Do drzwi Agaty i Marka Kościkiewiczów pukam wczesnym przedpołudniem. Otwiera Marek. Ma na sobie pomarańczowy sweter i równie jaskrawe buty. "Żona uważa, że powinienem się tak ubierać" - wyjaśnia. "Mówi, że w zwykłych kolorach wyglądam zbyt blado". Wchodzimy do środka. Na spotkanie wybiega suczka Jazzy, a zza węgła zaczepnie zerka biało-rudy kotek. Agata przygotowuje w kuchni herbatę, dzieci: 5-letni Jaś i 3-letni Mikołaj, są w przedszkolu. O tej porze w domu panuje spokój. Za oknami widać jesienny pejzaż Wilanowa. W salonie też jest pastelowo. Kremowo-szare ściany, wielkie, jasne kanapy. "Nasz poprzedni dom był kolorowy, niebiesko-zielono-czerwony" - tłumaczy gospodarz. "Ten miał być inny, spokojny i wyciszony".

GALA: Masz żonę młodszą o osiemnaście lat. Bywasz zazdrosny?

MAREK KOŚCIKIEWICZ: Zazdrość jest związana z miłością. Ważne, żeby odnaleźć równowagę, która pomaga rozwiązywać konflikty. Kochamy się i rozumiemy. Agata zawsze lubiła towarzystwo starszych od siebie, może dlatego że ma starszego brata. Ja z kolei w branży muzycznej często miałem do czynienia z młodszymi. W naszym przypadku różnica wieku nie ma znaczenia.

GALA: Ślub wzięliście dopiero po sześciu latach znajomości. Nadmiar ostrożności?

M.K.: Zwlekałem z małżeństwem, bo już wcześniej przekonałem się, jaka to odpowiedzialność. Po ślubie zaczęliśmy starać się o dzieci, co okazało się bardzo trudne. Mogliśmy skorzystać z pomocy medycyny, przejść długotrwałą i męczącą terapię, ale zdecydowaliśmy się na adopcję. I tak w naszym domu zjawił się malutki Jaś.

GALA: Odważnie opowiadaliście o tym w prasie. Nie żałujesz tego?

M.K.: To nie jest kwestia odwagi, a świadomości i wiedzy, jaką zdobyłem. Uważam, że należy na ten temat rozmawiać, dzielić się doświadczeniami i w ten sposób pomagać innym. Dziś już o tym nie opowiadam, bo Jaś wrósł w naszą rodzinę.

GALA: Dwa lata po Jasiu przyszedł na świat Mikołaj.

M.K.: Tak często bywa, że sama obecność malutkiego dziecka zwalnia w umyśle, a potem w organizmie jakieś blokady. Natura realizuje swoje plany. Nam dała Mikołaja.

GALA: Jak to jest, gdy jedno dziecko jest adoptowane, a drugie własne?

M.K.: Oni są takim samym rodzeństwem, jak wszystkie inne. Na początku Jaś był trochę zazdrosny o brata. Dziś bardzo się kochają i jeden bez drugiego żyć nie może. Jak Jaś szedł do przedszkola, to Mikołaj płakał i tęsknił. Teraz chodzą tam razem, bo źle znosili rozłąkę.

GALA: Jakie mają charaktery?

M.K.: Obaj są bardzo wrażliwi. Jaś jest raczej zamknięty, ostrożnie zawiera przyjaźnie. Mikołaj jest odważniejszy, bardziej spontaniczny. Jedno ich łączy - ogromny temperament. Są ruchliwi, wszędzie ich pełno. Budując ten dom, zdecydowaliśmy się na duże, otwarte przestrzenie, żeby chłopcom nie ograniczać ruchu. Mogą tu biegać do woli, jeździć na rowerkach i wrotkach. Kanapy w salonie służą im do skakania. 

GALA: Masz 47 lat. Starcza ci energii na zabawy z dziećmi?

M.K.: Małe dzieci dają mnóstwo energii. W tym roku zabrałem Jasia pierwszy raz na narty, bo już nie mogłem się doczekać, kiedy będziemy jeździć razem. Czasem przypomina mi się moje dzieciństwo z młodszym bratem Darkiem. Rodzice do niczego nas nie popychali, sami mogliśmy wybierać, co chcemy robić.

GALA: Ty lubiłeś rysować.

M.K.: Talent plastyczny odziedziczyłem chyba po dziadku. Jako dziecko chodziłem na zajęcia plastyczne do Pałacu Kultury. W sali obok ćwiczył zespół pieśni i tańca Gawęda. Kiedyś zobaczyłem plakaty zawiadamiające o jego wyjeździe na zagraniczne tournée. Zacząłem kombinować, co by tu zrobić, żeby dołączyć do zespołu i też gdzieś pojechać. Przyjęli mnie, bo tam były prawie same dziewczyny i brakowało chłopaków.

GALA: Pamiętasz swoją pierwszą gitarę?

M.K.: Oczywiście! Zbliżały się moje urodziny, więc namówiłem tatę na prezent. W komisie natrafiliśmy na niemiecką gitarę. Była używana, ale ja i tak byłem z niej strasznie dumny. Na początku bardziej udawałem, że gram, ale z czasem szło mi coraz lepiej.

GALA: Od Gawędy droga wiodła do De Mono?

M.K.: Nie od razu. Wcześniej skończyłem Wydział Wzornictwa Przemysłowego na ASP i projektowałem meble, ale ciągnęło mnie do grania. Założyliśmy De Mono. Nagle hobby stało się moim zawodem. To były szalone rockandrollowe lata, wyjazdy, koncerty i... niestety rozwód. Moje pierwsze małżeństwo legło w gruzach.

GALA: Utrzymujesz kontakty z córkami?

M.K.: Nie było mowy, żebym z nimi nie utrzymywał kontaktów. Sam pochodzę z rodziny, w której więzi rodzinne były bardzo ważne. Jeszcze przed rozwodem zdecydowałem się na ryzykowny krok. Pojechałem z nimi na wakacje i zabrałem ze sobą Agatę. Marta i Maja początkowo były do niej źle nastawione. Duża w tym zasługa Agaty, że udało się rozbroić tę minę, że zdobyła ich zaufanie.

GALA: Jak to zrobiła?

M.K.: Sama wychowywała się bez taty, który zerwał z nią wszelkie kontakty. Myślę, że doskonale wiedziała, co czuje córka pozbawiona uczuć ojca, i robiła wszystko, żeby ułatwić mi kontakty z dziewczynkami. Teraz córki są dorosłe, Marta ma 25 lat, a Maja 23, ale nadal jeździmy razem na wakacje.

GALA: Czego nauczyłeś się na własnych błędach?

 

M.K.: Żeby nie łączyć pracy z domem. W pierwszym własnym mieszkaniu na Saskiej Kępie założyłem w piwnicy firmę Zic-Zac. Nagrywaliśmy płyty. Ciągle ktoś przyjeżdżał, hałas, ruch, drzwi się nie zamykały. Bywało, że gitarzysta przez całą noc ćwiczył solówkę, a na górze spały dzieci. Można było zwariować. Teraz pracuję tylko na zewnątrz...

GALA: Mieszkałeś kiedyś sam?

M.K.: Nie, nigdy. Nie wyobrażam sobie. Nie umiałbym.

GALA: Co cię przeraża w samotności?

M.K.: Brak tych, których kocham. Codziennych rytuałów, kolorów, zapachów, głosów. Należę do facetów, którzy długo dojrzewają. Wreszcie dojrzałem do prawdziwego domu. Mój nowy adres to ulica Syta. Mam nadzieję, że czeka mnie teraz siedem tłustych lat.