GALA: Przeszkadza ci to, że w twoich biogramach czytamy „córka Jolanty Fajkowskiej”?

MARIA NIKLIŃSKA: Miałam czas buntu. Kilka lat temu chciałam się odciąć od mamy. Denerwowało mnie, kiedy ktoś podkreślał, że jestem jej córką. Chciałam wszystko zawdzięczać sobie oraz uniknąć posądzeń, że podpieram się nazwiskiem mamy. Miałam 18 lat, kiedy wyprowadziłam się z domu, czułam wtedy ogromną potrzebę niezależności. Wynajmowałam mieszkanie z przyjaciółmi, razem gotowaliśmy, robiliśmy zakupy, chodziliśmy na imprezy. Nabrałam do wielu spraw dystansu. Kocham moją mamę i dziś już nie chcę się od niej odcinać. Uprawiamy inne zawody, robimy różne rzeczy, nie można nas porównywać. Mam inne nazwisko i czasami, proszę mi wierzyć, ci, co angażują mnie do filmu czy sztuki, nie wiedzą, czyją jestem córką.

GALA: Dzięki mamie jednak łatwiej weszłaś w świat premier, bankietów, wywiadów. A to trochę pomaga w karierze.

MARIA NIKLIŃSKA:  Dzięki mamie szybciej wzbudziłam zainteresowanie mediów. Wcześniej poznałam tak zwane życie towarzyskie. I może dlatego do wielkiego świata mam dystans, nigdy się nim nie zachłysnęłam i myślę, że mi to nie grozi. Kiedy poszłam do szkoły teatralnej, zrezygnowałam z roli w „Klanie”, bo tego od nas wymagano. Nie żałowałam, że przestaję występować w serialu, który ogląda kilka milionów.

GALA: Kilka lat temu przestałaś chodzić z mamą na przyjęcia, ostatnio znowu można was zobaczyć razem.

MARIA NIKLIŃSKA:  Wspólnie na imprezie pojawiłyśmy się raz. Nic z tego nie wynika. To jest moja mama. Teraz mamy ze sobą bardzo dobre relacje i dlaczego mam się tego wstydzić? Każda z nas ma swoje życie, jesteśmy bardzo zajęte, ale często ze sobą rozmawiamy i wzajemnie się wspieramy. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć.

GALA: Chciałabyś kiedyś przeczytać w biogramie mamy: „Jolanta Fajkowska: dziennikarka, matka znanej aktorki Marii Niklińskiej”?

MARIA NIKLIŃSKA:  Mama się śmieje, że ona by chciała. Zobaczymy, może kiedyś tak właśnie będzie (śmiech).

GALA: Jesteś przekonana, że aktorstwo to najlepszy wybór? Kilka lat temu jednocześnie zdawałaś na filozofię i SGH. Wszędzie się dostałaś.

MARIA NIKLIŃSKA:  Pomyślałam, że interesuje mnie za dużo rzeczy i właśnie dlatego chcę być aktorką. Dotknąć różnego życia, wielu problemów, być w różnych miejscach, przenosić się w czasie. Zawsze było we mnie coś takiego, że chciałam być kilkoma osobami naraz. Teraz gram w serialu kobietę sukcesu z londyńskiego City, a w teatrze narkomankę w „Imieninach” i Anielę w „Ślubach panieńskich” Fredry. Lubię przygotowywanie się do roli, chodzenie z postacią, zastanawianie się, co by było, gdybym była kimś innym.

GALA: Mariusz Treliński opowiadał mi, że przygotowując się do nowej opery, zaczyna jej słuchać i myśleć o postaciach nawet kilka lat przed premierą. Obserwuje ludzi i widzi, że dziewczyna w kawiarni przypomina mu Lulu.

MARIA NIKLIŃSKA:  I to jest właśnie fantastyczne. Ja z rolą żyję. Pewnie nigdy nie zastanawiałabym się, co się dzieje w głowie narkomanki, która jest w ciąży z dużo starszym mężczyzną, albo co przeżywa maturzystka w chwili wybuchu wojny, kiedy jej wszystkie plany i marzenia runęły w sekundę. Bardziej otworzyłam się na swoje emocje. Pamiętam, że podczas egzaminu do szkoły teatralnej pani dziekan dała mi zadanie, żebym flirtowała z profesorem Andrzejem Łapickim. Bardzo się zestresowałam, dla mnie to był wspaniały, wielki aktor, legenda. Jak ja miałam z nim flirtować? (śmiech). Nie mieściło mi się to w głowie. Chciałam przed nim dygnąć i mu pogratulować, ale musiałam próbować przełamać swoje opory, nieśmiałość.

GALA: Nie myślisz czasem, że potrzebujesz głównej roli w dobrym filmie lub znanym serialu, żeby twoja kariera nabrała większego rozpędu?

MARIA NIKLIŃSKA:  Jestem bardzo szczęśliwa z tym, co mam. Nie czuję żadnego niedosytu, że mogłabym już więcej. Raczej jest we mnie ogromna ciekawość, co przyniesie następny miesiąc, rok. Jaką dostanę szansę, z jaką rolą będę się musiała zmierzyć. Spokojnie robię swoje i myślę, że dopiero się rozpędzam.

GALA: Nie ma w tobie ciśnienia, by szybko zostać gwiazdą?

MARIA NIKLIŃSKA:  Zupełnie nie. Może dlatego, że jako dziecko przez osiem lat prowadziłam program telewizyjny „5-10-15” i wcześnie doświadczyłam popularności. Wtedy wszystkie dzieci mnie rozpoznawały (śmiech). Później, kiedy byłam w liceum, grałam w „Klanie” Agatę, dziewczynę chłopaka zakażonego wirusem HIV. To był znaczący wątek, a serial miał ogromną oglądalność. Grając w „Klanie”, zrozumiałam, że naprawdę chcę być aktorką. Staram się być w tym dobra i robić rzeczy wartościowe. Nie chcę zostać aktorką jednej roli, nawet najgłośniejszej. Podziwiam i cenię wielu aktorów, których nie ma na okładkach gazet i z którymi nie robi się wywiadów.

GALA: Powiedziałaś kiedyś: „Grając, mogę dać ludziom nadzieję i optymizm”. Kiedy najmocniej to poczułaś?

 

MARIA NIKLIŃSKA:  Chyba w spektaklu „Hamlet ’44”, przygotowanym na 64. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Grałam Ofelię przeniesioną w czasy powstania. Niezwykłe były próby – odbywały się na dziedzińcu muzeum, przy ścianie z nazwiskami powstańców, do czwartej, piątej nad ranem. Żyłam wtedy jak w transie, wcale nie chciało mi się spać, jeść. Myślałam: „Oni też nie spali i nie jedli”. Premiera spektaklu była dla mnie wielkim przeżyciem. Czułam, że robię coś, co jest ważne dla ludzi, że mogę poruszyć ich najgłębsze emocje. Wszyscy staraliśmy się oddać pasję i entuzjazm naszych rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat. Mieli w sobie tyle wiary i siły. Byli niezwykli, a jednocześnie zwykli. Bawili się, kochali, brali śluby, chwytali chwilę. Sporo się od nich nauczyłam. Cieszyłam się, że na spektakl przyszło wielu młodych ludzi.

GALA: Oglądałam cię niedawno w „Tiramisu”. Bohaterki sztuki, kobiety pracujące w agencji reklamowej, cały czas grają, nie mówią o swoim prawdziwym życiu, osobistych dramatach. Ty też lubisz się ukrywać, nie mówić za wiele o sobie?

MARIA NIKLIŃSKA:  Nie mówię wszystkiego, ale też nie stwarzam pozorów. Nigdy nie wymyślam nieprawdziwych historii na swój temat. Nie gram w prawdziwym życiu kogoś, kim nie jestem. Może dlatego, że pragnienie bycia kimś innym realizuję na scenie teatralnej albo na planie filmowym. Na co dzień lubię być sobą. Nawet specjalnie się nie maluję. Wystarczy, że robię to przed każdym spektaklem.

GALA: Jaka jesteś prywatnie? Sprawiasz wrażenie osoby bardzo wrażliwej i delikatnej.

MARIA NIKLIŃSKA:  Trochę taka jestem, ale czasami potrafię powiedzieć „nie” i postawić na swoim. Jestem otwarta, łatwo nawiązuję kontakty, lubię poznawać nowych ludzi, mam dużo przyjaciół, lubię się bawić. Wszyscy są w szoku, że ostro prowadzę samochód. Chyba powinnam wybrać się na jakiś rajd, bo to mnie bardzo kręci!

GALA: Powiedziałaś trzy lata temu, że chcesz mieć normalny dom. Wtedy to był twój życiowy priorytet. Nadal tak jest?

MARIA NIKLIŃSKA:  Wiem, że rodzina jest bardzo ważna. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy byłam mała. Nauczyłam się, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jestem romantyczką, ale mam również świadomość, że bajki „I byli ze sobą całe życie” rzadko się zdarzają w prawdziwym życiu. O rodzinę, związek trzeba dbać, pielęgnować na co dzień. Nie wiem, czy dziś mogę powiedzieć, że rodzina to mój główny priorytet. Na pewno nie wyobrażam sobie, że siedzę w domu i nie pracuję. Oczywiście chciałabym mieć rodzinę, ale kiedyś. Teraz jeszcze o tym nie myślę.

GALA: Na razie urządzasz swoje pierwsze mieszkanie w pięknej kamienicy.

MARIA NIKLIŃSKA:  Uwielbiam stare centrum Warszawy, miejsca związane z historią. Długo szukałam mieszkania. Kiedy weszłam tu pierwszy raz, od razu wiedziałam, że jestem u siebie. Poczułam duszę tego domu, jego cudowny klimat. Jeżdżę teraz często na Koło, targ staroci w Warszawie. Niedawno kupiłam piękny kredens, który czeka na renowację.

GALA: Z twoim chłopakiem Tomkiem jesteście parą półtora roku. Jak się poznaliście?

MARIA NIKLIŃSKA:  Przez przyjaciół. Koleżanki kręciły bajki dla dzieci o warszawskiej Pradze i poznały mnie z Tomkiem. Zaczęliśmy rozmawiać i tak się zaczęło. Ale trochę to trwało, musiał mnie pozdobywać.

GALA: Starał się jakoś szczególnie?

MARIA NIKLIŃSKA:  Zaczął dla mnie gotować. Sprawdziło się powiedzenie „przez żołądek do serca”. Zazwyczaj to działa na mężczyzn, u nas było odwrotnie. Zrobiłam niedawno noworoczne postanowienie: nauczę się gotować. Wezmę od babci przepisy. Proszę trzymać kciuki. Może uda mi się coś ugotować (śmiech).

GALA: Jesteś szczęśliwa?

MARIA NIKLIŃSKA:  Tak, mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem. Świetnie się z Tomkiem rozumiemy, potrafimy godzinami rozmawiać. Jesteśmy przyjaciółmi. Dla mnie to bardzo ważne. Teraz jedziemy razem na zimowe wakacje, Tomek będzie mnie uczył jeździć na snowboardzie.

GALA: Umie cię rozśmieszyć?

MARIA NIKLIŃSKA:  Nawet często. Tomek ciągle powtarza, że jest chłopakiem z Pragi i musi mnie nauczyć gwizdać. Na razie mi nie wychodzi (śmiech). Ale w szkole teatralnej też na początku miałam problem, kiedy jeden z profesorów kazał mi przeklinać.

GALA: Nie planujecie z Tomkiem ślubu?

MARIA NIKLIŃSKA:  W ogóle nie czuję się jeszcze gotowa na takie decyzje. Gdy sobie pomyślę, że kiedyś kobiety w moim wieku już miały dzieci, aż trudno mi to sobie wyobrazić. Dla mnie na razie to jest zupełna abstrakcja.

GALA: Dopiero po wielu latach nawiązałaś kontakt ze swoim ojcem. Potrzebowałaś ojcowskich uczuć?

MARIA NIKLIŃSKA:  Byłam już na studiach. To była moja, bardzo świadoma decyzja. Chciałam go bliżej poznać. Moi rodzice byli bardzo młodymi ludźmi, kiedy się rozstali. Nie chciałam oceniać ich decyzji, tylko otworzyć się na nową relację z ojcem.

GALA: Napisałaś do niego list?

MARIA NIKLIŃSKA:  Zadzwoniłam. Ucieszył się. Mówił, że czekał na ruch z mojej strony, nie chciał się narzucać. Wiedział, że mam poukładane życie z mamą i ojczymem. Bałam się spotkania z nim, moimi przyrodnimi siostrami. Dziś mają 13 i 19 lat. Zastanawiałam się, czy może są do mnie podobne. Starsza Joasia, mimo że jest blondynką, bardzo mnie przypomina. Rzadko się widujemy, bo one mieszkają za granicą. Ale jest między nami bliskość, chociaż nie spędziłyśmy ze sobą dzieciństwa. Dzwonimy do siebie, piszemy e-maile. Cieszę się, że jestem starszą siostrą. Myślę, że dzięki nim wreszcie dorosłam, no i przestałam być jedynaczką. Wiele razy byłam z sióstr dumna. Joasia trenuje szermierkę, studiuje medycynę.

GALA: Paradoksalnie, dzięki rozwodowi rodziców masz teraz dużą rodzinę i wielu kochających cię ludzi.

MARIA NIKLIŃSKA:  Jestem szczęściarą. Ale to wszystko stało się teraz, kiedy już jestem dorosła. Tak naprawdę nigdy nie odczułam braku ojca, bo zawsze był przy mnie wspaniały człowiek, który mnie wychowywał. Mówimy sobie po imieniu, ale dla mnie jest cudownym, najlepszym tatą. Bardzo go kocham i dziękuję mu za wszystko.

GALA: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, powiedziałaś: „Jak czegoś się bardzo chce, to się spełnia”. Czego teraz bardzo chcesz?

 

MARIA NIKLIŃSKA:  Chciałabym zacząć pisać. Ale nie chcę mówić o szczegółach, bo to bardzo świeże marzenie. Dziadkowie śmieją się, że napisałam książkę, jak miałam sześć lat. Podpisałam ją „ałtorka Maria” (śmiech). To były perypetie małej dziewczynki, która przenosiła się w czasie. A aktorskie marzenie? Zagrać u Woody’ego Allena. Uwielbiam jego filmy, zwłaszcza te wcześniejsze, z lat 70. i 80.: „Annie Hall”, „Manhattan”, „Hannah i jej siostry”. Głębokie, a jednocześnie lekkie. Podoba mi się, że kobiety są u niego inteligentne, dowcipne, wrażliwe, z dużym dystansem do siebie.

GALA: Zagrać u Woody'ego Allena? Czy to nie abstrakcyjne marzenie?

MARIA NIKLIŃSKA:  Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. Fajnie jest mieć wielkie marzenia. Nie marzymy o czymś, czego nie możemy dokonać. Niedawno Woody Allen kręcił filmy w Londynie i Barcelonie, mógłby zrobić jakiś w Warszawie!