GALA: Co czułaś po wylądowaniu na Okęciu, po miesiącu nieobecności w kraju?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Ulgę, chyba pierwszy raz w życiu prawdziwą ulgę, że już jestem w domu... Nie tak jak wcześniej, gdy przeważała satysfakcja z dobrej roboty i osobiste zadowolenie. Na dodatek powstrzymywałam łzy wzruszenia przed kamerami i prawdę mówiąc, byłam tym faktem lekko wytrącona z równowagi… Ja się tak rozklejam?

GALA: „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Miałaś niezłe pole do popisu, a pogoda była wredna: „Antarktyda mnie nie polubiła”...

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: ...ale z drugiej strony, pozwoliła mi jednak zdobyć Masyw Vinsona – podczas ataku szczytowego „okno pogodowe” było wyczuwalne. Antarktyda przychyliła się zatem do moich oczekiwań, próśb i marzeń.

GALA: To była wyprawa trudniejsza niż poprzednie?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Nigdy nie odczuwałam takiego szacunku dla ludzi, którzy eksplorowali ten ląd, jak po osobistym zetknięciu się z Białym Kontynentem: dla Amundsena, Scotta, który tam stracił życie, czy Shackletona, którego lodowe piekło uwięziło na dwa lata. Nie ma czystszego, bardziej dziewiczego, ale i mniej przyjaznego człowiekowi lądu. Białe pustkowie, które fascynuje i napawa absolutnym przerażeniem… Gigantyczny kontynent, półtora raza większy od Europy, najwyżej położony, najbardziej suchy, najmniej poznany. Czy wiesz, że w lodach Antarktydy jest uwięzionych aż 90 proc. zasobów słodkiej wody na całej kuli ziemskiej? To najtrudniejsze miejsce do życia dla człowieka – jest się narażonym na poparzenia słoneczne i na odmrożenia jednocześnie... Nigdzie pogoda nie jest tak nieprzewidywalna jak właśnie tam, a temperatura potrafi spaść do minus 80 st. C.

GALA: Przed wyjazdem wystraszyłaś mnie informacją, że nie znasz ludzi, z którymi ruszasz na wyprawę „na jednym pozwoleniu”. I nie wiesz, czy mówią po angielsku.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Pierwszy raz wyruszyłam na wyprawę z Polski zupełnie sama. Dołączyłam do austriacko-niemieckiej 5-osobowej grupy wspinaczy. Okazało się, że znają angielski, ale nie chcą mówić w tym języku, bo uznali, że to niemiecka wyprawa i nie muszą. Po prostu. Od początku byłam dla nich intruzem. Byli w swoim gronie, mówili w swoim języku, nie zaakceptowali mnie jako Polki, a to, że jestem dziennikarką, wręcz ich sparaliżowało. Na szczęście miałam ze sobą kamerę – superlekką i małą, która służyła mi za pamiętnik. Zadebiutowałam jako operator i wyżywałam się, nagrywając reportaż dla TVN, mówiłam do kamery, co czuję, robiłam notatki. To był mój wentyl bezpieczeństwa. Uciekałam też myślami do Marysi i do pracy. Przyglądałam się sobie w kategoriach socjologicznych i… przez miesiąc niemal nie mówiłam. Słuchałam, obserwowałam i to było dla mnie – której zwykle się usta nie zamykają – szokujące doświadczenie. Rozmawiałam tylko z Austriakiem Robertem Millerem – jedynym z ekipy, który podał mi rękę.

GALA: Odbijasz sobie to milczenie teraz.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Ostatnio usłyszałam taki cytat: „Jeżeli podróż nie miałaby nas czegoś o sobie nauczyć, to cóż byłaby to za podróż?”. Mnie ta podróż nauczyła dużo o ludziach i o mnie samej. Może faktycznie to nie my wybieramy nasze podróże, tylko one nas? Może mnie ta wyprawa wybrała po to, żebym mogła pewne rzeczy inaczej dostrzec? Pierwszy raz zadać sobie pytanie: „Czy warto?”. Zawsze rzucam się na wszystko z ogromną zachłannością, nie myśląc o konsekwencjach. Teraz po raz pierwszy zadałam sobie pytanie: „Po co to wszystko robię? Czy nadal chcę odmrażać sobie tyłek, upadlać się…”.

GALA: Nie za mocne słowa?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Wspinaczka jest brzydkim sportem, trudnym doświadczeniem dla kobiety. Pod względem higieny, potrzeb fizjologicznych, utraty pewnej intymności, zarówno duchowej, jak i fizycznej. Każdy gest nabiera innego wymiaru. W Patriot Hills, gdzie czekałam na samolot do bazy pod Vinsonem, usłyszałam cytat z książki George’a Leigh Mallory’ego, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.

GALA: To ten, który zginął pod Everestem, próbując go zdobyć?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: … i ten, który odpowiedział: „Po co go zdobywać? Ponieważ istnieje”. Cytat, o którym mówię, w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie żyjemy po to, żeby jeść i zarabiać pieniądze. Jemy i zarabiamy pieniądze po to, żeby cieszyć się życiem. Oto, czym jest życie i jaki jest jego sens”.

GALA: Najtrudniejszy moment wyprawy?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Zejście ze szczytu prosto w burzę śnieżną, która uwięziła nas na kilka dni w obozie II (3900 m n.p.m.). Bo wchodzi się do góry ze świeżą energią zdobywcy, prze się do przodu, koncentrując się bardzo na zadaniu. No i siły fizyczne są inne. Jak już zdobędziesz szczyt, marzysz o jak najszybszym powrocie do domu… Na Antarktydzie o tej porze roku jest zawsze widno, „noc” odczuwa się w ten sposób, że robi się potwornie, przeszywająco zimno. Pierwszy raz w życiu miałam wewnątrz namiotu minus 30 st. C. Doświadczenie nowe, bo – za przeproszeniem – wszystko w nosie zamarza. A tu trzeba się przebrać, załatwić potrzeby fizjologiczne, spróbować się przespać i zregenerować siły. Kiedy na zewnątrz jest minus 40 st. C, to przy prędkości wiatru ponad 100 km/h odczuwalne zimno to coś między minus 50 a minus 70 st. C.

GALA: Miałaś chwile załamania?

 

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Raczej kompletnego odpływu sił. Nawet mi się nie chciało topić śniegu, żeby mieć coś do picia, choć wiedziałam, że powinnam. Przez trzy dni nic nie jadłam, byłam zmęczona, miałam silne bóle głowy. Czułam się odwodniona, ale nic nie mogłam z tym zrobić.

GALA: Atrofia woli?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Byłam zrezygnowana. Chyba nałożyło się na to długie oczekiwanie najpierw na wylot na Biały Kontynent, potem na atak szczytowy, tęsknota… Warunki pogodowe tak się pogorszyły, że całą noc nie spałam. Bałam się, że mi namiot odleci i skądinąd słusznie. Kiedy został zniszczony przez wichurę, musiałam się przenieść do namiotu dwóch austriackich wspinaczy. Pomógł mi Robert – mój partner z ataku szczytowego, który dał mi psychicznego „kopa”.

GALA: Weszłaś na szczyt, sfotografowałaś się z polską flagą. Zostawiłaś ją tam?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Nigdy nie zaśmieca się gór, a to była najczystsza góra, jaką w życiu widziałam. Bez jednego papierka, jakiegokolwiek śladu działalności ludzkiej.

GALA: A twój przysypany namiot?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Musiałam go odkopać i znieść na dół. Gdy schodziłam po stoku o nachyleniu 45 st., 1200 m po „poręczówkach”, mój plecak ważył ze 30 kg. Kuchnia, garnki, namiot, karimata, śpiwór, sprzęt. Czułam się jak postać z filmu rysunkowego – nie mogłam ustać z tym plecakiem, tak mi się kolana rozjeżdżały. A po moim poważnym wypadku samochodowym mam problemy zarówno ze stawami kolanowymi, jak i kręgosłupem, więc w zasadzie nie powinnam dźwigać. Zabawne, co?

GALA: Jakim cudem nie przemarzłaś, nie odmroziłaś sobie niczego?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Mam już naprawdę spore doświadczenie i niezły sprzęt. Dodatkowo do rąk i nóg używałam chemicznych rozgrzewaczy – saszetek wielkości dwóch torebek herbaty, które w momencie kontaktu z powietrzem rozgrzewają się i trzymają ciepło do pięciu godzin. Wsuwa się je między rękawiczki, których miałam na sobie trzy pary. Tej ostatniej nie wolno zdjąć nawet na chwilę. Natomiast o twarz dbałam wręcz obsesyjnie.

GALA: Pamiętam, jak wyglądałaś po powrocie z Everestu.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Oparzenie, odmrożenie i zapalenie skóry jednocześnie, a skończyło się leczeniem przez ponad rok! Dla kobiety nic miłego. Teraz, nauczona doświadczeniem, lepiej zadbałam o twarz. Tym razem nie ma śladu po działaniu słońca i mrozu! Wierzę też w dobry sprzęt. Widzisz te buty? Mają dwie warstwy, właściwie to dwa buty: wewnętrzny, termiczny, oraz zewnętrzny, twardy jak narciarski. To najcieplejsze buty na świecie i kosztują ponad 2500 zł. Nigdy w życiu nie wydałabym na żaden ciuch takich pieniędzy, za pantofle mogę zapłacić jedną dziesiątą tej kwoty, ale buty wspinaczkowe, które mogą uratować mnie przed odmrożeniem i będą mi służyć przez wiele sezonów – to zupełnie inna historia. Nie jestem elegantką kupującą torebki Prady i buty Blahnika, ale dla „Gali” mam coś specjalnego! Tuż przed odlotem z Patriot Hills do cywilizacji natknęłam się na ekipę wysiadającą z samolotu transportowego, którym miałam się zabrać do Ameryki Południowej. Wszyscy mieli na rękawach naszywki z flagami biało-czerwonymi, ale do góry nogami. Kto to był? Książę Albert z Monako we własnej osobie, wizytujący stacje badawcze. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, pogadaliśmy. Dużo wiedział o Polsce, jest stałym czytelnikiem „National Geographic”. Spotkać księcia Alberta na Riwierze – nic nadzwyczajnego, ale na Antarktydzie – niezwykła sprawa. Przy okazji stwierdziłam, że jego seksapil polega głównie na byciu księciem…

GALA: Czy ty się kiedyś ustatkujesz? Bo na razie nosi cię od burty do burty.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Mam szeroki wachlarz wyzwań, choć w żadnym nie doszłam do mistrzostwa. Duch przygody ciągnie mnie w różnych kierunkach. Teraz będę robiła nowy program podróżniczy dla TVN o kobietach w kulturach świata. Wracam do gry. Wkrótce ruszamy na zdjęcia.

GALA: Twój partner Jerzy jest świetnym nurkiem, ale może ty jesteś lepsza?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Jurek to wysokiej klasy instruktor techniczny, rekordzista Polski w nurkowaniu głębokim, ja jestem tylko divemasterem. Mogę co najwyżej zapisać się na kurs do niego, co zresztą zamierzam zrobić, żeby podnieść kwalifikacje.

GALA: Jerzy nie jest zazdrosny o Roberta, z którym atakowałaś Masyw Vinsona?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Nie, a o co… Antarktyda to ostatnie miejsce na ziemi nadające się na romans! Człowiek jest nieświeży i skoncentrowany na zadaniu, na przetrwaniu. Amory mu nie w głowie. Tam przyjaźń polega m.in. na nie zauważaniu sytuacji intymnych czy pewnych słabości. Mógłby to być powód do zazdrości tylko o ten szczególny rodzaj więzi, jaka powstaje w ekstremalnych warunkach.

GALA: Będzie przyjaźń z Robertem?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Może pojedziemy w jakieś góry, ale prawda jest taka, że są przyjaźnie w warunkach trudnych i takie, które sprawdzają się na nizinach. Darka Załuskiego, z którym wspinałam się na Everest, autentycznie kocham jako człowieka i przyjaciela, ale nie odczuwam potrzeby spotykania się z nim co tydzień na kawie.

GALA: Gdy cię nie było, Jurek udzielił wywiadu. Zinterpretowano go nieżyczliwie.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Mogę tylko powiedzieć tym, którzy nam źle życzą, że – choć z pewnością nie jesteśmy standardowymi rodzicami ani tzw. normalną rodziną – jesteśmy szczęśliwi. Wspieramy się, a Marysia rozwija się wspaniale. I tyle. I niech się ktoś zastanawia, czym jest „normalność”.

GALA: Córka cię poznała po powrocie?

 

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Jasne! Była uśmiechnięta, gaworzyła, dotykała mojej twarzy, włosów. Wydaje się, że jednak to ja bardziej tęskniłam. Dużo wysiłku włożyliśmy, by jej świetnie zorganizować czas. Jurek – tata Marysi, codziennie pokazywał jej moje zdjęcia, puszczał filmy, piosenki i bajeczki, które dla niej nagrałam.

GALA: Umiesz śpiewać?!

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Nie umiem, ale śpiewam. No dobra, nie jestem dobrą piosenkarką. Moi bliscy pokładali się ze śmiechu, ale Marysi moje piosenki bardzo się podobały. Zajmował się nią jej kochający tata, moi rodzice, bez których bym sobie nie poradziła, mama Jurka, czyli babcia Ewa, i superopiekunka – ciocia Jola.

GALA: Tak czy inaczej, mnóstwo kochających ludzi. Twoja cudowna mama Joanna mieszka w pobliżu, „za płotem”.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Popieram włoski model rodziny wielopokoleniowej. „Full house” – chata pełna ludzi, psów merdających ogonami, a drzwi się nie zamykają.

GALA: Podsumowując...

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Tamta Martyna, która ruszała na Antarktydę, już nie istnieje. Nie mówię, że w ogóle jej nie ma. Ale moja zdolność do akceptacji ryzyka zupełnie się zmieniła, chęć do podejmowania nowych, dzikich wyzwań bez liczenia się z ceną – skończyła się bezpowrotnie.

GALA: No może i chwała Bogu; może nadszedł czas, aby dorośleć.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Już nie jestem tą samą osobą, która bez stresu potrafiła przejść nad szczeliną bez asekuracji. Gdy leciałam malusieńkim samolocikiem między Patriot Hills a bazą pod Vinsonem i telepało tą rachityczną maszyną na tle ogromu bieli, myślałam: „Dlaczego tak ryzykować życie? Podmuch wiatru albo maleńki błąd pilota sprawi, że nie wrócę do mojego dziecka”. Przedtem nigdy w życiu nie miałam takich myśli. Zawsze najpierw robiłam, potem myślałam. A teraz doszłam do wniosku, że tak głupio to ja nie chcę ryzykować. Niby z jednej strony dojrzałam i zmieniłam się, ale z drugiej jest mi… jakoś przykro. Przy tym nie umiem siebie zdefiniować, rozmawiamy w dzień po powrocie.

GALA: Poznajesz smak odpowiedzialności, także za innych.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Naprawdę trzeba było pojechać na Antarktydę, żeby to zrozumieć? Nie mogłam tego zrobić na miejscu? Jakże inaczej spojrzałam na moją mamę. Teraz do mnie dotarło, co czuła…

GALA: Doroślejesz, dojrzewasz.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Długo to trwało, 34 lata. Ale trochę sobie poszalałam.