nie mógł wiedzieć, że właśnie wtedy rozpęta się cyklon i wpakuję moją rodzinę w taki hard core, jakiego ja sam, przez lata wędrując po Afryce, nigdy nie doświadczyłem. To było coś niewyobrażalnego. Tkwiliśmy np. w błocie godzinami albo topiliśmy się w wodzie, bo wylała rzeka Galana w Parku Narodowym Tsavo i porywała na naszych oczach całe wsie. Podróż, która miała trwać półtorej godziny, nam zabierała godzin dwanaście, bo wyciągaliśmy jakąś ciężarówkę z błota. Raz cała wioska Masajów niosła nasz samochód z punktu A do punktu B, bo inaczej nie dało się tej drogi pokonać. Nasz kierowca chodził z parasolem szukać mostu na rzece, która go zerwała i zalała. Zanurzony po biodra, krok po kroku sprawdzał głębokość wody, czy w danym punkcie będziemy mogli przejechać... Potwierdziła się wielka prawda o Afryce, że jest to kontynent, którego nie można przewidzieć. Nawet w tej chwili nie chcę sobie o tym przypominać, a zabrałem tam dwóch moich synków, z których jeden miał pięć lat. Nawet nie można powiedzieć, że oni dobrze się przy tym bawili. Nie było jak w przygodowych filmach. Osiągnęliśmy taką skalę udręki, że momentami to była walka o przetrwanie. Postaram się nie wystawiać ich na takie próby po raz kolejny.

GALA: Zmienił pan kierunek, kontynent.

 

MARCIN KYDRYŃSKI: Dziś mam zupełnie inne potrzeby. Cieszy mnie, że będąc w wieku podeszłym, wciąż jestem podatny na zakochanie i olśnienie, jakiego dostąpiłem ostatnio w Lizbonie, w której nigdy wcześniej nie byłem. Czułem się tak, jakby to miasto czekało na mnie przez te wszystkie stulecia. Nie jest to już głęboki Zair w czasach wojny domowej, ale Lizbona wiosną – kraby, fado, Fernando Pessoa, cudowne wzruszenie i zapomnienie. Miejsce dla mnie, bo jestem człowiekiem żyjącym wolno, wędrującym nieśpiesznie, podczas gdy na przykład moja żona jest zupełnie innego temperamentu. Powinna mieszkać na Manhattanie, gdzie ja wpadam w manię prześladowczą, drżą mi ręce i czuję się źle. Cieszę się, że Lizbona i dla niej jest miejscem zniewalającym. Mogę powiedzieć, że tę Lizbonę uczyniłem taką naszą ojczyzną z wyboru, dokąd wracamy nieustannie. Będziemy tam mieli małe gniazdo, w którym będziemy mieszkać, jak przyjdzie nam ochota.

GALA: Ta zmiana przyszła nagle?

MARCIN KYDRYŃSKI: Katalizatorem był 11 września, który dla mnie wszystko zmienił i przestałem właściwie podróżować. Ale to zbiegło się z ogromnym otwarciem na świat muzyki w naszej rodzinie. Zrobiliśmy płytę z Patem Methenym, a kolejne projekty zabierały nas gdzieś dalej. Nie mam poczucia straty, że coś mnie ominęło. Zobaczyłem miejsca, o których marzyłem, nasyciłem się podróżowaniem. Teraz chcę doświadczyć czegoś, co mi zostało dane dzięki współpracy z Anią.

GALA: Podróże dawały panu poczucie wolności i samotności. To już przeszłość?

MARCIN KYDRYŃSKI: Jestem jedynakiem. Wyprowadziłem się od rodziców, gdy miałem 20 lat. Mieszkałem blisko nich, ale sam. Uwielbiałem to. Moja nagła zmiana statusu na człowieka żonatego, z dwójką dzieci – choć nastąpiła dawno i trwa już wiele lat – wciąż jest dla mnie szokiem. Dlatego każdą wolną chwilę staram się spędzać w samotności. Służy temu nasza wiejska posiadłość, gdzie zamykam się w domu albo wręcz przeciwnie – siedzę na tarasie, czytam książki, piję wino i gram na saksofonie. To jest największe szczęście, jakie mam przy dzisiejszej intensywności mojego życia – ojca dwóch chłopców w szkole muzycznej oraz męża osoby bardzo zapracowanej w fascynującym zawodzie, jakim jest muzyka.

GALA: Kilka tygodni temu obchodził pan 40. urodziny. Czas nowych wyzwań?

MARCIN KYDRYŃSKI: Jestem z siebie nieustająco niezadowolony. Coś, co wcześniej było spełnieniem najskrytszych marzeń, jakie człowiek nawet boi się formułować, dziś właściwie odsuwa się w zapomnienie. Mam cały czas wrażenie, że wszystko dopiero powinienem zacząć. Jest to dosyć bolesne odczucie, ponieważ nikogo kompletnie nie interesuje, co ma do zaoferowania pan w przedziale 40 plus.

GALA: To zapytam inaczej: co pan uważa za swój największy sukces?

MARCIN KYDRYŃSKI: Największym sukcesem mojego życia jest to, że moje utwory muzyczne, jakkolwiek skromne, wykonywali moi najwięksi mistrzowie. Pat Metheny, Branford Marsalis... ludzie, którzy byli moimi nauczycielami, mentorami w życiu, choć nie mam pełnego muzycznego wykształcenia. Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek ich spotkam. A już na pewno, że muzyka, którą skomponuję, spodoba im się i wykonają ją zjawiskowo w towarzystwie mojej żony. Muszę sobie czasami przypominać, że tak było i gdzieś to zostało zarejestrowane, bo nadal wydaje mi się to abstrakcją.

GALA: Dużo w tym melancholii.

MARCIN KYDRYŃSKI: Chciałbym, żeby takie sytuacje zdarzały mi się częściej, co roku... Ale być może nadszedł czas, kiedy powinienem pogodzić się z faktem, że moja rola polega teraz na czymś innym. Głównie na tym, żeby osoba naprawdę do tego powołana i sprawiedliwie wywyższona przez los, czyli Ania, miała możliwość spotykania tych niebywałych muzyków i tworzenia z nimi. Wystarcza mi w zupełności, że świecę światłem odbitym. Jestem takim księżycem Ani, krążącym wokół niej od jedenastu lat. Chciałbym, żebyśmy robili to, co do tej pory, szukając nowych wyzwań. Żebyśmy przy tym nie zatracili rzadkiej umiejętności bycia w miarę przyzwoitymi rodzicami, żebyśmy żyli długo i byli na tyle zamożni, by od czasu do czasu móc realizować nasze drobne kaprysy.