GALA: Dostała pani od męża porsche w prezencie na rocznice ślubu. Na którą?

MARYLA RODOWICZ: Na dwudziestą.

GALA: Pobrali się państwo 13 lutego. Nie jest pani przesądna?

MARYLA RODOWICZ: Trzynastka to szczęśliwa liczba mojego męża. Jego rodzice brali ślub trzynastego. I zawsze wszystko się mężowi tego dnia udaje.

GALA: No, małżeństwo sie państwu udało nadzwyczajnie! A mąż wciąż w pani zakochany. Wciąż wpatrzony w panią jak w obrazek…

MARYLA RODOWICZ: No, powinien! Nie ma raczej wyjścia (śmiech).

GALA: Pani się śmieje, a naprawdę rzadko się zdarza, by mężczyzna był tak zaangażowany w życie żony, jej prace, tyle lat.

MARYLA RODOWICZ: To prawda. Udało się nam.

GALA: Jak się taki efekt osiąga? Proszę wyjawić tajemnicę.

MARYLA RODOWICZ: Gdybym to ja wiedziała! Człowiek nie umie tego sam ocenić. A może… spytajmy męża? (Maryla woła męża, Andrzeja Dużyńskiego, z sąsiedniego pokoju). Andrzej, chodź i powiedz, dlaczego kochasz mnie tak długo.

ANDRZEJ DUŻYŃSKI: (śmiech). To i trudne, i łatwe pytanie. Co takiego jest w mojej żonie? No… nie wiem... Kocham ją od pierwszego momentu, w którym ją zobaczyłem. Może należy wierzyć w trafienie strzałą Amora. Ja na pewno zostałem nią trafiony. Trudno to inaczej wytłumaczyć, dlatego że moja fascynacja się nie zmieniła, trwa od samego początku, odkąd ją zobaczyłem na żywo. Bo nie pociągała mnie w telewizji. Owszem, podobały mi się niektóre jej piosenki. Ale kiedy ją zobaczyłem… Wie pani, albo jest jakaś synergia pomiędzy ludźmi, magnetyzm, albo tego nie ma. My akurat mamy to szczęście, że magnetyzm działa w obydwie strony. Miłość ewoluuje, ale niezmiennie kocham moją żonę przez te lata.

GALA: Wszyscy mamy jakieś wady, pani Maryla tez je ma?

ANDRZEJ DUŻYŃSKI: Niedoskonałości nie mają znaczenia, gdy się kogoś kocha. Akceptuję ją taką, jaka jest. Nie rozkładam naszego uczucia ani związku na czynniki pierwsze.

MARYLA RODOWICZ: No to już pani wie. (Mąż wraca do swoich zajęć).

GALA: Pani Marylo, jest jakaś recepta na dobry związek?

MARYLA RODOWICZ: Na pewno trzeba dbać o siebie, ale też trzeba dbać o partnera. Również o dom.

GALA: Czy pomimo tak intensywnego życia zawodowego ma pani jeszcze czas na myślenie o sprawach domowych?

MARYLA RODOWICZ: Na tym jednak polega rola żony. Wiadomo, że do serca mężczyzny trafia się przez żołądek.

GALA: A nie przez śpiewanie?

MARYLA RODOWICZ: To też. Ale nie bagatelizowałabym żołądka (śmiech). Mąż jest wybredny, a ja lubię mu sprawiać przyjemności.

GALA: Gotuje pani czasami?

MARYLA RODOWICZ: Oczywiście. Decyduję też o tym, co będziemy jedli. A czasami na przykład marynuję mięso wcześniej. Staram się, żeby w domu zawsze były kwiaty, a dom był czysty. Trzeba to wszystko zorganizować. Nie zawsze mi to dobrze wychodzi, bo zdarza się, że jest weekend, ja mam koncert i naraz dzwoni mąż, ponieważ lodówka w domu jest pusta… Staram się, żeby do tego nie dochodziło. Dzisiaj miałam próbę z zespołem i w drodze powrotnej zrobiłam zakupy. Ale bywa, że przez cały tydzień nie mam chwili czasu – ciągłe spotkania, wywiady, koncerty. Wtedy muszę to jakoś zdalnie zorganizować (śmiech). Uważam, że organizacja życia domowego należy do kobiety.

GALA: Pani wcześniejsze związki nie przetrwały próby czasu. Może do partnerstwa trzeba dojrzeć.

MARYLA RODOWICZ: Absolutnie tak. Zmieniłam się, kiedyś byłam inna. Porywcza. Mówiłam to, co myślę. Zresztą dalej tak robię i nie przysparza mi to przyjaciół. Wręcz przeciwnie, bo często się narażam. Nie mam natury dyplomaty. Jestem zbyt impulsywna i zbyt otwarta. I tak zachowywałam się w związkach. Mówiłam: „Nie, to nie!”, pakowałam się i wyjeżdżałam. A kiedyś nawet wzięłam dzieci pod pachę. Każdy z nas to suma wad i zalet. Jeżeli kobieta będzie tylko gderać i zamęczać mężczyznę, żaden tego nie wytrzyma. Czasami trzeba przymknąć oko na wady, jeżeli tych zalet jest więcej.

GALA: Czym wzruszył panią ostatnio mąż? Może prezentem w postaci porsche?

MARYLA RODOWICZ: On mnie stale wzrusza. Wczoraj na przykład się na mnie obraził, a dzisiaj w czasie próby już miałam od niego telefony, żebym już się „odobraziła” (śmiech). Powód był oczywiście żaden, jak to w rozmowie, kiedy ktoś coś czasem palnie. Podoba mi się, że mąż często kupuje kwiaty na przeprosiny.

GALA: To warto się czasem poobrażać…

MARYLA RODOWICZ: Miło dostawać kwiaty, prawda? A najbardziej wzruszające jest to, że on, który nigdy nie przepadał za kotami, dla mnie się zmienił. Ja kocham koty, to moja wielka słabość i od pół roku mam dwa nowe kotki. Kazimierz jest mój osobisty. Zawsze koło mnie się układa. A drugi wybrał sobie męża, który na początku mówił: „Zabierz tego kota, co on tu robi, za blisko mnie siada itd.”. A teraz Leszek jest jego najlepszym kolegą.

GALA: Leszek i Kazimierz, mówi pani…

MARYLA RODOWICZ: Leszek Biały i Kazimierz Wielki – królewskie imiona.

GALA: No to wróćmy do małżeńskiej wzajemności. Pani dostała od męża porsche na rocznicę ślubu, a co pani podarowała mężowi?

MARYLA RODOWICZ: Nooo kolegę... kotka (śmiech).

 

GALA: I wszystko jasne (śmiech). Znamy już tajemnicę państwa małżeństwa, czas na tajemnice polskiego show-biznesu. Koks, lewatywy i operacje plastyczne – tak go opisała jedna z dziennikarek. Pani zna muzyczną branżę od podszewki. To rzeczywiście zjawisko na wielką skalę?

MARYLA RODOWICZ: Słyszałam o lewatywach w kontekście odchudzania się. Jeden z telewizyjnych producentów polecił mi nawet klimatyzowany ośrodek na plaży w Tajlandii, gdzie się tę metodę stosuje. Lewatywy oczyszczają organizm. Stosuje się przy tym odpowiednią dietę, pije ziołową herbatę i ćwiczy jogę. Po trzech tygodniach zrzuca się 10 kilo. W Polsce też istnieją takie ośrodki, to się stało modne. Jednak zdaniem lekarzy lewatywy wypłukują florę bakteryjną, a restrykcyjne diety są niebezpieczne. Tylko, co to ma wspólnego z show-biznesem? Chyba, że mówimy o odchudzaniu. Wszyscy tym się katują.

GALA: Pani też?

MARYLA RODOWICZ: No pewnie! Na okrągło. I zawsze od poniedziałku.

GALA: A narkotyki? Artyści jak świat światem brali. Wystarczy przyjrzeć się zapiskom na obrazach Witkacego.

MARYLA RODOWICZ: W latach 70. i 80. narkotyki nie były tak dostępne i popularne jak teraz, częściej był alkohol. Zdarzało się, że muzycy pili przed koncertem, w czasie koncertu i po nim. To się całkowicie zmieniło. Widzę większą dyscyplinę. Więc nie jest to jakieś zatrważające zjawisko. Jeżeli ktoś dużo pracuje, nie dałby rady fizycznie. Spadłby ze sceny, umarł jak Rysiek Riedel. Często o nim myślę, moje dzieci go uwielbiają.

GALA: Trzeci koszmar to operacje plastyczne.

MARYLA RODOWICZ: Jestem za! (śmiech). Kobiety chcą dzisiaj długo wyglądać młodo, panuje kult młodości. A nie każda ma takie geny jak ja! (śmiech). Jeśli ktoś się pokazuje na scenie czy w telewizji, musi dobrze wyglądać. Z młodymi laskami nie może wyjść na scenę staruszka. Tak się porobiło na tym świecie, że starość jest brzydka, nie jest w cenie, a ludzi po pięćdziesiątce po prostu zwalnia się z pracy. Wiele zależy też od repertuaru. W muzyce pop trzeba wyglądać, żeby zwinnie doczłapać na obcasie do mikrofonu. No i mieć końskie zdrowie, kiedy się gra 80 koncertów rocznie jak ja. Przez ostatni weekend miałam trzy duże plenerowe koncerty. Przy każdym muszę odpalić rakietę energetyczną, żeby porwać publiczność. Na razie to wszystko wytrzymuję. Ale co tam ja! Niedawno byłam w Pradze na koncercie Tiny Turner. Ona ma 70 lat. Od października, kiedy zaczęła trasę, prawie codziennie jest na scenie przez trzy godziny! Na superwysokim obcasie, w supermini. Ma dobre ciało, świetny wokal i temperament. To znaczy, że można!

GALA: Nie kusi pani spokojne życie emerytki, przepraszam za wyrażenie. Mogłaby się pani zająć domem, dziećmi, mężem... Tantiemy od wykonania piosenek, emerytura, na życie powinno wystarczyć...

MARYLA RODOWICZ: Emerytura... tysiąc złotych. Niech pani spróbuje za to przeżyć. A tantiemy dla wykonawców są w Polsce od niedawna, procent od sprzedanych płyt. Tyle, że najpierw koszty nagrania płyty i promocji wycofuje firma fonograficzna. Artysta zarabia dopiero, gdy sprzedaż płyt przekroczy 40 tys. egzemplarzy. A płyt, jak wiadomo, nie sprzedaje się u nas za dużo. Ale lubię to, co robię, to mój żywioł. Nie znoszę tylko dojazdów na koncerty i do hoteli, przed wyjściem na scenę jestem jednak jak koń przed biegiem. Choć bywa i stresująco, jak ostatnio w Gryfinie. Wyszłam na scenę późno, o wpół do dziesiątej, zaczął lać deszcz, zerwała się wichura. Ale dałam radę! Mam taką naturę, że jak już wychodzę na scenę, muszę wygrać. Za to potem jestem dead. Zwłoki. Hotel, proszek albo powrót nocą do domu.

GALA: Pani córka Kasia powiedziała: „Mama się nigdy nie poddaje”.

MARYLA RODOWICZ: Never give up. Nie wolno się poddawać (śmiech). Więc jestem za operacjami!

GALA: Przyzna się pani, kiedy ją zrobi?

MARYLA RODOWICZ: Nie wiem, aczkolwiek już w tej chwili internauci piszą, że miałam ich 1500.

GALA: A ile ich pani miała?

MARYLA RODOWICZ: Nie miałam żadnej. Geny (śmiech). Naprawdę. Nikt w to nie wierzy. Ani w to, że moje dobrze oświetlone zdjęcia mogą iść do druku bez retuszu. Można spytać fotografów.

GALA: Wszystkie gwiazdy tak mówią.

MARYLA RODOWICZ: Jeżeli nowa twarz komuś poprawia samopoczucie, czemu nie?! Trochę tolerancji.

GALA: Z tą, jak wiemy, nie jest u nas najlepiej. Styl życia artystów zmienił się w porównaniu z czasami, kiedy pani zaczynała swoją karierę. Jest ciekawiej?

MARYLA RODOWICZ: W komunizmie nie było rynku, a więc i pieniędzy, ale była branża! Przede wszystkim się lubiliśmy, kwitły przyjaźnie, spotkania towarzyskie. A teraz każdy zagra swoje i w nogi. Kiedyś festiwal w Opolu był naprawdę świętem polskiej piosenki. Było sympatycznie, wesoło, bankiety do rana. Centrum biesiad znajdowało się w hotelu Opole. Żeby usiąść, trzeba było wcześniej rezerwować stolik. To się zmieniło w latach 90. Wraz z wielkimi wytwórniami płytowymi weszło nowe pokolenie artystów. Pojechałam tam, wchodzę do hotelu, a tam jedynie trzech niemieckich turystów. Myślę: „Gdzie są wszyscy?!”. Może bawili się w pokojach, a może wcale? Żal mi tego starego Opola.

GALA: Kiedyś artyści sobie pomagali? Ktoś kiedyś wybawił panią z opresji?

 

MARYLA RODOWICZ: W 1971 roku zostałam bez muzyków, rozstałam się z poprzednimi, a jeszcze nie miałam nowych. Więc kiedy mi zaproponowano gościnny występ w Sopocie, nie miałam z kim zagrać. Pomógł mi Seweryn Krajewski, który wyszedł ze mną na scenę jako gitarzysta! Żałuję, że nie daje się namówić na śpiewanie, bo ma głos o pięknej barwie. Na mojej płycie „Jest cudnie” Andrzejowi Smolikowi udało się go uprosić o duet ze mną. Nie było to łatwe, bo Seweryn jest nieśmiały.

GALA: Pani podobno też. Trudno w to uwierzyć...

MARYLA RODOWICZ: O Jezu, jeszcze jak! Całe życie taka byłam, od dzieciństwa. Wejście do jakiegoś pomieszczenia to był horror. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą.

GALA: Na scenie patrzą tym bardziej!

MARYLA RODOWICZ: No właśnie. I to mnie krępuje (śmiech). Zawsze stresuję się na początku koncertu. Długo się przygotowuję, parę godzin, piszę program, rozśpiewuję się z gitarą. Zanim wyjdę na scenę parę razy zmieniam kostium, wyglądam, czy są ludzie. „O Boże, nie ma nikogo, pada deszcz, co to będzie?!”. A za chwilę nie wiadomo skąd zjawia się publiczność i oddycham z ulgą. Ostatnio przychodzą tłumy. Rekordowe. 10–15 tysięcy. Dopiero, kiedy koncert się rozpędzi, skrępowanie mija. Dopingują mnie muzycy, a gram z najlepszymi. Od nich dostaję powera. Odwracam się do gitarzysty i mówię: „Dołóż do pieca!”. Publiczność też mnie niesie, wszystko jest sprzężone.

GALA: A skąd tyle złych opinii o polskim show-biznesie?! Zbigniew Wodecki mówi o jego mętnej wodzie, gdzie kariery robią ci, którzy wciskają kit, a pani w jednym z wywiadów, że to dno.

MARYLA RODOWICZ: Wszyscy tak myślą, tylko mało kto mówi. Głośno miała odwagę to powiedzieć Kasia Klich. Ludzie się boją narazić rozgłośniom radiowym. Ja też długo miałam nadzieję, że jeżeli będę grzeczna, może mnie zagrają za pół roku, a może za rok...

GALA: Dlaczego radia nie chcą piosenek polskich artystów?

MARYLA RODOWICZ: Mówią, że nasze płyty są smutne lub nudne, że przegrywają z muzyką zachodnią. Polski rynek muzyczny jest zaśmiecony. Obok rzeczy fajnych lecą g... za przeproszeniem, anglojęzyczna sieczka. Jest ustawa zobowiązująca radia do nadawania polskiej muzyki, więc tę normę wyrabiają w nocy, ponieważ prawo daje taką możliwość. A może w ogóle zróbmy urzędowym językiem angielski, bo polski jest szeleszczący i trudny do nauczenia. Mój syn Jędrek chodził w Warszawie do amerykańskiej szkoły, w której uczyły się głównie dzieci obcokrajowców. Rodzice dostali od szkoły instrukcję, jak się poruszać po Polsce. „Możesz słuchać radia – i tu wymieniano polskie duże stacje – przy którym będziesz się czuł jak w domu. Znajdziesz tam ulubione przeboje”. Artyści w Polsce nie mają szansy na wypromowanie swojej muzyki, nowych piosenek. Telewizja od teledysków woli reklamy, bo na nich zarabia. Brakuje też dobrych producentów płyt. Osoby ze znanymi nazwiskami jakoś sobie radzą, ale młodzi napotykają ścianę. Czy ktoś pamięta Alicję Janosz, która wygrała „Idola”?! Nikt się nią nie zajął.

GALA: Nie ma rynku, więc nie ma idoli. Feel, Doda – czy o kimś zapomniałam?

MARYLA RODOWICZ: Idola trzeba wypromować. A to kosztuje, i to niemało.

GALA: A jednak Doda wypromowała się sama.

MARYLA RODOWICZ: Ale ile w to włożyła pracy i pieniędzy! Znam koszty jej działań. Odwiedzamy w Londynie podobne sklepy.

GALA: Targ Camden.

MARYLA RODOWICZ: Nie tylko, również firmowe, Gucci i inne. Honoraria na festiwalach nie pokrywają ceny nawet jednego buta. Zarabiamy na koncertach. Doda kreuje się skandalami, szumem wokół siebie. Zawsze ma na to pomysł i dobrą menedżerkę. Nie ma dnia, żeby nie było o niej informacji: Doda wyjechała do Stanów, Doda się rozwodzi, Doda się godzi... To sztuka tak sterować zainteresowaniem wokół siebie. A do tego ma głos, jest utalentowana. Chciałam z nią zaśpiewać w Opolu w koncercie duetów, ale telewizja się nie zgodziła. Na pewno wymyśliłybyśmy niezły show!

GALA: Niech Opole żałuje! Na festiwalu Toptrendy w Sopocie odniosła pani wielki sukces. Przed panią teraz Pikinik Country w Mrągowie. Podobno wystąpi pani z dziećmi.

MARYLA RODOWICZ: Skład rodzinny miał być szerszy, mieli przyjechać również krewni z Filadelfii. Odnalazł ich kontrabasista, a mój daleki kuzyn Piotr Rodowicz. Tworzą amatorski zespół The Rodis, wieczorami grają w klubach country rocka. Ostatnio wiele się dowiaduję o swoich korzeniach. Jeden z Rodowiczów, historyk, odwiedzał kościoły w podwileńskich wsiach i dotarł do rodzinnych dokumentów z XVII wieku. Przed moim koncertem w Wilnie, który jest zaplanowany na 13 sierpnia, organizuje tam zjazd Rodowiczów. Czuję się związana z tą ziemią. Remontujemy tam XVII-wieczny ołtarz w kościele bernardyńskim, do którego kiedyś chodziła moja mama. Zilvinas, ten wileński krewniak, zapowiedział, że wręczy mi wtedy szlachectwo, którego dowodzą odnalezione dokumenty! A wracając do Mrągowa, namówiłam syna Jaśka, żeby zagrał na gitarze. Kasia też obiecała ze mną zaśpiewać...

GALA: Są jeszcze śpiewające dzieci byłych narzeczonych.

MARYLA RODOWICZ: Zosia, córka Krzysztofa Jasińskiego, być może zaśpiewa u mnie w chórku. Ona jest teraz na etapie gotyckiego rocka, metalu.

GALA: Rafał Olbrychski?

MARYLA RODOWICZ: Nie... Nie podobało mi się to, co publicznie mówił o rodzicach.

GALA: Czy pani przyjaźnie z gwiazdami piosenki sprzed lat przetrwały?

MARYLA RODOWICZ: W ogóle mam niewielu znajomych i przyjaciół.

GALA: Dlaczego?

 

MARYLA RODOWICZ: Szczerze mówiąc, nie mam czasu, a przyjaźnie go wymagają. Żeby zaprosić gości na kolację, obdzwaniam ich na parę miesięcy do przodu, bo w ciągu pół roku mam wolne jedynie dwie soboty. Kolejną w październiku. Wśród tych, których bardzo lubię i dobrze się z nimi czuję, są Magda Umer, Andrzej Poniedzielski, Andrzej Smolik, Kayah, Jacek Cygan, Seweryn Krajewski, Elka Zapendowska, której chłopak, Andrzej Kruk, śpiewał wiele lat u mnie w chórku, dziennikarka radiowa Marysia Szabłowska, zwana Pućką, Hanka Bakuła oraz zaprzyjaźnieni sąsiedzi z Konstancina.

GALA: Co najbardziej pani ceni u ludzi?

MARYLA RODOWICZ: Szczerość. Nienawidzę fałszu. Od razu go wyczuwam. Odrzuca mnie od takich osób.

GALA: Żyje pani w dwóch światach. Jeden to hotele i sale koncertowe, drugi – elegancki dom w podwarszawskim Konstancinie. Szara codzienność jakoś panią dotyka?

MARYLA RODOWICZ: Oczywiście. Niedawno, kiedy śpiewałam w Szczecinie, umarła mi kotka. Dzwoniłam co godzinę do weterynarza, wysiadły jej nerki i była w klinice. Miała 19 lat. Zwierzę, które tyle lat mieszka z nami, jest jak domownik. Są też różne sprawy domowe, problemy dzieci. Nimi żyję. Z dziećmi rozmawiam parę razy dziennie. Zamęczam je (śmiech).

GALA: Dzieci są już dorosłe...

MARYLA RODOWICZ: Teoretycznie. Jędrek po dwóch latach studiów przenosi się właśnie z Chicago na uczelnię do Londynu, gdzie zaczynał. Nie dla niego Ameryka, bardzo tęsknił. Kasia jest na czwartym roku zootechniki. Obecnie na kursie konnym pod Warszawą. W ubiegłym roku dwa miesiące spędziła w Górach Skalistych u swojego guru, zaklinacza koni. Mieszkała w blaszaku bez łazienki, za to z niedźwiedziami wokół. Jasiek, starszy syn, studiuje filozofię i uczy się w szkole muzycznej. Na zakończenie semestru miał 17 egzaminów! Znów nie będzie miał wakacji...

GALA: Polacy z trudem wybaczają innym sukces, jeszcze mniej chętnie bogactwo. A panią kochają. „Tak trzymaj, nasza królowo! Maryla ma jaja i za to ją kochamy” – piszą w internecie.

MARYLA RODOWICZ: Może uważają, że jednak to wypracowałam? A może myślą: „No, tyle lat śpiewa, to jej się należy”? (śmiech). W Peerelu było biednie, byłam goła, bosa i bez czapki. Wynajmowałam mieszkania, miałam mocno używane samochody. Pierwsze prawdziwe pieniądze zarobiłam pod koniec lat 90., gdy zmieniły się honoraria. Wcześniej 13 milionów sprzedanych płyt poszło w kosmos. Ale nie ma co o tym myśleć i kombinować, ile bym zarobiła, mieszkając w Ameryce, mając tyle hitów na koncie. Jest jak jest, a jest cudnie! Nie narzekam. Poza tym dbam o publiczność, staram się, żeby koncerty były atrakcyjne, energetyczne. Ludzie to widzą. Jak to się mówi: „Ludzie nie są głupie” (śmiech). A ja po każdym występie siedzę i godzinami podpisuję karteczki, płyty, rozmawiam, słucham, co mówią. Bardzo to lubię...

GALA: I dalej będzie się pani tłukła po Polsce, zamiast za dobre pieniądze jeździć do europarlamentu. SLD proponowało pani start w wyborach, fani by poparli.

MARYLA RODOWICZ: W jednej z gazet spekulowano, że wystartuję, ponieważ nęci mnie kasa (śmiech). Nie wiedziałam, że to aż takie pieniądze! Ale to nonsens, nie zrezygnowałabym z mojego zawodu.

GALA: Interesuje się pani polityką?

MARYLA RODOWICZ: Oczywiście, ponieważ interesuje się nią mój mąż, a ja przy nim siedzę wieczorami. On mi robi wykłady ekonomicznie i polityczne (śmiech). Muszę oglądać wszystkie „Kropki nad i”, wiadomości i komentarze.

GALA: A komu pani kibicuje? Premierowi czy prezydentowi?

MARYLA RODOWICZ: Premierowi oczywiście, czyli PO. Mam swoich ulubionych polityków, m.in. Niesiołowskiego, Palikota. Wciąż wielu spraw nie rozumiem, np. dlaczego tak nam wolno idzie z tymi drogami. Jeżdżę po Polsce i widzę, że sporo rzeczy jest zrobionych, widać masę remontów. Więc to nie jest tak, że nic się nie robi. Lubimy narzekać, a Polska się naprawdę zmienia.

GALA: Spotkało panią ostatnio coś miłego?

MARYLA RODOWICZ: W Szczecinie młody chłopak przyniósł mi do hotelu bukiet bzu. Fani wiedzą, że lubię bez i konwalie. Żeby mi je wręczyć, czekał parę godzin, aż wstanę. A w Gryfinie po koncercie pewien pan wyznał mi miłość. Powiedział, że mnie kocha od 40 lat, i płakał. Dostaję dużo dowodów miłości i to mnie napędza.