Martyno, robisz tyle fascynujących rzeczy: jesteś globtroterką, rajdowcem, redaktor naczelną „National Geographic”, piszesz książki. Ale z wykształcenia jesteś ekonomistką. A do tego specjalizowałaś się w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Czy Ty, taka perfekcyjna i ambitna, „zarządzasz” swoją córeczką?

Dopóki nie urodziłam Marysi, myślałam, że to możliwe. (śmiech) Kiedy byłam w ciąży, zrobiłam wszystkie możliwe badania. I przeczytałam wszystkie możliwe książki na temat macierzyństwa. Moja natura ekonomistki, osoby porządkującej rzeczywistość, kazała mi to robić. Stworzyłam sobie nawet specjalny folder w komputerze. Nazwałam go „Projekt dziecko”. Zbierałam tam różne szalenie użyteczne – jak mi się wydawało – informacje, robiłam tabelki, analizowałam dane. Bardzo starałam się zracjonalizować fakt bycia w ciąży i tego wszystkiego, co wiązało się z tym, że zostanę mamą. Wszystko po to, żeby ten temat jakoś oswoić i czuć, że mam nad tym kontrolę... Zupełnie jakbym zapomniała, że świata nie da się ogarnąć rozumem i zanalizować. W ciągu pierwszego tygodnia po urodzeniu dziecka mogłam to wszystko wyrzucić do kosza. Wychowanie jest fascynującą podróżą, w dodatku bez mapy. Ale też najtrudniejszą z podróży, jakie można odbyć. Przede wszystkim dlatego, że każda wyprawa ma swoje zakończenie. Żeby nie wiem jak było ciężko, jak musielibyśmy być głodni, zmarznięci i zmęczeni – wiemy, że nadejdzie kres tego całego wysiłku. Bywa, że nie możesz jak człowiek się wysiusiać, umyć, dookoła masz ludzi, których może już nawet nie lubisz, bo zobaczyłaś ich najgorszą stronę, ale wiesz, że jeszcze tylko trochę i... będzie koniec. Wrócisz do domu, do swojego świata. A codzienne życie z dzieckiem to już zupełnie inna historia. Dlatego jest tak trudne. Wychowanie dziecka jest z pewnością dużo trudniejszą i wyższą górą niż Mount Everest.

Chciałaś mieć syna czy córkę?

Przyznaję, że marzyłam o córce. Żartowałam nawet, że nie mogłabym usługiwać żadnemu mężczyźnie, nawet gdyby to był mój syn. (śmiech) Ja po prostu wiedziałam, że chciałabym wychować i przygotować do życia kobietę.

Do czego porównałabyś wychowanie dziecka?

Przychodzi mi do głowy proces uprawy pola. Najpierw musimy je przygotować na przyjęcie ziarna, czyli tych wszystkich wartości, które chcemy dziecku zaszczepić. To jest ważny etap i nie można go pominąć. Potem trzeba zasiać, patrzeć, jak wzrasta, dbać, podlewać, troszczyć się. Różnica jest taka, że zamiast na końcu zbierać plony, wystarczy cieszyć się, że rośnie. Choć może w inną stronę, niż planowaliśmy. (śmiech)

Co najbardziej lubicie robić razem z Marysią?

Maryśka lubi robić co innego ze mną niż ja z Marysią. (śmiech) Ona chciałaby, żebyśmy rysowały i tańczyły. To ostatnio jej główne ulubione zajęcia.

Wielu rodziców zapisuje maleńkie dzieci na angielski i robotykę. A przecież dużo większa korzyść byłaby z tarzania się po dywanie...

Myślę, że my, Europejczycy, jesteśmy w tym trochę śmieszni. Uważam, że dzieci naprawdę mają czas, żeby się tego wszystkiego nauczyć i przez pierwsze lata powinny cieszyć się beztroską. Ale ostatnio odczułam wybitną satysfakcję. Kąpię Marysię wieczorem, a potem ona idzie wybrać sobie książkę do czytania, bo taką mamy umowę, że to ona decyduje. Bardzo się ucieszyłam, kiedy wreszcie nie przyniosła historii o księżniczce Arielce, tylko atlas świata i powiedziała: „Mamo, opowiedz mi o tym, dlaczego dzieci w Afryce głodują”.

No to efekt został osiągnięty. A dlaczego Ty sama napisałaś dwie książki dla dzieci? One są po to, by „troszkę pouczać”?

Oczywiście! Z tej mojej trudności z oswajaniem się ze światem dziecka wyniknęły dwie nowe książki, czyli „Dzieciaki świata” i „Zwierzaki świata”. Pomysł zrodził się, właśnie kiedy czytałam Maryśce po raz pięćsetny tę samą bajkę: była królewna, królewicz na białym koniu, a potem żyli długo i szczęśliwie. Doszłam do wniosku, że po pierwsze, jest to świat, który nie istnieje, po drugie, mnie to już bardzo męczy, po trzecie, nie zniosę już tych historii o niczym, bo nie przekazują dziecku żadnych wartości. I tak powstał pomysł na napisanie dwóch książek. Jedna jest o ludziach i o tym, jak żyją dzieci w innych zakątkach naszego globu. O tym, że gdzieś w Nepalu mieszka pięcioletnia Matina, która pewnego dnia zostaje żywą boginią. I cieszy się, że będzie teraz ważna i będzie ubierać się w piękne suknie. A potem zaczyna rozumieć, jak trudno jest być żywą boginią, kiedy nie możesz śmiać się i bawić, a wszyscy tylko składają ci pokłony. I kilka innych historii, na przykład o ośmioletnim Mebratu z Etiopii, o Lien, która mieszka w domu na wodzie w Wietnamie, i o dziewczynce z Tajlandii, która marzy o tym, żeby zostać żyrafą. Te wszystkie historie są prawdziwe. Prawdziwe są też te dzieci. Spotkałam je, zaprzyjaźniłam się z nimi, ich historie mnie poruszyły. Myślę, że często dzieci w Polsce – a być może i dorośli – nie mają pojęcia, jak wyglądają realia życia w innych zakątkach świata. I o tym jest pierwsza książka.

A druga? „Zwierzaki świata”?

 

Jest o małej słonicy Fusi, która straciła mamę, bo ludzie polują na słonie, żeby pozyskać kość słoniową. To także okazja, żeby porozmawiać o tym, czy kość słoniowa jest nam potrzebna, czy spinka, zapinka czy figurka warte są tego, żeby zabijać wspaniałego słonia? Jest też opowieść o mrówkojadzie Carlito z Wenezueli, który zaprzyjaźnił się z małpką i zaczął zachowywać się jak ona. Ta opowieść jest doskonałym pretekstem do tego, by zadać sobie i dziecku pytania: czy przyjaźń na pewno polega na tym, żeby starać się być takim, jak ktoś inny? Czy raczej na tym, żeby pozwolić tej osobie być sobą? O tym są moje książki.

Ty sama tyle ciekawych rzeczy robisz, realizujesz wszystkie swoje plany, ambicje. Czy to trudne być Twoją córką?

Myślę, że w przyszłości może to być dla Marysi trudne... Ale zrobię wszystko, żeby tak nie było! Bo najgorsze, co się może przydarzyć każdemu dziecku, to konieczność rywalizowania z rodzicami i ich osiągnięciami.

Ale zdajesz sobie sprawę, że Marysia rośnie w otoczeniu, które będzie jej mówiło: „Czy wiesz, że Twoja mama wspięła się na Everest, zdobyła Koronę Ziemi, jeździła w rajdach, pisała książki? Czy Ty też będziesz umiała to zrobić?”

Zdaję sobie z tego sprawę. I nie chcę tego. Nie oczekuję od mojej córki, że wybierze taką drogę jak ja. Nawet nie chcę, żeby taką drogę wybrała! (śmiech) Z dwóch powodów: po pierwsze, nigdy nie chciałabym przechodzić tego, co przechodzili i dalej przechodzą moi rodzice, kiedy ruszam na kolejny kraniec świata. Nigdy nie chciałabym tak bardzo bać się o swoje dziecko jak oni. A po drugie, myślę, że po prostu trudno jest mieć takie dziecko jak ja. (śmiech)

Marysia też, jak Ty, jest taka niezależna? Widzisz w niej podobne rysy charakteru?

Marysia na razie jest bardzo łagodną, uroczą i radosną dziewczynką, akceptującą świat takim, jaki jest. Na razie nie widzę u niej prób narzucenia otoczeniu, szczególnie rówieśnikom, swojej woli. Powiedziałabym raczej, że potrafi bardzo dobrze współpracować w grupie, znacznie lepiej niż ja.

Imponuje Ci tym?

Imponuje, że potrafi nie zacietrzewiać się w swoich pomysłach na spędzanie czasu. Jest otwarta na to, co proponują inne dzieci. Staram się też świadomie nad tym pracować. Ale z drugiej strony oczywiście indoktrynuję ją, żeby interesowała się pewnymi rzeczami, które i mnie interesują. Czy wiesz, że pierwszą górę zdobyła ze mną, kiedy miała minus sześć miesięcy? Wspinałam się wtedy na Elbrus, najwyższy szczyt Europy. Zdobyłyśmy go więc razem i pewnie w jakimś sensie zaszczepiłam w niej pewną potrzebę przemieszczania się i zdobywania świata. (śmiech)

Czego uczy Cię Marysia?

Nieprawdopodobnej cierpliwości i wyrozumiałości. Marysia pokazała mi też, że zdolna jestem do miłości, o której istnieniu nie miałam w ogóle pojęcia. To tak nieprawdopodobne uczucie, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić, dopóki nie zostałam mamą. Podejrzewałam nawet, że nie jestem zdolna do takiej miłości, takiej akceptacji, rozczulania się nad każdym gestem. To wielki dar od losu, że mogę doświadczać takich emocji. Kiedyś, gdy byłam w dalekiej podróży, nie tęskniłam, wszystko odbywało się bezproblemowo. Po prostu przychodził czas przeskoczenia z jednego świata równoległego do drugiego. A teraz odliczam dni i godziny do spotkania z moją córką. Lądując na Okęciu w Warszawie, mam „motyle w brzuchu” – to taki unikalny rodzaj podniecenia, radości, że zobaczę tę moją ukochaną istotę! Nie mówię, że każda kobieta musi tego doświadczać. Po prostu ja odkryłam ocean emocji, o istnieniu których w ogóle nie wiedziałam.

Jesteś zafascynowana swoją córką?

Jestem zafascynowana Marysią i sobą w tej miłości do niej.

A jednocześnie początek Twojego macierzyństwa był szalenie trudny.

Nie spodziewałam się, że będę mamą. Z medycznego punktu widzenia nie powinnam mieć dziecka, lekarze powiedzieli mi, że raczej nie mam na to szans.

Czyli cud?

To jest dar od losu, jakkolwiek byłam przerażona faktem, że jednak zostanę mamą. (śmiech) Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, żeby temu podołać, bo los tak za mnie zdecydował. Pierwszy etap ciąży był trudny. Miałam już wtedy w planach wspinaczkę na Elbrus i dowiedziałam się o tym, że jestem w ciąży dzień przed wylotem. Postanowiłam mimo wszystko lecieć. Jednocześnie w ogóle nie
zdawałam sobie sprawy z zagrożeń. Podczas wspinaczki wymiotowałam i nie wiedziałam już, czy to z powodu choroby wysokościowej, czy ciąży... W każdym razie dziś bym nie podjęła tego ryzyka. Z ulgą wróciłam do domu i zaczęłam nowe życie.

Marysia pokazała Ci, że jednak, mimo wszystko, możesz być sobą...

Na Kaukazie przydarzyła mi się niesamowita rzecz. W trakcie wspinaczki na szczyt wpadłam w chmurę wyładowania elektrostatycznego. Wszystko jest wtedy naelektryzowane, włosy są nastroszone, przez ciało przechodzą jakby iskry. To po prostu taki rozproszony piorun. I to tłumaczy wysoką „energetyczność” mojego dziecka! We wczesnym życiu płodowym została potraktowana chmurą elektrostatyczną i to jej chyba zostanie. (śmiech)

Po co Ci była ta wspinaczka w ciąży?

Chciałam chyba udowodnić, że w ciąży nie trzeba z czegokolwiek rezygnować. Pracowałam w redakcji „National Geographic” do ostatniego dnia przed porodem, bo nie chciałam dać poznać komukolwiek, że zasługuję na taryfę ulgową. Dziś może bym leżała, słuchała łagodnej muzyki i gładziła się po brzuchu. (śmiech) Postanowiłam pojechać na pierwszą wyprawę na Antarktydę, kiedy Marysia miała siedem miesięcy, ale wszystko poszło nie tak, pogoda załamała się totalnie. Miało mnie nie być dwa tygodnie, zniknęłam na ponad miesiąc. Nigdy więcej nie popełnię już tego błędu! To była najważniejsza nauczka, jaką dostałam od życia. Tam, w namiocie, w huraganowym wietrze, przy minus 50 stopniach narodziłam się jako matka.

Dopiero wtedy?!

 

Ludzie mówią: jak to, jak można nie kochać dziecka od pierwszego wejrzenia? Oczywiście, że się kocha! Jak widzisz swoje dziecko, to jest niesamowite doświadczenie. Ale bycie matką to coś więcej, ta rola wymaga przede finiowania pewnych rzeczy. Wierzę, że trzeba nauczyć się być rodzicem i odpowiadać na potrzeby dziecka. To prawdziwe uczucie zrodziło się we mnie, kiedy byłam daleko, zupełnie sama na Antarktydzie i zrozumiałam, jak bardzo tęsknię za Marysią i że to jest prawdziwy początek nowego życia. Żałuję, że wyrwałam ten nasz czas z jej życia, bo tego nikt nam nie zwróci. Ale uważam, że to, czego się nauczyłam, jest bardzo ważne.

Marysia patrzy na Twój niesamowity tatuaż i...

...i też chce mieć tatuaż! Strzeliłam sobie w kolano. (śmiech)

Nie możesz odmówić, gdy też zapragnie go mieć...

Jak będzie miała 16 lat, powiem po prostu, żeby poczekała do osiemnastki. Nie wiem, czy tra fi do niej, że ja zrobiłam tatuaż grubo po trzydziestce. Bo jak się jest młodym, to może nie zawsze wiemy, czego chcemy i co jest dla nas dobre. Marysia wie, że ten tatuaż to skrzydło ptaka drapieżnego i że oznacza wolność. Bardzo lubi też, kiedy pokazuję jej mój drugi tatuaż na ramieniu, który odzwierciedla sześć najważniejszych miejsc w moim życiu. Mówi wtedy: „Ale pokaż mi, gdzie się urodziłam!”, bo jedno z nich to miejsce urodzenia mojej córki, czyli szpital św. Zo fii w Warszawie. A potem pyta: „Mamo, a który to Everest?”. Wytatuowałam sobie współrzędne geogra ficzne miejsc, w których nastąpiły najważniejsze, przełomowe dla mnie wydarzenia. Po kolei: miejsce mojego urodzenia, co symbolizuje też mój związek z rodziną, meta Rajdu Dakar, gdzie zaczęło się moje nowe życie i zrozumiałam, że wszystko jest możliwe i że mogę sięgnąć, po co tylko chcę, jeśli bardzo będę tego pragnęła. Kolejne miejsce – szczyt Mount Everestu, na który wchodziłam półtora roku po złamaniu kręgosłupa, czyli też element powrotu do życia. Mam także wytatuowane namiary centrali National Geographic w Waszyngtonie, gdzie poczułam, że zaczyna się kolejny ważny etap w moim życiu. Potem chronologicznie jest miejsce urodzenia mojej córki i w końcu wyprawa na Antarktydę. Wtedy żegnałam się z życiem, bo myślałam, że już nie zejdę z tej góry. A jednocześnie dotarło do mnie wszystko, czego nie byłam w stanie zrozumieć przez trzydzieści parę lat.

Do czego wychowujesz swoją córkę? Masz to jakoś sprecyzowane?

Chciałabym, żeby była niezależną w swoich decyzjach, mądrą, samostanowiącą kobietą, świadomą swoich mocnych i słabych stron. Bardzo dużo z nią rozmawiam, nie unikam żadnego tematu, staram się tłumaczyć jej otaczający nas świat.

Nie uznajesz kar? Bo kary nie są potrzebne, kiedy jest bliskość i porozumienie?

Nie krzyczę, nigdy też nie uderzyłam Marysi. Wydaje mi się, że klaps to byłby objaw absolutnej słabości, bezsilności. To porażka, jeśli rodzic musi sięgnąć do kary cielesnej. Przecież na współpracowników zwykle nie krzyczymy i nie bijemy ich, jeśli coś zawalą, prawda? Bo nie czujemy nad nimi władzy i wiemy, że musimy sięgnąć do innych środków perswazji. Więc dlaczego mamy wykorzystywać przewagę nad własnym dzieckiem? Jestem za tym, żeby dziecko traktować poważnie, bo to człowiek, tylko mniejszy. Zapominamy też o jednej rzeczy – jesteśmy zwierzętami stadnymi. Ta potrzeba bycia w stadzie i akceptacji, w tym przypadku ze strony rodziców, jest bardzo ważna. Czasami samo odstawienie dziecka do kąta jest największą karą. Ja mówię: „Marysiu, jak się uspokoisz, to przyjdź i porozmawiamy”. I ona potra fi jeszcze jakiś czas trwać w histerii, ale w końcu zawsze przychodzi i mówi, że jest gotowa na rozmowę. Na razie, bo nie wiem, co będzie za kolejnych pięć lat... (śmiech)