MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA Dziewczyna dla Quentina

Udostępnij

Tak jak „Gala” urodziny świętuje w lipcu. W tym roku dopiero 24. Przyznaje, że jest szczęściarą, bo... wiele od życia nie oczekuje. I tylko jedno marzenie nie daje jej spokoju: zagrać u Quentina Tarantino. Dawno nie śledziliśmy tak błyskawicznej kariery. Jesteśmy pewni: dla Marty nie ma rzeczy niemożliwych. Trzymamy kciuki!

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA Dziewczyna dla Quentina

Uśmiechnięta, dziewczęca, ma bystre, ciekawe spojrzenie. Romantyczka: kiedy okazuje się, że Qchnia Artystyczna, gdzie umówiłyśmy się na spotkanie, jest zapełniona, mówi: „Nie szkodzi, zostańmy na tym pięknym, pustym tarasie”. Pasjonatka: zanim zaczniemy rozmawiać o niej, opowiada o „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino, który właśnie oglądała po raz dziesiąty z narzeczonym Adamem. Przez pół godziny „zagrała” przede mną każdą kobiecą rolę. Wyglądało to mniej więcej tak: „Wbiło mnie w fotel, kiedy zobaczyłam na ekranie osiem kobiecych ról i każdą z nich chciałam zagrać. Np. Jungle Julię, dziką, kocią, pewną siebie, wyniosłą. Megainteligentną. Muzyka to jej konik, nikt jej na tym polu nie zagnie. Gra ją Sydney Tamiia Poitier. Tarantino powiedział jej: »Pani bohaterka ma się tak do muzyki jak ja do filmu«. Arlene Butterfly – buntowniczka, ma fenomenalną scenę tańca. Niby niepozornego, ale z chwili na chwilę coraz bardziej zmysłowego. Aż dostałam wypieków. Pomyślałam, że jeśli na mnie tak zadziałał, to jaki efekt wywrze na facetach (śmiech)? Kolejna bohaterka Shanna Banana, czyli Jordan Ladd, ma wieczny słowotok, jest lwicą salonową, imprezy to jej żywioł. I jeszcze Pam – Rose McGowan: słodka blondynka, siedzi przy barze i podrywa mężczyzn na drinka. Patrzyłam na te cztery kobiety i w każdej z nich widziałam jedną z moich koleżanek. Zmysł obserwacji Tarantino, trafność opisu kobiecej natury jest powalający. Myślałam, że na tych czterech fantastycznych rolach koniec. W drugiej części zobaczyłam cztery kolejne...”.

GALA: Świętujesz 24. urodziny. Będzie feta czy kolacja tylko we dwoje?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Przyzwyczaiłam się, że ten dzień właściwie spędzam sama. Czasami ktoś sobie o mnie przypomni, leniuchując na wakacjach, i zadzwoni z życzeniami. Adam, mój ukochany, jest tak zapracowany, że zazwyczaj nie ma go wtedy w Polsce. Dostaję kurierem naręcze róż i zaproszenie na kameralną kolację po jego powrocie.

GALA: Twoja mama żartuje, że strasznie spieszyłaś się na świat.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Urodziłam się w tempie ekspresowym, przed terminem. I od razu dałam o sobie znać, bo byłam bardzo rozwrzeszczanym dzieckiem. Może to rodzaj samoobrony? Moi rodzice byli młodzi, mieli czas, chęci i zapał, żeby mnie wychowywać. Od początku czułam presję, że oczekiwania wobec mnie są ogromne. Kiedy urodził się Mariusz, mój młodszy brat, stali się bardziej wyrozumiali i przymykali oko na jego „fantazje”, o co oczywiście miałam do nich pretensje.

GALA: Pierwsze wyprawione urodziny?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Urodziny to moja dziecięca trauma. Co roku czekałam na ten dzień z nadzieją, że będzie niesamowicie, i zawsze spotykało mnie wielkie rozczarowanie. Nienawidzę moich urodzin. Przyjaciółki miały przyjęcia z wielką pompą, serpentynami, balonami, tortem, prezentami i mnóstwem koleżanek, a ja nie. Wszystko dlatego, że urodziłam się w środku wakacji! Żeby chociaż na początku albo na końcu, ale nie – w sam środek. Nigdy nikogo nie było, wszyscy odpoczywali w górach, nad jeziorem, za granicą, na plaży. Moi rodzice pracowali w wakacje, więc wywozili mnie i brata na dwa miesiące do dziadka i babci. Zapadła wieś, cztery domy na krzyż, ale wokół niesamowicie pięknie: pola, łąki, las, rzeczka i pustka. Jak byłam starsza, pisałam wiersze, czytałam książki, łaziłam po tych polach i wylegiwałam się na trawie. Babcia zawsze się w te nieszczęsne urodziny bardzo starała – był pyszny tort bezowy z dużą ilością kremu. Z dziadkiem grałam w warcaby, szachy lub makao i pozwalał mi wygrywać. Bardzo chcieli mi sprawić przyjemność.

GALA: Wyczekiwałaś na osiemnastkę? Spieszyło ci się do dorosłości?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Bardzo. Wydawało mi się, że jak przekroczę ten magiczny wiek, będę mogła więcej. Wyrwę się z mojego miasteczka, uwolnię od rodziców, wyruszę w świat i zacznę dorosłe życie. Tak się na ten dzień cieszyłam, że z moją przyjaciółką, która pojawiła się dwa dni wcześniej na tej samej porodówce, chciałyśmy te urodziny szczególnie uczcić. Plany były ambitne. Miesiąc wcześniej przygotowałyśmy długą listę gości i bogaty scenariusz przyjęcia. Okazało się jednak, że tej koleżanki nie będzie, tamta wyjeżdża, trzecia pracuje, czwarta złamała nogę, a kolejna jest w szpitalu. Poddałyśmy się i pojechałyśmy na obóz językowy. Było bardzo fajnie – ciekawi ludzie, sporo nauki, ale też zabawy. W każdą sobotę wyłaniano grupę, która wybierze się na niedzielny spektakl do teatru w Warszawie. Była nas prawie setka, a miejsc tylko 30. Żeby było sprawiedliwie, bilety losowaliśmy. Już wtedy marzyłam o szkole teatralnej. Jak na złość, nie udało mi się ani za pierwszym, ani za drugim razem. Trzecia niedziela była szczególna, bo właśnie wtedy wypadały moje 18. urodziny. Ten bilet byłby dla mnie najwspanialszym prezentem.

GALA: Oczywiście go nie wylosowałaś, bo to byłoby zbyt banalne.

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Ale za to bilet wylosowała moja obozowa sympatia, Jurek, chłopak, w którym byłam strasznie zakochana. Pojechałam na jego miejsce do Warszawy, do teatru Ateneum na sztukę „Kolacja dla głupca” z Krzysztofem Tyńcem i Piotrem Fronczewskim. Do dziś pamiętam to niesamowite przeżycie. Siedziałam wbita w fotel, patrzyłam na aktorów i co chwilę jęczałam z zachwytu: „O, Boże! o, Boże!”. Tydzień temu, nagle, pod wpływem impulsu kupiłam dwa bilety do Ateneum. Chciałam, żeby mój Adam ten spektakl zobaczył. Byłam wzruszona, patrzyłam na tych samych aktorów, na przedstawienie też niby to samo. Czułam wzruszenie, jak daleko zaszłam. To już był mój, oswojony świat.

GALA: Miałaś prorocze urodziny.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Puenta była bardzo romantyczna. Po 23 wróciliśmy autobusem do ośrodka. Mieszkałam z dziewczynami, we czwórkę. Stoję pod drzwiami mojego pokoju, a tam cisza. Miałam nadzieję, że przynajmniej przyjaciółka i sympatia na mnie czekają, żeby jakoś uczcić te urodziny. Pukam cicho, nikt nie otwiera – albo śpią, albo w świetlicy oglądają telewizor. „Beznadzieja” – pomyślałam – „znowu nikt o mnie nie pamięta, jakieś fatum”. Wyjęłam klucz, otwieram drzwi, a tam cały pokój ludzi. Krzyczą: „Surprise!”. Wzruszyłam się. Kiedy wszyscy mnie wycałowali i złożyli życzenia, Jurek pociągnął mnie za rękę. Wcześniej dogadał się z dozorczynią i sprzątaczką, żeby wpuściły go do wielkiej auli. Przed wejściem na salę poprosił, żebym zdjęła buty i zawiązał mi oczy. Pod stopami czułam miękkość, a potem zapach płatków róży. Po nich doszłam na środek sali, usiadłam na krześle w płatkach, dostałam naręcze róż, a Jurek przeczytał mi przepiękny wiersz, który dla mnie napisał. Dziś wydaje mi się to banalne, ale wtedy myślałam, że śnię. Byłam tak zakochana, że świata poza nim nie widziałam.

GALA: Skończyły się wakacje i...

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Skończyła się miłość. Do dziś jesteśmy jednak przyjaciółmi.

GALA: W dniu urodzin myślisz o przeszłości czy o przyszłości?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA.: O wszystkim. Ja w ogóle lubię sobie robić podsumowania. Urodziłam się o 23.05 i jest w tej godzinie coś magicznego. Zawsze zastanawiam się, jakim jestem człowiekiem, jakim chciałabym być, jak się zmieniam. Chodzi nie tylko o sprawy zawodowe, ale też o zasady wyniesione z domu – jak wychodzi mi ich praktykowanie na co dzień. Jestem bardzo krytyczna wobec siebie, czasami też za dużo chcę. Wymagam od siebie, od życia, od ludzi. Potrafię się w tym zagalopować. Nigdy nie śniłam, że w jednym roku zagram dwie duże fabuły. Kiedy mi się to udało, zamiast się ucieszyć, pomyślałam: „A, w sumie to taka sobie ta rola. Gdybym tak zagrała u Quentina Tarantino, to byłoby naprawdę coś!”. Nie lubię siebie w takich chwilach, mam wrażenie, że jestem chciwa, że chciałabym życie całymi garściami zagarniać.

GALA: Masz problem z proszeniem o pomoc?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Ogromny. Pierwsze słowo, jakiego się nauczyłam, to: „Ja siama”. Mama się śmieje, że od urodzenia to jest moje hasło przewodnie. Nie lubię, jak mi ktoś pomaga, drażni mnie to. Nie umiem się przyznać, że sobie z czymś nie radzę. Robię to dopiero, gdy wiszę nad przepaścią. Jest w tym dużo pychy, wiem, ale nic na to nie poradzę.

GALA: Kiedy się przełamujesz?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA.: Dopiero wizja bliskiej katastrofy mnie otrzeźwia. Niedawno kupiłam nowe mieszkanie. Wszystko załatwiłam sama. Kredyt na 45 lat, formalności notarialne, księgi wieczyste, podatki. Przyszedł czas remontu. Nikogo w Warszawie nie znałam, ale co tam. Przecież ja potrafię. Tata ostrzegał, że to nie takie proste, ale nie słuchałam. Znalazłam ekipę, dałam im ogromną zaliczkę i umówiliśmy się, że za trzy miesiące się wprowadzam. Przychodzę na dwa dni przed przeprowadzką, a tam pustka. Panowie prawie nic nie zrobili, a to, co zrobili, jak stwierdził kolega, było do bani. Przeraziłam się, dzwonię do majstra, pytam, co się stało, a on, że spokojnie, jutro wezmą się do pracy. Mija tydzień, ich nie ma. Drugi – to samo. Dzwonię, proszę, błagam, płaczę do słuchawki i nic. A to jeden ma wypadek, drugi w szpitalu, trzeciemu żona rodzi, a wcześniej miał pożar. Minął miesiąc. W skrajnej rozpaczy zadzwoniłam do taty: „Tato, przepraszam. Miałeś rację. Żałuję, że cię nie posłuchałam”. Na drugi dzień był w Warszawie, przywiózł nową ekipę i robota ruszyła z kopyta.

GALA: Ratuje cię autoironiczny dystans.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Ale i tak bywam w tym uporze nieznośna. Pamiętam moje spotkanie z Patrykiem Vegą (reżyserem serialu „Twarzą w twarz”, w którym Marta zagrała – przyp. red.). Uwierzył we mnie i ja mu bezgranicznie zaufałam. Mnóstwo mu zawdzięczam, ale nie zawsze szło gładko. Pewnego dnia na planie miałam do zagrania scenę, w której ramieniem zamykam drzwi, cała w emocjach, i dopiero zaczynam swoją kwestię. Pozycja półobrotu była dla mnie tak nienaturalna, że nie potrafiłam poradzić sobie z tym banalnie prostym zadaniem. Robimy duble: pierwszy, piąty, dziesiąty. Patryk zaczyna krzyczeć, ja się coraz bardziej denerwuję, zacinam, wciąż mi nie wychodzi. W końcu wołam: „Jak jesteś taki mądry, to sam mi pokaż, jak mam to zrobić! Przecież to jest niewykonalne!”. Patryk ze stoickim spokojem wycedził: „To nie ja uparłem się, żeby zostać aktorką”. Myślałam, że eksploduję. Łzy podeszły mi do oczu, ale zacisnęłam pięści i powiedziałam sobie: „O, nie! Przed tobą się nie rozpłaczę. Nigdy!”. W furii wróciłam na plan i zagrałam tak, jak trzeba.

GALA: Wszystko przychodzi ci łatwo, często wygrywasz?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Nigdy niczego nie wygrałam. Niedawno graliśmy w „kasyno” – w prawdziwym nigdy nie byłam. Swoje żetony przegrałam w dziesięć minut, reszta towarzystwa grała przez pięć godzin. W karty zazwyczaj przegrywam – chyba że uda mi się oszukać. Ale ponieważ zawsze się przyznaję, nie liczy się. Pomaga mi tzw. szczęśliwy przypadek. Kilka lat temu podczas festiwalu szkół teatralnych spotkałam znajomą. Ja szłam na Włochów, Zuza na przedstawienie studentów z Łodzi. „Chodź ze mną” – namawia. Przypadkiem trafiły nam się miejsca dla VIP-ów. Rozpoczyna się spektakl, dyskretnie się rozglądam i zamieram. Po mojej lewej stronie siedzi bardzo znany reżyser, po mojej prawej jeszcze bardziej znany reżyser. Kątem oka dostrzegam, że ten drugi cały czas patrzy się na Zuzę. Okazało się, że bardzo dobrze zna jej ojca, świetnego aktora. Spektakl się skończył, rozeszliśmy się do domów. Na drugi dzień Zuza do mnie dzwoni i krzyczy: „Marta, ale bomba! Właśnie zadzwonił ten reżyser z pytaniem, co robimy w wakacje, bo jest mała rola do zagrania w serialu. Pytał głównie o ciebie, czy dasz radę. Powiedziałam, że jesteś zdolna, umiesz wszystko i do każdej roli się nadajesz”. Właśnie zdałyśmy na drugi rok i nic nie umiałyśmy... Ale zagrałam tę rolę, a potem już jakoś się potoczyło.

GALA: To działa też w życiu prywatnym?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Działa. Nie chciałam iść na imprezę do klubu. Pechowo już miesiąc wcześniej obiecałam przyjaciółce, że ten wieczór spędzę z nią. Dzwonię, przepraszam, tłumaczę, że nie idę, ale Aśka nie przyjmuje tego do wiadomości. Po pół godzinie dzwonek do drzwi, wpada cała wypachniona i wymalowana, ja stoję w dresie osłupiała. „Masz dwadzieścia minut na przebranie” – woła. Wymyśliłam sprytny plan, że pójdę, a po godzinie ulotnię się w stylu angielskim. Zostałam i poznałam Adama. On podobno od razu wiedział, że jestem kobietą jego życia, ja długo się przed tym broniłam. Tak czy inaczej nasza historia zaczęła się toczyć.

GALA: Co to jest szczęście?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Nie wiem. Myślę, że jestem szczęściarą, bo niewiele mi do tego szczęścia potrzeba. Nie wszystko mi w życiu wychodzi, mam na koncie błędy, porażki, ale nie rozpaczam. Zawsze potrafię zobaczyć drugą stronę medalu. Teraz mi nie wyszło, ale czegoś się przy tym nauczyłam i wyjdzie następnym razem. „Zawsze coś dzieje się po coś” – myślę.

GALA: Marzenia zaprzątają ci myśli?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Chciałabym zagrać u Tarantino, to już wiesz. A z marzeń „ludzkich”? Chciałabym mieć taki kontakt ze swoimi dziećmi, jaki moja mama miała z nami i tak jak ona swoje dzieci wychować. Sama mam dużo cech taty: bywam ostra w sądach, stanowcza, uparta. Dzięki nim jestem twarda. Mama ma mnóstwo cierpliwości, zdrowego rozsądku i ciepła. Ja taka nie jestem, ale wiem, że mogę się poprawić.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł