Jego rodzice Beata i Stefan Mellerowie całe życie przeżyli razem, wychowując trójkę dzieci. Mimo jej nieuleczalnej choroby, mimo jego komplikacji w życiu zawodowym, mówiąc wprost: kłopotów z utrzymaniem rodziny, która nie mogła związać końca z końcem.

W 1968 roku Stefan Meller został wyrzucony z pracy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, bo – jako jedyny – głosował przeciw rezolucji popierającej stanowisko Gomułki w kwestii tzw. kolumny syjonistycznej działającej rzekomo w Polsce. Przez lata nigdzie nie chcieli go zatrudnić. Na tydzień przed jego śmiercią ukazała się na rynku książka „Świat według Stefana Mellera”, arcyciekawe świadectwo życia przyzwoitego człowieka w trudnych czasach. To ona stała się pretekstem do rozmowy.

Na biurku jego najstarszego syna Marcina Mellera, naczelnego miesięcznika „Playboy” (pierwszego w życiu „Playboya” zobaczył dzięki ojcu, który przywiózł go niezbyt legalnie zza granicy), obok małej czarnej bez cukru leżą ułożone równo jak pod sznurek trzy paczki papierosów: Davidoff mentole, Davidoff lighty (tzw. cieniasy) i zwykłe czerwone Marlboro (te ostatnie na wypadek, gdyby zachciało mu się zapalić „coś normalnego”). Namiętnym palaczem był także jego ojciec. Do tego stopnia, że gdy dostał do rąk swoją świeżo wydaną książkę, żachnął się: „Nie powiedziałem tu nic o mojej miłości do papierosów”.

GALA: W swoim bardzo osobistym wspomnieniu o Stefanie Mellerze napisał pan: „Spieszcie się kochać swoich ojców, tak szybko odchodzą. A Tobie, tato, życzę spotkania z mamą i wielu fajnych niebiańskich imprez (...). I strasznie mi ciebie brak. I to się już nie zmieni”. Właśnie przeczytałam książkę „Świat według Mellera”, wywiad rzekę. Prawdę mówiąc, to ciekawość sprawiła, że bardzo chciałam się dowiedzieć, jaki jest syn takiego ojca.

MARCIN MELLER: Dla większości ludzi Stefan Meller był osobą publiczną, dla mnie – po prostu tatą. Cała nasza trójka, Kaśka i Andrzej, młodsze bliźniaki oraz ja, w większym lub mniejszym stopniu jesteśmy miksem rodziców. Jedno wiem na pewno: im jestem starszy, tym więcej widzę u siebie podobieństw, charakterologicznych głównie. Nawet jak się kiedyś zarzekałem, buntowałem, że pod jakimś względem będę inny, okazało się, że nie, nie jestem.

GALA: Pisze pan o ojcu: „Miał problem ze swoim żydowskim pochodzeniem. Wychowywał nas na 150-procentowych Polaków, katował polskością, sam ją przeżywał ekstremalnie. Kochał Polskę w skrajnie bolesny sposób”. Z kolei ojciec w swojej książce opisał pana dziecięcą „natarczywość”, by dowiedzieć się wszystkiego o korzeniach rodu, o dziadkach i pradziadkach.

MARCIN MELLER: Dzięki książce okazało się, że pewne wydarzenia ja i ojciec zapamiętaliśmy inaczej. Jej fragmenty przeczytałem już po ostatniej operacji taty. Żył jeszcze półtora miesiąca, ale tylko przez dwa dni był z nim kontakt i oczywiście nie o tym wtedy rozmawialiśmy, były ważniejsze sprawy. Ja tę moją edukację w kwestiach polskości zapamiętam tak: piąta klasa podstawówki na Nowym Mieście i spożywczak u tzw. żydka, do którego biegaliśmy, i gdzie zdarzało nam się kraść jakieś owoce, oranżady. Kiedyś wróciłem do domu i klepałem: żydek to, mosiek tamto... Wtedy ojciec nie wytrzymał i oznajmił: tak się składa, że w jakimś sensie też jesteś trochę mośkiem. I porozmawialiśmy. Zapamiętałem ten dzień i mój szok. Ten moment, od którego ja też stałem się trochę „inny”, taki jak ci, z których się ludzie śmieją, nie lubią, kpią, pogardzają.

GALA: W żyłach Mellerów płynie krew polska, ukraińska, żydowska, niemiecka. Na końcu dowiedział się pan o dziadku – rdzennym Rosjaninie, ojcu mamy, do którego jest pan podobny jak dwie krople wody.

MARCIN MELLER.: To akurat pamiętam doskonale, bo się zdarzyło, gdy miałem prawie 20 lat i nie miało dla mnie już takiej wagi. Okazało się natomiast ważne z innego powodu, bo to dziadek przekazał obu swoim córkom – Beacie, mojej mamie, i jej przyrodniej siostrze Marinie – rzadką chorobę genetyczną, na którą obie zmarły. Podczas ślubu Mariny w moskiewskiej cerkwi w 1990 roku trzymałem koronę nad jej głową. Kiedy zachorowała, żyła jeszcze tylko kilka miesięcy.

GALA: Pana mama walczyła z chorobą 20 lat.

MARCIN MELLER: Gdyby nie dr Ewa Decker, mama prawdopodobnie zmarłaby w roku 1979, gdy ją zdiagnozowano. To cud, że pani doktor poznała się na chorobie, a potem eksperymentując, skutecznie pomagała mamie. Wiele lat później, gdy dzięki pomocy amerykańskich przyjaciół konsultowano mamę w Harwardzie u najlepszych na świecie magików, przyznali, że nawet oni nie zrobiliby więcej niż ta polska lekarka odcięta od zdobyczy światowej medycyny. Dzięki Ewie Decker mama żyła do 1999 roku.

GALA: Pana ojciec za poprzedniego ustroju miał ciężkie życie. Wielokrotnie nie mógł dostać pracy, imał się różnych zawodów. By utrzymać rodzinę, był roznosicielem mleka, bibliotekarzem i starszą kosmetyczką w spółdzielni Izis. Wykładać nie mógł, by nie deprawować młodzieży wychowywanej w duchu socjalistycznym. Wiedział, co to niedostatek i oglądanie grosza z każdej strony. Sam pamiętał, jak jego ojciec, pana dziadek, mdlał z głodu, przechodząc koło piekarni. Rodzice odejmowali sobie od ust, żeby Marcinek mógł zjeść schabowego. A potem, był pan kiedykolwiek głodny albo bezrobotny?

 

MARCIN MELLER: Głodny byłem tylko podczas podróży po Afryce, ale na własne życzenie. Sam tego chciałem. A praca? Wyleciałem z redakcji „Polityki” za głupotę w 1995 roku, bo pozawalałem terminy. Gdy kolejnego tekstu nie dostarczyłem na czas, redaktor naczelny Jerzy Baczyński wkurzył się i wylał mnie z pracy. Ujęło się za mną kilka osób, że „terminowy on nie jest, ale niech popisze jako freelancer”. Pisałem i gdy już miałem szansę na ponowne przyjęcie, zdecydowałem, że chcę wyjechać do Afryki i „jakby byli tak mili, dali legitymację prasową i trochę pieniędzy, byłbym zachwycony”. Z dzisiejszego punktu widzenia to była skrajna…

GALA: Hucpa, mówiąc wprost.

MARCIN MELLER: Skrajna bezczelność i hucpa, ale dali mi jedno i drugie. Nadsyłałem z Afryki korespondencje, a po powrocie zostałem na nowo przyjęty.

GALA: Dlaczego akurat Afryka?

MARCIN MELLER: Przez Marcina Kydryńskiego. Pierwszy raz pojechaliśmy razem, a potem się zaczadziłem tym kontynentem. Najtrudniej było wyjechać pierwszy raz. Kydryn szykował się do podróży, ja zacząłem wymiękać. Jako korespondent wojenny „Polityki” byłem już na Zakaukaziu. Poza tym pracowałem i balowałem, tzn. organizowałem bale przebierańców u Architektów.

GALA: To były snobistyczne bale! Trudno się było dostać, a o kreacjach pana siostry Kasi krążyły legendy. Jak wtedy, gdy się ubrała w połówki melonów…

MARCIN MELLER: Grejpfrutów! A spódniczka była z bananów, bo hasło tego balu brzmiało: „Papuasko-góralskie tańce ze śpiewami”. Jak dziś pamiętam, przyniosłem Kydrynowi zaproszenie na bal, a ten mówi: „Pięknie, pięknie kolego, te bale, kurde, to wszystko, na co cię stać? Imprezy robisz, a do Afryki nie jedziesz?” Jak mi tak nakopał w honor, to się wkurzyłem, w ciągu tygodnia załatwiłem wszystko to, czego nie mogłem od miesięcy, i zacząłem żebrać o kasę, gdzie popadnie. No i 8 grudnia wyjechaliśmy na pół roku. Ruszyliśmy z Kairu do Kapsztadu autostopem z budżetem 20 dolarów dziennie na osobę. Na wszystko, na transport, jedzenie, spanie. Jak zaplanowaliśmy obejrzenie goryli górskich w Zairze, a wiza zairska kosztowała 60 dolarów na głowę plus 120 dolców dla rangerów – czyli wycieczka zjadła nam budżet na 9 dni, fortunę po prostu – musieliśmy na czymś przyoszczędzić. I było tak, że w Nairobi siedzieli ludzie w restauracji i jedli normalny obiad, a my jak biedne dzieci, gapiliśmy się w ich talerze przez szybę.

GALA: Wspólna kasa, wspólne decyzje?

MARCIN MELLER: Konsultowaliśmy się, liczyliśmy codziennie każdy grosz. Gdy po kilku tygodniach w Sudanie (szariat, prawo koraniczne, prohibicja) przyjechaliśmy do Erytrei i w Asmarze weszliśmy do baru, a tam stała butelka Johnny’ego Walkera, spytałem: „Kydryn, mogę?” i nastukałem się za zgodą kolegi Kydryńskiego, defraudując kupę forsy, jakieś 15 dolców. Tak samo wspaniałomyślnie zachował się, gdy szło o skok na bungee. Najdłuższy na świecie, ponad sto metrów, z mostu między Zambią i Zimbabwe. Wiedziałem, że nie mamy kasy, więc nic nie mówiłem, tylko patrzyłem i wzdychałem. A Kydryn: „Skoczyłbyś, co?”. „Skoczyłbym, ale to kosztuje 90 dolców”. „To skocz, najwyżej zrezygnujemy z czegoś w RPA”.

GALA: Aż się prosi, by przypomnieć ulubioną definicję ekonomiczną pana taty, a właściwie jego przyjaciela Włodka Zagórskiego: towar jest wart tyle, ile mi na nim zależy.

MARCIN MELLER: Wszyscy Mellerowie, jak jeden mąż, podpisują się pod nią. Jestem w stanie przepuścić każdą kasę, nie dojadać, zadłużyć się, jeśli naprawdę „muszę”, mam na coś ochotę, fantazję. Pieniądze są po to, by je wydawać.

GALA: Muszę zapytać o rolę Gruzji w pana życiu. Musi mieć pan słabość do tego kraju, skoro tam urządził wesele.

MARCIN MELLER: Pierwszy raz byłem w Gruzji w 1992 roku jako wojenny reporter „Polityki”. To był bardzo zły czas dla tego kraju. Toczyła się wojna o południową Osetię, i Abchazję. Rosjanie pchali swoje brudne paluchy, by namieszać i skłócić ludzi, kraje, narody. Straszne rzeczy się działy, jak to na wojnie. Będąc w Abchazji, mało nie utonąłem na statku z uchodźcami. Nasz statek musiał tak daleko wyjść w morze z Suchumi, żeby go Abchazi nie ostrzelali, a jednocześnie tej nocy zerwał się najgorszy sztorm na Morzu Czarnym od lat, fale miały powyżej 10 metrów. To był właściwie kuter z 300 osobami na pokładzie, wszyscy staliśmy. Wtedy zrozumiałem zwrot: spać na stojąco, taki był ścisk. W pewnym momencie siadły pompy, fale zalewały statek, zaczęliśmy tonąć.

GALA: Pomagał pan wypompowywać wodę, czy robił zdjęcia, jak to reporter?

MARCIN MELLER: Jedno i drugie. Zdjęcia mam „sprzed i po”, z Karabachu i Soczi. Ze statku ani jednego, bo wszystko zalało. A wodę wybieraliśmy ręcznie. Po zejściu do maszynowni smród smarów tak dławił, że po 5 sekundach traciło się niemal przytomność. Można było wziąć tylko jedno wiadro, szybko wyjść na zewnątrz i na świeżym powietrzu odczekać. W końcu zobaczył nas samolot rosyjski, który dał znać statkowi wojennemu. Ten do nas dopłynął i dał znać na brzeg Abchazom, że jak zaczną do nas strzelać, to oni ostrzelają wybrzeże, czyli ich. Uratowali nas Rosjanie. Kiedy sztorm się uspokoił, wzięli nas na hol i doprowadzili do portu po 27 godzinach na morzu. Wcześniej radio Soczi podało, że nasz statek zatonął, więc w porcie działy się nieprawdopodobne sceny, pełna histeria. Ponadto na kutrze były dwie małe szalupy, jedna z nich, pełna dzieci, urwała się i zniknęła. Wyłowili ją Rosjanie. Cud boski, że nikt nie zginął.

GALA: Wnukom to pan będzie opowiadał.

MARCIN MELLER: To niewykluczone. Rodzice przez dwa tygodnie kompletnie nie wiedzieli, co się ze mną dzieje, przecież nie było komórek. Informacje o statku podano w serwisach informacyjnych. Mama westchnęła: „Mam nadzieję, że Marcina tam nie ma”, ojciec na to: „Nie byłbym taki pewny, jak go znam”. Z Soczi natychmiast zadzwoniłem do nich, że żyję, cały i zdrowy.

 

GALA: Ale co z tą miłością do Gruzji?

MARCIN MELLER: Nawet w taki zły, wojenny czas zobaczyłem, że Gruzini to jeden z najweselszych narodów świata. Cudowny, towarzyski, przyjazny. A te słynne gruzińskie toasty, które wznosi się w nieskończoność! Za Boga, ojczyznę, za gości, matkę, za ojca, za tych, co mieli przyjechać, ale nie przyjechali, za tych, co nie mieli przyjechać, ale przyjechali, za tych, co teraz walczą na wojnie, za tych, co zginęli na wojnie i za tych, co dopiero pójdą walczyć za ojczyznę. Treści przytoczyć nie sposób, bo niektóre trwały po 10 minut. Piękne, pomysłowe, literackie.

GALA: A za każdym toastem szedł kolejny kieliszek.

MARCIN MELLER: Co tam kieliszek, róg cały, który trzeba było wypić, jednym haustem, duszkiem, do dna. Mój rekord to róg o pojemności półtora litra. Choć ich wino jest słabsze, ale daj boże zdrowie, taka ilość nie pozostaje bez wpływu na płynność narracji. Wiem, bo wygłaszałem toasty za mój powrót do Gruzji. Kończyło się gruzińskim na zdrowie: „Gaumardzios!” No to wróciłem.

GALA: Swoje wesele urządził pan w Gruzji w obawie przed rodzimymi paparazzi?

MARCIN MELLER: To też, ale przede wszystkim z powodu mojej i Ani sympatii do Gruzji. Na weselu bawiło się 150 osób, połowa z Polski i świata, połowa z Gruzji. Genialne jedzenie, genialni ludzie. Baaaaardzo długa noc.

GALA: Jak widzi pan swoją przyszłość?

MARCIN MELLER:: Nigdy specjalnie się nią nie przejmowałem. Przychodząc do „Playboya”, zakładałem, że zostanę trzy lata, a mija pięć i jakoś nigdzie się nie wybieram. Nie wiem, co będę robił za kilka lat. Jakoś tak zawsze było, że co innego planowałem, a co innego wychodziło. I niezmiennie wierzę, że można dobrze żyć bez wielkiego celu, ciesząc się życiem prywatnym, kręgiem przyjaciół, książkami, podróżami, winem. I choćby tym, że vis-à-vis kamienicy, w której mieszkam, pan Aladin otworzył barek z pysznym jedzeniem.