GALA: Kiedy zamierza Pan zostać ojcem?

MARCIN MELLER: Kiedy Bóg da. Nawet wstępniak do październikowego numeru ,,Playboya” o tym napisałem.

GALA: Ma Pan 41 lat. Trochę się Pan już wyszumiał.

MARCIN MELLER: No nie da się ukryć...

GALA: Załóżmy, że rodzi się Panu dziecko. Co się zmieni?

MARCIN MELLER: Większość rzeczy będzie toczyć się tak, jak dawniej. Tym bardziej, że z praktycznego punktu widzenia byłoby mi łatwo być wciąż redaktorem naczelnym i ojcem. Mieszkam kilkaset metrów od redakcji. W TVN-nie pracuję raz w tygodniu, tak samo w Radiu Roxy.

GALA: Kompletnie nic Pana nie przeraża w ojcostwie?

MARCIN MELLER: Niedawno wróciłem z wakacji. Spędziłem je z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi. To, co te bachory wyprawiały, nie śniło się filozofom. Miałem pełen przegląd dziecięcych zachowań, bo najmłodsze miało rok, kolejne dwa lata, pięć lat, itd... Dzień zaczynał się od stereo wokalnego Neli i Marianki. 45 minut wrzasku non stop, chyba nawet bez przerwy na wdech. Do tego Krzyś okładający się z Frankiem i wyjący Stefanek. Odkryłem, że ulubionymi zabawkami dzieci nie były żadne tam pluszowe misie, ale moja komórka, zapalniczka i okulary – wszystkie przedmioty, niczym lotka, służyły do rzucania. Wrócę jeszcze do Stefanka, który robił kupę akurat wtedy, kiedy nie miał na sobie pieluchy.

GALA: Nieźle.

MARCIN MELLER: A przeżyłem przecież w życiu parę rzeczy, np. wyjazd z kibolami Legii do Szwecji. To jednak były pieszczoty przy tym, co zobaczyłem na wakacjach.

GALA: Po takim wyjeździe można przestać mieć ochotę na bycie ojcem.

MARCIN MELLER: A ja jej właśnie nabrałem! Poza tym niedługo zostanę wujkiem. Moja siostra Kasia spodziewa się dziecka. Ma się urodzić na początku 2010 roku. Nawet rozmawialiśmy o tym, że idealnie byłoby, gdybym i ja w tym roku został ojcem. Można by wspólnie spędzać weekendy, organizować wyjazdy, razem prowadzić dzieci do przedszkola, szkoły, wzajemnie się nimi zajmować.

GALA: Co najcenniejszego przekazali Panu nieżyjący już rodzice?

MARCIN MELLER: Pewność siebie i wiarę w to, że wszystko jest możliwe.

GALA: Jak się czuje dorosły mężczyzna, kiedy oni odchodzą?

MARCIN MELLER: Łyso. Mam wciąż ten odruch, kiedy dzieje się coś ważnego w moim życiu, żeby do nich zadzwonić.

GALA: Próbował się Pan przyzwyczaić do tej pustki?

MARCIN MELLER: Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Od śmierci mamy mija dziesięć lat, taty – półtora roku. Coraz bardziej przechodzą we wspomnienia. Jest we mnie mniej bólu. Zastępują go właśnie wspomnienia, ciepłe, czasami humorystyczne. Niedawno, z okazji 10. rocznicy śmierci mamy, zaprosiliśmy z siostrą przyjaciół rodziców na kolację. Od dziecka byłem z nimi ,,na ty”. I to był taki wieczór dobrych wspomnień. Nie smutku.

GALA: Jest Pan najstarszy z rodzeństwa. Słyszałem, że po śmierci rodziców ,,ojcuje” Pan siostrze Katarzynie i bratu Andrzejowi.

MARCIN MELLER: To nieprawda. Każde z nas ma tyle samo do powiedzenia.

GALA: Ale troszczycie się o siebie. Tym bardziej, że Pana brat teraz dużo podróżuje, często niebezpiecznie.

MARCIN MELLER: Jesteśmy w ciągłym kontakcie, gdziekolwiek Andrzej jedzie. Właśnie leci z Indii do Afganistanu. A model włoskiej rodziny wciąż obowiązuje.

GALA: Redakcja to terytorium, na którym Pan rządzi. W domu jest tak samo?

MARCIN MELLER: Żartuje pan?! Moja żona Anna jest Ślązaczką, a im się nie rozkazuje.

GALA: Za progiem tego pokoju kończy się Pańska władza.

MARCIN MELLER: Zdecydowanie. W domu to ja mogę co najwyżej grzecznie prosić... lub dochodzić do trudnego kompromisu.

GALA: Pańska żona także pisze, jest dziennikarką i, tak jak Pan, pracuje w radiu i telewizji. Konkurujecie ze sobą?

MARCIN MELLER: Marzyłbym o tym, aby Anka zarabiała naprawdę dużo. Wtedy mogłaby mnie utrzymywać. Żartuję, oczywiście.

GALA: Nie jest Pan jedynym, który tak żartuje...

MARCIN MELLER: A teraz serio. My nie konkurujemy ze sobą. My się wspieramy. Ostatnio np. byłem jej kierowcą i bagażowym. Anka ma babski zespół rockowy – Andy i grała na OFF Festivalu w Mysłowicach. Zawiozłem ją tam i pomagałem na miejscu.

GALA: Wzajemna krytyka?

MARCIN MELLER: Występuje, jeśli ma coś dać. Komentuję to, jakie są jej piosenki i koncerty, jak pracuje w Chilli Zet albo w ,,Dzień Dobry TVN”. I na odwrót. Czasem się stosujemy do uwag drugiej osoby, czasem nie. Choć ostatnio Anna rzadziej komentuje moją pracę, bo przestała mnie oglądać w ,,Drugim śniadaniu mistrzów”.

GALA: Dlaczego?

MARCIN MELLER: Uczy się wtedy tureckiego...

GALA: Tureckiego!

MARCIN MELLER: Tak jak ja, zafascynowana jest Turcją. Pisała nawet o tym kraju do ,,Polityki” i ,,Voyage”.

GALA: Moglibyście wspólnie pracować?

MARCIN MELLER: Remik Maścianica, producent tygodniowego wydania ,,Dzień Dobry TVN”, proponował nam nawet wspólny cykl w ramach programu. Poważnie się nad tym zastanawialiśmy. Okazało się jednak, że nie mamy czasu na wspólną pracę. Ale któregoś dnia można by spróbować. Ona jest pyskata, ja jestem pyskaty. Mam nadzieję, że nie rzucalibyśmy kubkami w operatora.

GALA: Ja wiem, co naprawdę może wyprowadzić Pana z równowagi.

MARCIN MELLER: Tak?

GALA: Kiedy ktoś bierze przed Panem gazety z biurka i je przegląda.

 

MARCIN MELLER: O Jezu! Wtedy to... (od autora: Meller ścisza głos, lekko unosi się z krzesła). Nie toleruję również, gdy ktoś przerywa mi czytanie gazet przy obiedzie, przysiadając się do mnie. Nawet moja pani prezes, jak mnie widzi czytającego i jedzącego, nie podchodzi.

GALA: Własny gabinet, asystentka, stanowisko... Tylko adrenaliny brak. Przed laty dostarczała jej Panu praca wojennego korespondenta. A teraz?

MARCIN MELLER: Na wojnę jechałem nie po to, żeby siedzieć w centrum prasowym. Często narażałem życie, pchałem się na linię frontu, ale zawsze kalkulowałem ryzyko. Jeśli było warto, chciałem je ponieść. Czy mi tego brakuje? Czasami tak. Kiedy rok temu była wojna w Gruzji, aż mnie nosiło. Ale jeden Meller wystarczył w strefie konfliktu – był tam wtedy mój brat Andrzej. Nie tęsknię za świstem kul, bo ja w ogóle rzadko za czymś tęsknię. Raczej wspominam, nawet z rozrzewnieniem.

GALA: Ideałem piękna nadal pozostaje dla Pana Monica Bellucci?

MARCIN MELLER: W kontekście tego, że mam żonę blondynkę, będzie to brzmiało wybornie. Ale pozostaje. Monica jest boska i fantastyczna. Zjawiskowa. Lekko odrealniona. Widziałem również jej nagie sesje. Nie powiedziałbym, że jest sexy, tylko że jest posągowo piękna. Jak Catherine Deneuve z najlepszych lat. Tak różne, ale jednak mają coś wspólnego.

GALA: Takich sesji, jak ta z rozebraną Bellucci, ogląda Pan w pracy setki.

MARCIN MELLER: Rzeczywiście, sporo. Ale decyzję o tym, które zdjęcie idzie na okładkę, nie za każdym razem podejmuję sam. Kiedy nie jestem przekonany do tej jedynej, wołam do swojego pokoju chłopaków z redakcji, dziewczyny zresztą również, i dyskutujemy.

GALA: Jak żona znosi to Pana niekończące się oglądanie sesji fotograficznych z nagimi kobietami?

MARCIN MELLER: Przecież związaliśmy się, kiedy byłem już naczelnym ,,Playboya”. Widziały gały, co brały. Kompletny luz. To kwestia zaufania.

GALA: Kiedy kończył Pan 40 lat, napisał w swojej gazecie do żony: ,,Anka, strasznie z Ciebie pyskata dziołcha, ale co ja bym bez Ciebie począł? Za samą Ciebie będę wielbił Śląsk”. Wzruszyła się?

MARCIN MELLER: Na pewno nie było jej przykro.

GALA: Co powiedziała?

MARCIN MELLER: Pochrząkała trochę.