MARIA NUROWSKA Będę żyła do utraty tchu

Udostępnij

Znana pisarka znów jest zakochana! Piorun raził ich oboje, gdy zbierała materiały do nowej powieści. A nie tak dawno, oszukana i poniżona przez byłego partnera, czuła, że nic dobrego już jej w życiu nie czeka. Teraz mówi: „Zawsze trzeba mieć nadzieję”. Maria Nurowska napisała nową książkę, buduje pensjonat w Tatrach i spotkała tam prawdziwego przyjaciela. Opowiada nam o tym w swoim mieszkaniu na warszawskiej Starówce.

MARIA NUROWSKA Będę żyła do utraty tchu

GALA: Byłam przekonana, że zobaczę kobietę załamaną, która wciąż nie może dojść do siebie po dramatycznym rozstaniu z wieloletnim partnerem. Tymczasem siedzi przede mną kwitnąca, roześmiana osoba. Jest pani szczęśliwa?

MARIA NUROWSKA: Czuję się szczęśliwa, a nawet więcej, czuję się wolna. I nikomu już nie pozwolę sobie tej wolności odebrać. Nawet mężczyźnie, który pojawił się w moim życiu i w którym jestem zakochana. To prawdziwy wiking, o twarzy wysmaganej morskim wiatrem. Najbardziej zachwycają mnie kolana mojego mężczyzny. Nawet mu powiedziałam, że każde z nich przypomina sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. Bardzo się z tego śmiał. Okazało się, że miłość fizyczna nam wychodzi, gorzej z duchową. Mieszkamy w innych krajach, porozumiewamy się mieszanką polsko-angielską i czasami jest to urocze, a czasami prowadzi do nieporozumień. Z mojej winy, bo chyba nie potrafię odnaleźć w sobie tych wszystkich uczuć, jakimi obdarzyłam poprzedniego partnera. Wtedy nie postawiłam żadnej granicy. Do tego stopnia się od niego uzależniłam, że zaczęłam tracić osobowość. On, niestety, cynicznie to wykorzystywał, a kiedy wreszcie dotarło do mnie, kim naprawdę jest ten człowiek, było już za późno. Mam więc za sobą sześć lat chorego związku i dwa lata walki o przetrwanie. Właściwie można powiedzieć, że przespałam ten czas, zwinięta w kłębek na kanapie. Ostatni rok był moim powrotem do życia.

GALA: Jak to się pani udało?

MARIA NUROWSKA: Prawdziwym katharsis okazało się napisanie książki „Sprawa Niny S.”, która ukaże się za kilka miesięcy. Nina S. jest pisarką oskarżoną o zabójstwo konkubenta i, nie ukrywam, ma ze mną wiele wspólnego. Przedtem była moja podróż do Anglii i do Kanady w poszukiwaniu materiałów do książki o generale Andersie. Ale wtedy jeszcze nie byłam w pełni sobą. W tym czasie Maciek, mój wnuk, zrobił o mnie film dokumentalny „Świat Marii”. Zgodziłam się tylko dlatego, że miała to być jego praca dyplomowa w szkole filmowej. Ostatnio obejrzałam ten film i zobaczyłam obcą mi kobietę. To nie byłam ja: ta twarz ściągnięta bólem, brrr… Już w lepszej formie, wiosną zeszłego roku, pojechałam do jednego z krajów bałtyckich…

GALA: I tam znalazła pani miłość?

MARIA NUROWSKA: Tak to ze mną jest – albo coś się zaczyna od pierwszego spojrzenia, albo nigdy. A tu się zaczęło. Zaskoczyło mnie to, bo uważałam się za kogoś, kto sprawy uczuć ma już za sobą. Na jednym ze spotkań – znalazłam się tam w poszukiwaniu materiału do książki – zauważyłam mężczyznę, który wyglądał jak Gary Cooper w filmie „W samo południe”: 195 cm wzrostu, wysportowany, pięknie zbudowany i… oczywiście młodszy ode mnie. Ma polskie korzenie i sentyment do naszego kraju, choć prawie nie mówi po polsku. I on jest taki jak ten filmowy szeryf, dla niego życie jest o wiele prostsze niż dla mnie, ma swoje zasady i twardo się ich trzyma. Niestety, ma też swój pogląd na to, gdzie powinno być miejsce kobiety.

GALA: I gdzie ono jest?

MARIA NUROWSKA: U boku mężczyzny. Więc zaczynają się tarcia, bo ja za dużo oddałam z siebie swojemu ostatniemu partnerowi, limit dawania się wyczerpał. Nie dotyczy to tylko Marcysia, synka Maćka, a więc mojego prawnuczka. Ma półtora roku i mówi na mnie „babu”. I jako „babu” czuję się najszczęśliwsza. Więc jak się mam przenieść nad to zimne północne morze? Piszę do niego SMS-a: „Moje życie jest pełne absurdów, nie zniesiesz tego”. A on odpisuje: „Kocham cię i wszystkie twoje absurdy”.

GALA: Co jeszcze pisze?

MARIA NUROWSKA: Przeczytam pani (Maria odszukuje SMS-y w komórce): „Walczyliśmy swoje wojny, ale żyjemy. Pamiętasz list Pawła do Koryntian?”. Odnalazłam ten list i bardzo się wzruszyłam. Albo: „Ktoś powiedział, że polityka jest sztuką możliwości. Jeśli tak, całe nasze życie jest polityką. A ty moim ministrem spraw wewnętrznych. A radzisz, abym się z polityki wycofał”.

GALA: Pani poprzedni partner też przysyłał piękne SMS-y. Pamiętam jeden: „Idę samotnie drogą, przede mną Krzyż Południa…”.

MARIA NUROWSKA: Skąd to pani wie? Nigdzie o tym nie mówiłam! Rzeczywiście myślałam: „Tamten też mi mówił, że kocha, że chce być ze mną zawsze, że to miłość na całe życie. I co się stało?”.

GALA: Nic dobrego.

MARIA NUROWSKA: Właśnie. Janek, tak na niego mówię, wie o moich przeżyciach. Ciągle mi powtarza „Don’t stop trusting me” (Nie przestawaj mi ufać). To lejtmotyw naszej znajomości.

GALA: Co było dalej?

MARIA NUROWSKA: Zaprosił mnie na daczę do swojej posiadłości nad morzem, które jest tam ponure, zimne, z dziką kamienistą plażą. Inny świat. Chodziliśmy na spacery, on się kąpał, a ja siedziałam na brzegu, wypatrując, czy jego głowa jeszcze się nad falami pojawi. Potem siedzieliśmy przy kominku i piliśmy wino. Przyjechał do Polski, pierwszy raz po latach, spędziliśmy tydzień w Zakopanem. Był zafascynowany góralszczyzną, nagrywał górali na dyktafon i zachwycał się melodią ich języka. Wszystko było dla niego nowe, cieszył się jak dziecko. A potem wyjechał i nagle cisza. „Znowu mnie ktoś porzucił” – myślałam. A on mościł dla nas gniazdo.

GALA: Uczciwy mężczyzna, unikat, pani Mario.

 

MARIA NUROWSKA: Takich już dzisiaj nie ma. Znalazł kobietę, więc zrobił wszystko, żeby z nią być. Ale nie mówiąc mi o tym, popełnił błąd, bo ja już w międzyczasie poszłam inną drogą i nie mogę z niej zawrócić.

GALA: Co takiego się wydarzyło?

MARIA NUROWSKA: To moje odradzanie się do życia tak naprawdę zaczęło się od piramidy w ogrodzie Zofii Nasierowskiej w Laśmiadach. Miałam spotkanie autorskie w Ełku, a potem u niej nocowałam. I co tu mówić, byłam jeszcze marna. Pani Zosia niemal na siłę wsadziła mnie do tej piramidy. I tam w ciemnościach, po raz pierwszy od czasu, gdy zawaliło się moje życie, pojawiła się myśl o przyszłości. „Straciłam dom, ale mogę jeszcze dom zbudować!”. Szczęśliwym trafem mam w Bukowinie Tatrzańskiej działkę, resztkę utraconego majątku. To miejsce niezwykłe, z najpiękniejszym chyba widokiem na góry. Tam właśnie postanowiłam zbudować pensjonat, który w przyszłości wyżywiłby mnie i moich bliskich. Będzie nosił nazwę Stella Montis, czyli gwiazda gór. I niech tak się stanie! Przy tej okazji spotkałam niezwykłego człowieka, Adama Bukowskiego, górala i architekta, który już mi ten pensjonat zaprojektował. Przez całe życie marzyłam, żeby mieć prawdziwego przyjaciela, jak Krystyna Skarbek, która przyjaźniła się ze Staszkiem Marusarzem. Pisała o nim do swojego życiowego partnera Andrzeja Kowerskiego: „Staszka kocham, uwielbiam, a kiedy go widzę, jestem najszczęśliwsza na świecie”. I ja tak myślę o Adamie.

GALA: Czy to znaczy, że nowy mężczyzna pani życia ma już rywala?

MARIA NUROWSKA: Adam to przyjaciel. Nasze spotkanie było niezwykłe. Umówiłam się z nim w restauracji w Kościelisku. Gdy wszedł, od razu wiedziałam, że to on i że będzie moim Staszkiem Marusarzem. I tak się stało. Czuję, że razem stworzymy coś wspaniałego. Już widzę ten dom: z drewna i kamienia, z gontowym dachem. Otwarcie pensjonatu planuję na wiosnę 2010. Jestem więc bardzo zajęta.

GALA: Gdyby pani wiedziała, że Jan buduje dla was nowe życie, nie rozpoczęłaby pani tej budowy?

MARIA NUROWSKA: Nie wiem, chyba jednak tak, bo już nigdy nie chcę być od nikogo zależna ani uczuciowo, ani materialnie. To „nigdy” ma już określony limit czasu, chociaż nie czuję swojego wieku, a natura jest dla mnie łaskawa. Niedawno byłam w parku z prawnuczkiem Marcysiem, jakaś pani mówi: „Cóż za uroczego ma pani synka!”. I to jest jeden z tych moich życiowych absurdów, wszystko nie po kolei. Młodość pomieszana ze starością, czas budowania domu nie na początku, ale na końcu. Jedno jest pewne: będę żyła do utraty tchu.

GALA: A może jest pani typem określanym w psychologii jako unikacz bliskości? Takie osoby uwielbiają stan zakochania, ale kiedy przychodzi czas na decyzje, uciekają.

MARIA NUROWSKA: Przez ostatnie lata nie uciekałam i o mały włos mnie to nie zabiło. Miłość na odległość to teraz dla mnie idealne rozwiązanie. Żeby jeszcze ta druga strona tak samo myślała...

GALA: A z tym jest kłopot?

MARIA NUROWSKA: Czasami myślę, że noszę w sobie gen ofiary, ciągle mnie ktoś oszukuje, mimo że nie jestem łatwowierna. Przeciwnie, traktuję ludzi nieufnie. Swego czasu wynajmowałam część willi na kancelarię prawną, pan mecenas przez pół roku nie płacił czynszu, obiecywał, że to przejściowe, a potem po cichu się wyprowadził i zostawił wysokie rachunki za telefon, światło i gaz. Sąd nakazał mu zwrócić mi pieniądze, tyle że on nic nie ma, wszystko poprzepisywał na żonę. Druga sprawa. Niemiecki wydawca, wbrew umowie, znacznie skrócił moją sagę „Panny i wdowy” i wydrukował cały nakład. Sprzeciwiłam się jego rozpowszechnianiu, więc książka poszła na przemiał. Działo się to siedem lat temu. W październiku zeszłego roku byłam w Wiedniu i na spotkaniu autorskim dowiedziałam się od czytelników, że moja saga „Frauen vom gut Lechice” sprzedawana jest na aukcji w Amazonie po tysiąc euro za egzemplarz! Sprawdziłam, cena wynosiła już tysiąc pięćset euro plus cztery euro koszt przesyłki. Ale tu nie popełniłam błędu. Wielkim życiowym błędem był mój ostatni związek. Wyjęto mi z życia dziewięć lat. To jak zbrodnia. I w mojej książce „Sprawa Niny S.” ta zbrodnia zostaje ukarana śmiercią. Na papierze.

GALA: A w życiu?

MARIA NUROWSKA: „W którym momencie on uznał, że już nie chce ze mną być? Nie potrafię jasno określić tej granicy. Zaczęliśmy się kłócić o głupstwa, o drobiazgi, ale gdzieś tam pod skórą narastał poważny konflikt: o sposób życia”. Tak myśli bohaterka powieści, która przyznaje się do zabójstwa swojego partnera, radcy prawnego Jerzego Barana. Zostaje on zastrzelony w swoim mieszkaniu. Kanwą powieści jest toczące się śledztwo, które prowadzi komisarz, od dawna oczekujący na prawdziwą zbrodnię. Podejrzane są trzy kobiety, właśnie tytułowa Nina S. i jej dorosłe córki bliźniaczki. To powieść o wielkiej miłości, straconych złudzeniach i zdradzie, która w końcu doprowadza do zbrodni. Redaktor z wydawnictwa napisał do mnie, że książka jest tak osobista i dramatyczna, iż trudno ją oceniać na chłodno. Mam nadzieję, że podobnie odbiorą ją czytelnicy. Ku przestrodze.

GALA: Zdumiało mnie bardzo, że tak dalece zaufała pani mężczyźnie, iż bez żadnych cywilnoprawnych zabezpieczeń upoważniła go do swoich kont bankowych i poprzepisywała na niego nieruchomości.

 

MARIA NUROWSKA: Wierzyłam w trwałość tego związku. W mojej książce córka Niny S. mówi: „Miłość jest jak choroba: jedni przechodzą ją lekko, inni ciężej, a jeszcze inni na nią umierają”. Więc ja o mało nie umarłam. Długo się wahałam, zanim zdecydowałam się wystąpić do sądu o zwrot majątku. Moim przeciwnikiem jest prawnik, człowiek, który przez te wszystkie lata miał dużo czasu, aby nasze sprawy finansowe zagmatwać. W sądzie nie powiedział słowa prawdy o naszym życiu. Okazało się, że ukrywał przede mną swoje dochody. Miał dostęp do moich kont bankowych, a ja do jego konta służbowego nie. Czułam się poniżona i oszukana. Ale szczęście w nieszczęściu, że prawdy o tym człowieku dowiadywałam się w sądzie po kawałku. Minęło wiele miesięcy, odkąd ten proces się toczy, moje życie się zmieniło, ja się zmieniłam. Już nie czuję bólu, ale pogardę.

GALA: Można się więc odrodzić nawet po największej życiowej katastrofie?

MARIA NUROWSKA: Jak się okazuje, miłość niejedno ma imię. Jest Janek, jest Marcyś, jest Adam, będzie dom. W Laśmiadach zapytałam Zofię Nasierowską: „Ile razy można zaczynać?”. A ona odpowiedziała: „Do skutku”.

GALA: Niektórzy mówią, że każda miłość jest przedostatnia?

MARIA NUROWSKA: Oprócz miłości jest jeszcze kilka spraw na tym świecie wartych zachodu. Przez ostatnie lata nie pamiętałam o tym i to był mój błąd.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł