Mariusz Treliński jest dyrektorem artystycznym Opery Narodowej. Zasłynął jako reżyser najgłośniejszych spektakli ostatnich lat. Jeszcze jakiś czas temu głośno było o jego związku z tancerką i aktorką Edytą Herbuś. Dziś jego nazwisko znów pojawia się w mediach. Tym razem za sprawą nowego spektaklu „Umarłe miasto”. Annie Luboń, dziennikarce magazynu „Gala”, udało się porozmawiać z  reżyserem o najnowszej sztuce. I nie tylko! A zaznaczmy, że Treliński naprawdę bardzo rzadko udziela wywiadów!

O czym jest „Umarłe miasto” Mariusza Trelińskiego? Jak mówi sam reżyser, to historia kryminalna, w której główną postacią jest Paul, mężczyzna, który nie może pogodzić się z odejściem ukochanej żony, Marii.

Jego dom staje się muzeum jej pamięci, wypełnionym pamiątkami po niej, zdjęciami, obrazami, puklami włosów. Paul nie ma siły żyć po śmierci Marii, a ona nie może odejść do świata umarłych, miłość staje się obsesyjnym kultem. I wtedy pojawia się druga kobieta, Marietta, która jest zaprzeczeniem Marii, a jednocześnie jest do niej łudząco podobna. Historia zaczyna się na nowo. Jest to opowieść o tym, że nasze wyobrażenia są często bardziej realne niż rzeczywistość – mówi Mariusz Treliński.

Mariusz Trelińskiopowiedział także, dlaczego w jego operach miłość zawsze jest mroczna i dramatyczna.

Fascynują mnie stany graniczne. Momenty, które rzadko odczuwamy w życiu z taką siłą. Kontakt ze sztuką pozwala ich doświadczyć, dotknąć nieznanego. Rzeczy, które w życiu ledwie przeczuwamy, na scenie stają przed nami nagie i bezwstydne. Salome w akcie absolutnego zawłaszczenia mężczyzny całuje jego ściętą głowę. To jest jakaś opowieść o granicach miłości. Ale rozumiem pani pytanie. Kiedy urodził mi się syn, zastanawiałem się przez moment, czy nie zacząć robić filmów o sarenkach.

- Uzupełniacie się z synem artystycznie, jesteście siebie ciekawi?

Oczywiście, że jesteśmy siebie ciekawi. Ale ważniejsze jest zaprzeczenie ojcu, przecież przed synem stoi wyzwanie, żeby zanegować to, co było przed nim. Piotr, kompozytor muzyki elektronicznej i filmowej, też lubi rzeczy melancholijne, mroczne i niełatwe. Jako artysta zawsze wolałem tematy trudne. Fascynuje mnie „Cień” – w rozumieniu jungowskim – elementy psychiki, które ukrywamy. I właśnie opera, która kojarzy się z „pięknym opakowaniem”, z czymś przyjemnym i estetycznym, idealnie nadaje się do tego, żeby wypełnić ją mrocznymi ludzkimi sekretami.

Więcej o twórczości Mariusza Trelińskiego przeczytacie w najnowszej "Gali":